Sobota, 16 grudnia 2017

Fot.: Jacek Smarz

Nie chcę zwalniać tempa

Dostałam bardzo dużo w krótkim czasie, nie byłam świadoma, jak ciężko trzeba na ten sukces zapracować. Nie miałam takiego samozaparcia jak dziś. Teraz pewnie już wycisnęłabym cytrynę do końca. - Z Oksaną Predko* rozmawia Paulina Błaszkiewicz

Paulina Błaszkiewicz

Tagi: Miasta Kobiet Oksana Predko

1 lipca 2014, aktualizowano: 01-07-2014

Jesteś typem dziewczyny w dżinsach, takiej jak z Twojej piosenki „Autobus”?
Zdecydowanie tak (śmiech). Przypomniał mi się mój pierwszy wywiad, który robił ze mną znajomy z Kętrzyna. Zatytułował go „Nigdy nie włożę sukienki”. Dwa lata później w Opolu występowałam z toruńskim zespołem Toronto. Na scenę wyskoczyłam w jakiejś balerinie, różowych trampkach i śpiewałam „Gdybyś wiedział jak Cię pragnę, nie wiesz jednak…”. Ale tak, jestem dziewczyną w dżinsach i czuję się w nich dużo lepiej niż w sukience.


Bezpieczniej?
Chyba tak. To taka moja zbroja, w której mimo wszystko jest trochę luzu. Tych sukienek w mojej szafie nie ma zbyt wiele, a może powinno być więcej?

Zuzanna Wrońska z zespołu Ballady i Romanse, pisząc ten tekst do piosenki, chyba doskonale trafiła też z tym, że „idziesz sama…”?
Idę sama w wielu kwestiach życiowo-zawodowych. To prawda. To, co pisze Zuza, pasuje do mnie idealnie, ale od jakiegoś czasu nie ukrywam, że bardziej zależy mi na tym, by tych tekstów pisanych dla mnie było mniej. Zrozumiałam, że nawet najlepszy tekst nie będzie miał takiej siły przebicia jak mój własny, nawet grafomański.

Zawsze szłaś sama?
Nie, w zasadzie dużo się zmieniło. Kilkanaście lat temu przeżyłam czas niesamowitej beztroski, chłopaki z zespołu Toronto stali za mną murem. Żyłam w takim kokonie i nie do końca wiedziałam, co się wokół mnie dzieje. Oni robili za mnie tzw. brudną robotę. Byliśmy organizmem złożonym z kilku elementów, a ja nie ukrywałam, że czułam się bezpiecznie z czterema facetami wokół siebie. Wcześniej może miałam potrzeby, ale brakowało mi pewnych umiejętności, żeby je zrealizować. Musiałam trochę przeżyć, aby zacząć robić coś po swojemu. W Toronto tak naprawdę nie było mnie, wszystko, co napisałam, wkładałam do szuflady. Ale dużo się działo…

Było intensywnie, jak w filmie?
Właśnie w ten sposób myślę o tym, co się działo w tamtym czasie, trochę też jak o bajce. Po raz pierwszy spotkaliśmy się w grudniu 2002 roku, a sześć miesięcy później staliśmy na scenie opolskiego amfiteatru i zdobyliśmy drugie miejsce w konkursie Debiuty. Później było już z górki: festiwal TOPtrendy, nominacja do Fryderyków, koncerty na wodzie u boku największych gwiazd polskiej sceny, w końcu współpraca z Lechem Janerką, czy Kasią Nosowską. Wtedy tego aż tak nie doceniałam.

Sukces przyszedł do Ciebie za szybko?
Dostałam dużo w krótkim czasie, nie byłam świadoma, jak ciężko trzeba na ten sukces zapracować. Nie miałam takiego samozaparcia jak dziś. Teraz pewnie już wycisnęłabym cytrynę do końca, a nie wypuściła w połowie…

Nadrabiasz te zaległości?
Trochę tak. Wiem, że wszystko dzieje się po coś. Dużo czasu zajęło mi przyznanie się przed samą sobą do tego, że nie radziłam sobie z tym, co się działo. Ciągle ktoś czegoś ode mnie chciał, poprawiał, a ja się na to godziłam. Dziś w życiu bym na to nie pozwoliła.

