Sobota, 16 grudnia 2017

Fot.: Paweł Bąbała

Jestem inna

Starałam się wycisnąć z Bydgoszczy jak najwięcej. Jako nastolatka dużo czasu spędzałam na imprezowaniu. Uwielbiałam wieczory w Mózgu, 10,5, Bogarcie. Z Anią Rusowicz* rozmawia Kamil Pik

Kamil Pik

Tagi: Ania Rusowicz Mój Big-bit Genesis piosenkarka wokalistka

2 maja 2014, aktualizowano: 30-04-2014


Nie każdy pewnie wie, że Bydgoszcz to w Twoim życiu znaczący epizod...
To nawet nie epizod, to dość długi etap. Mieszkałam tutaj, gdy uczęszczałam do liceum i przez pierwsze trzy lata studiów.

Gdzie dokładnie?
Najpierw na Szwederku, potem na Piaskach i na koniec w centrum na ulicy Zamoyskiego. Bardzo lubiłam mieszkać na Piaskach właśnie, bo było blisko do lasu i nad Brdę, w której się kąpaliśmy.

Jak trafiłaś do Bydgoszczy?
Urodziłam się w Poznaniu, potem mieszkałam w małym miasteczku Dzierzgoń. Przeprowadzając się do cioci do Bydgoszczy postrzegałam ją jako wielkie miasto. Człowiek mieszkający wcześniej w małej mieścince ma w takim momencie duże oczekiwania wobec dużej metropolii. Starałam się więc wtedy wycisnąć z Bydgoszczy jak najwięcej. Jako nastolatka dużo czasu spędzałam na imprezowaniu. Uwielbiałam wieczory w Mózgu, 10,5, Bogarcie.

Opowiesz coś więcej o tamtych imprezach?
Wolałabym, aby pozostało to w mojej pamięci i osób, z którymi razem się wtedy bawiłam. Nie o wszystkim trzeba opowiadać.

Jak wspominasz tamte lata?
To był fajny czas, bardzo wartościowy okres w życiu. To tutaj poznałam mojego męża i przyjaciół, z którymi utrzymuję bliskie kontakty do dzisiaj. Przyjeżdżam tu też często do mojej rodziny.

Bydgoszcz to dzisiaj już chyba inne miasto.
Rzeczywiście. Najbardziej do przodu poszła chyba architektura. Widać to choćby po Wyspie Młyńskiej.

Pobyt w Bydgoszczy był skutkiem traumatycznego doświadczenia w Twoim życiu. Masz nadal żal do swojego ojca, że po śmierci Twojej mamy oddał Ciebie i brata pod opiekę rodzinie?
Z biegiem lat coraz mniej obwiniam go o różne rzeczy. Zaczynam rozumieć, co nim kierowało. Nie każdy jest stworzony do bycia rodzicem. Większość z nas się w tej roli odnajduje, ale jednak nie każdy.

Jakie są dziś Twoje relacje z ojcem?
O relacji można mówić, jeśli istnieje jakaś więź. Nawet jeśli jakaś więź została utracona. Nie można mówić o żadnych relacjach, jeśli między ludźmi nigdy nie było żadnej więzi.

Czy gdy już wzięłaś życie we własne ręce, to fakt bycia córką znanej artystki jakoś Ci pomagał w kontaktach z ludźmi? Pojawiały się takie głosy, że płyta „Mój big bit” pozwoliła Ci się wybić dzięki nazwisku mamy.
O dzieciach artystów mówi się, że często są ustawione w życiu przez rodziców. Myślę, że gdybym zaczęła karierę krótko po śmierci mamy, to nazwisko mogłoby pomóc. Ale jak postanowiłam zacząć śpiewać, to o mojej mamie już mało kto pamiętał. Gdybym nosiła takie nazwisko, jak np. Niemen, Rodowicz czy Krajewski, które do dzisiaj są doskonale rozpoznawane, to może mogłoby być mi łatwiej. Ja musiałam włożyć ogromną pracę w to, aby stworzyć własny projekt, przywracający pamięć o mojej mamie, i przekonać odpowiednie osoby do zrealizowania go. Zdecydowałam się na to z porywu serca, a nie było łatwo zachęcić kogokolwiek do wyprodukowania tej płyty. Wszystkim, którzy postrzegają tę płytę jako nagranie znanych przed laty piosenek, chciałabym zwrócić uwagę, że jest to album w połowie złożony z coverów piosenek mojej mamy i w połowie z moich własnych kompozycji.

Spodziewałaś się takiego sukcesu?
Nikt nie wiedział, że to może tak się potoczyć. Nikt na początku nie chciał tego materiału wydać, nikt nie widział w tym potencjału. Patrzono na mój projekt jak na materiał, którego potencjału nie sposób ocenić. Jeśli przychodzi do wytwórni seksowna blondyna i proponuje nagranie płyty dance, to w większości przypadków producenci biorą to w ciemno. A ja słyszałam głównie „nie, bo nie wiadomo, czy to się sprzeda”.

Z wydaniem płyty „Genesis” już nie miałaś takiego kłopotu. Czy druga płyta to większe wyzwanie, czy też jest już łatwiej?
Chyba robi się to przede wszystkim inaczej, bo są inne okoliczności, ja już jestem inna.

Tylko jeden utwór na tej płycie nie jest Twoją kompozycją i tekstem. Jak rodzą Ci się pomysły na kolejne piosenki?
Same się piszą. Bardzo mnie inspiruje przyroda. Na płycie „Genesis” poświęciłam dużo miejsca na porównania natury ożywionej i nieożywionej. Jesteśmy częścią całego wszechświata, takiego matriksa, połączonego mackami. To jest tlen, woda, wszystko, czego potrzebujemy, żeby egzystować i podobnie postrzegam muzykę. Nie potrafiłabym napisać piosenki zupełnie oderwanej od mojej natury w stylu „piszę SMS-a do ciebie, ty nie odpowiadasz, bo właśnie siedzisz na fejsie”. Nie umiem tworzyć takich rzeczy.

Jesteś młodą kobietą, a na płycie „Genesis” jest dużo wspomnień, sentymentów, przemyśleń o śmierci. Skąd takie tematy?
Myślę, że to zależy od osobowości i tego, na jakim etapie życia jesteśmy. Możemy się nie konfrontować z różnymi rzeczami bardzo długo, ale prędzej czy później stawiamy sobie egzystencjalne pytania. Moje trzydzieści jeden lat to chyba moment, gdy nie jest na to ani za wcześnie, ani za późno.

Jaki wpływ na kształt płyty miał producent, czyli Emade?
Włożył w nią całe serce, podniecał się jej produkcją niesamowicie. Podkreślał, też że sam się przy okazji wiele nauczył. Fajnie spotkać na swojej drodze osobę, która potrafi wnieść tyle kreatywności. Piotrek jest właśnie taką osobą i mam nadzieję, że będę miała okazję jeszcze coś ciekawego z nim zrobić.

Tak pierwsza, jak druga Twoja płyta inspirowane są brzmieniami lat 60. i 70. Co miała w sobie takiego tamta muzyka, że wracają do niej kolejne pokolenia artystów?
Ja patrzę na muzykę jak na pewne kontinuum. Nie byłoby tego, co tworzymy dzisiaj, bez tego, co było nagrywane przez poprzednie pokolenia. Ale okres, o którym mówisz, faktycznie mocno zakorzenił się w naszej świadomości. Muzyka lat 60. i 70. była bardzo związana z ideami wolnościowymi, a te są nieprzemijającą wartością i może dlatego tak często, tak wielu artystów się nią inspiruje. W latach 60. ludzie - niedługo po wojnie - chłonęli wszelkie nowe formy rozrywki. Potem z kolei pojawił się bunt przeciwko wojnie w Wietnamie. Cała ówczesna muzyka obracała się wokół pierwotnych potrzeb wolności, miłości. Każdy czasami marzy, aby być hipisem, tamci ludzi mieli odwagę nimi być i może dlatego do ich twórczości chętnie wracamy.