Jest takie przysłowie, że trzeba upaść, żeby potem się podnieść…
Ja nie upadłam, ja mocno spadłam. Mój zespół, ten kokon, się rozpadł, pękł niczym bańka, a ja nie potrafiłam podjąć samodzielnie żadnych działań. Musiałam wrócić do rodzinnego miasta, gdzie można fajnie żyć, gdy chodzi się do liceum, można spędzić wakacje, ale nie ma co robić na co dzień, w dorosłym życiu. Wspominałam czasy, gdy przyjechałam do Torunia jako bardzo młoda dziewczyna, która marzyła o śpiewaniu. Znasz utwór Alicii Keys „Empire State Of Mind”? Ona śpiewa w nim o tym, jak jechała mostem do Nowego Jorku i myślała: „Jeśli mogę to zrobić tutaj, to mogę to zrobić wszędzie”. Ja myślałam tak samo i te marzenia mi się spełniły. Ale nie umiałam na nich zbudować niczego więcej…

Jak wyglądało życie w Kętrzynie?
Nie robiłam niczego artystycznego i właśnie to pomogło mi zrozumieć, jak bardzo śpiewanie jest dla mnie ważne. Studiowałam, uczyłam angielskiego w szkole, nawet miałam brać ślub. Starałam się pokazać, że potrafię ułożyć swoje życie, ale wszyscy wokół wiedzieli, co się stało.

Czyli dobra mina do złej gry?
Nie do końca. Po prostu, to był czas, kiedy festiwal w Opolu miał swoją rangę, wystąpiłam na nim z zespołem, w który ślepo wierzyłam, a on się rozpadł. W momencie, kiedy wróciłam do tego małego miasteczka, wszyscy mnie o to pytali, ale nawet nie pamiętam, co odpowiadałam. To nie był łatwy czas, wcześniej żyłam w zupełnie innych realiach i ten powrót był dla mnie wyjątkowo bolesny. Z drugiej strony bardzo tego potrzebowałam, bo w Toruniu nic mnie już nie trzymało.

Wspomniałaś o tym, że miałaś brać ślub. Mężczyzna był w stanie zatrzymać Cię w Kętrzynie?
Pojawił się ważny człowiek i opuściłam na jakiś czas kotwicę. To było piękne. Wcześniej moje życie kipiało od muzyki i rock and rolla, aż tu nagle chłopak z innego świata sprawił, że zwariowałam. Normalność była dla mnie wtedy cudowną odskocznią. Później zrozumiałam, że to nie zagra, bo wróciła miłość do muzyki.

Co sprawiło, że zdecydowałaś się spróbować jeszcze raz?
Raczej kto. Śmiało mogę powiedzieć, że pojechałam do Warszawy przez producenta - Bartka Dziedzica. To właśnie on powiedział: „Oksana, wpadaj do Warszawy, nie ma sensu żebyś siedziała w Kętrzynie. Wciągnę cię w reklamę”. To mnie ruszyło.

Jakie były te pierwsze chwile w stolicy?
Przerażające. Jeszcze przez kilka miesięcy nienawidziłam tego miasta. Męczyło mnie wszystko: hałas, odległości… Żadne miasto nie dało mi tak w kość. Dopiero później zaczęłam dostrzegać jego uroki. Mieszkałam na Woli, gdzie miałam pod nosem teatr i studio, w którym powstał jeden z najważniejszych dla mnie utworów, „Every Little Thing”.

Powstał hit, a chwilę później Twój producent zrobił „Grandę” Moniki Brodki. Nie pomyślałaś: A dlaczego nie ze mną?
Jasne, że tak, ale ja startowałam z innej pozycji. Wiadomo, że w tej sytuacji przegrałam, takie są zabójcze prawa rynku. Silniejsi mają prawo bytu. To jest niesamowite, ale takich przykładów, gdzie byłam o krok od czegoś, mogłabym podać mnóstwo. Trochę się do nich przyzwyczaiłam. Na szczęście, mam sporo cierpliwości. Wierzę, że coś się wydarzy… ale może mam za mało samozaparcia?

A może nie poświęcasz się tylko temu? Może jest coś jeszcze poza tym śpiewaniem?
Niestety, mam chyba dwie natury. Wcześniej myślałam, że to rozdwojenie jaźni, ale dziś to akceptuję. Kiedyś zarzucano mi brak ekspresji i emocji. Im bardziej się starałam, tym gorzej to wychodziło. Stawałam na głowie w studiu, ale cały czas śpiewałam o jakichś wyimaginowanych historiach. Dziś śpiewa mi się wspaniale, bo śpiewam o sobie.

O miłości też?
Muzyka jest moją największą miłością. Bez miłości do mężczyzny też ciężko mi żyć, ale wiem, że nic nie jest w stanie konkurować z pasją. Gdzieś w środku powiedziałam sobie, że nie można mieć wszystkiego. To piękne, kiedy możesz się z kimś podzielić tym, co jest dla ciebie najważniejsze. Ale bywa i tak, że na polu walki zostajesz sama… I masz wrażenie, że wszystko inne też znika, razem z tą osobą. Nie chcę w takich chwilach już zwalniać tempa. To uczucie nie jest tego warte.

Jesteś trudna?
Jestem nienormalnie normalna (śmiech). A tak całkiem poważnie to nadal jestem dziewczyną z małego miasteczka, która w wielu kwestiach w ogóle się nie zmieniła.