No właśnie, sama mówisz w wywiadach że jesteście z mężem hipisami. Na czym współcześnie to polega?
Czuję się hipiską. Myślę, że nawet w dzisiejszym świecie, gdy większość ludzi wpadła w pewien pęd, styl życia jest kwestią wyboru. Czasami słyszę od rozmaitych ludzi „no, ale ja muszę to i tamto”. Nie, nie musisz. Możesz. To nasz wybór, jak żyjemy. Moje hipisowanie polega na wzięciu odpowiedzialności za własne życie. Nie mówię, że czegoś nie mogę czy coś muszę. Wydaje mi się, że czasy się nie zmieniają - my jesteśmy tak samo skonstruowani, żyjemy pod tym samym niebem, mamy te same problemy. Tylko od nas zależy, czy poddajemy się naciskom świata, czy żyjemy po swojemu.

Chyba jednak świat się trochę zmienił przez te ponad czterdzieści lat.
No może przerażające jest tempo postępu technologicznego i pewna mania posiadania. Chcemy ciągle coraz to nowsze rzeczy, ale przecież starsze auto też nas może dowieźć na miejsce, a komórka starsza niż najnowszy iPone też pozwoli nam się dodzwonić. Poza tym jednak rzeczywistość się specjalnie nie zmieniła. Zobacz, być może właśnie żyjemy u progu wojny. Wszyscy się boją, srają w gacie. Nawet ci, którzy temu przeczą, codziennie sprawdzają w necie, czy już biją się na wschodzie. Wiele osób, dopiero po zetknięciu z takim ostatecznym zagrożeniem, zdałoby sobie sprawę, co jest naprawdę ważne. Czy to, że codziennie popylam do roboty i wypruwam sobie flaki? Czy też raczej rozpamiętywaliby swoje marzenia, szalone dokonania, kochanków, fajny seks, co im się w życiu udało?

Czyli Ty nic nie musisz?
Owszem też trochę muszę. Muszę nagrać płytę, muszę sprawdzać, co się dzieje na rynku muzycznym, ale łapię do tego dystans. Myślę, że w pewnym stopniu sposobem na odsunięcie się od tego pędu było wyprowadzenie się na wieś. Miasto przestało dla mnie na ten czas być atrakcyjne. W domku na wsi mam spokój, czyste powietrze i możliwość zwolnienia. Lubię np. popracować w ogródku, popielić. To jest na maksa odstresowujące.

Gwiazda sceny i taka pieląca w ogródku to wielki kontrast...
No widzisz, ja tak po prostu mam. Jestem inna. Nie lubię prasować, ale czasami powtarzanie prostych, posuwistych ruchów pozwala się wyłączyć i odpocząć. Mam swoje dziwactwa i nie uważam, żeby to było złe, np. potrafię sprzątać kibel szczoteczką do zębów. Najważniejsze, aby w życiu mieć fantazję, której warto czasami dać się ponieść oraz pomysł na to jak żyć. Ja staram się niczego nie żałować, tylko przechodzić do kolejnych kroków. Jestem ciągle ciekawa, co przyniesie jutro.




*Ania Rusowicz



Piosenkarka, córka Ady Rusowicz i Wojciecha Kordy. Popularność zdobyła albumem „Mój Big-Bit” wydanym w 2011r. W ubiegłym roku ukazał się jej drugi solowy album „Genesis”.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 03-05-2014 09:09

    Oceniono 2 razy 0 2

    - Leśny: Wcale nie jesteś "inna". Inną jest ta, która nie łajdaczy się na imprezach. Nigdy!

    Odpowiedz

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City