W jakich?
Kiedy coś dobrego dzieje się w moim życiu, to ja bardzo często w to nie wierzę. Pytam odruchowo: - Naprawdę? Byłam szalonym dzieckiem, dziewczynką z podstawówki i nastolatką. Później wiele wydarzeń, niepowodzeń i krytyki zaczęło mnie gasić. Dziś czuję, że muszę to z siebie wyrzucić. Powoli wracam do siebie.

Czy udział w programie „The Voice Of Poland” był dla Ciebie formą terapii?
Tak, to była terapia szokowa. Decyzja o wzięciu udziału w tym programie była dla mnie bardzo trudna, bałam się odrzucenia. Długo wierzyłam w to, że jeśli będę sama ryła jak krecik i bardzo się starała, to prędzej, czy później to zadziała. Doszłam do wniosku, że zegar tyka i jeśli nie zrobię tego tu i teraz, to znowu coś stracę.

Nabrałaś tam pewności siebie?
To nie takie łatwe. Na początku, kiedy stanęłam na tej scenie w trakcie przesłuchań w ciemno, byłam przerażona. Bałam się, co będzie, jeśli nikt nic nie poczuje i się nie odwróci. Powróciły myśli, że może dać sobie z tym wszystkim spokój, skoro śpiewam tyle lat, a nic z tego nie wychodzi. W tym programie bardziej czułam się jak wystraszone zwierzątko, a nie ryba w wodzie. Kobiecie po trzydziestce nie jest już tak łatwo, jak pięknej, młodej nastolatce. Ja tam dla wszystkich byłam taką ciocią Oksaną.

To był dalszy ciąg walki o marzenia, czy chciałaś sobie po prostu coś udowodnić?
Akurat wtedy w moim życiu osobistym wydarzyło się coś, co mnie zabolało i czego nie byłam w stanie zrozumieć. Pierwszy raz w życiu spróbowałam złapać te emocje. Najgorsze jest to, że postanowiłam to zrobić w mediach, przed wszystkimi. Ale to mi pomogło i mówię o tym otwarcie. Doznałam kolejnej straty, a jednocześnie coś zyskałam, zrozumiałam, że nikt nie przeżyje mojego życia za mnie. Uświadomiłam sobie, że to ja jestem ważna…

…i mogę być sama?
I tak też jest pięknie. Zawsze potrzebowałam jakiejś symbiozy, byłam adorowana i to czułam, ale nie umiałam być sama ze sobą. A to jest klucz do sukcesu zawodowego i prywatnego.

Teraz mężczyzna nie jest Ci potrzebny do szczęścia...
Dobrze jak jest, ale jak go nie ma to też jest OK. Jeszcze rok temu czegoś takiego bym nie powiedziała. Przypomniał mi się film, do którego chętnie wracam, „Niezasłane łóżka”. Tam jest taka rozmowa kochanków o tym, jak postrzegają związek. Porównują go do dwóch baniek mydlanych. Tyle że dla niej te bańki krążą i w pewnym momencie łączą się, zaczynają tworzyć jedność. Dla niego tylko od czasu do czasu się stykają.

Może mit dwóch połówek jabłka przesłania oczy, dopóki ktoś się bardzo nie rozczaruje? Potem i ona zacznie mówić o dwóch niezależnych bytach…
Coś w tym jest. Ja wierzę w podwójność. Czysta samotność też jest czasami potrzebna i fajna, na pewnym etapie. Wierzę w to, że człowiek powinien być szczęśliwy sam ze sobą. Przekonałam się, że w momencie, kiedy druga osoba odchodzi, ja nadal jestem.

W naszym świecie seryjnej monogamii mówi się, że „każda miłość jest pierwsza”…
Jest w tym sporo racji. Ja tę przenośnię interpretuję tak, że nie wolno podchodzić do uczuć na zasadzie, że to już koniec i nic mnie w życiu nie czeka. Chyba warto otworzyć się na coś nowego i dać temu szansę. Nic nie jest wieczne… Ale masz rację, te nasze uczucia płyną dziś jak na taśmie. Żyjemy w wielkim supermarkecie i między jednym przystankiem, a drugim. Nie zdążyłeś, trudno.

Autobus odjechał?
Tak, czekasz na następną okazję…

Albo pojedziesz pociągiem, który może się wykoleić? To właśnie Zuza Wrońska w tekście do utworu „Autobus” nazwała pokolenie współczesnych trzydziestolatków „wykolejonym”.
W oczach mojej rodziny jestem wykolejona. Nie mam stabilizacji, której pragną dla mnie bliscy, ale ja inaczej nie potrafię. Wykolejeni trzydziestolatkowie (śmiech) - to idealne porównanie.

Myślisz, że chcemy wracać na właściwe tory? Jesteśmy wolni, szczególnie kobiety mogą dużo więcej. Kiedyś uwierały nas gorsety…
Wolna - jak ja lubię to słowo. Znam mnóstwo kobiet, które dziś narzekają na brak relacji. Pozbyłyśmy się gorsetów, ale coś też ucierpiało… Te gorsety kojarzą nam się z ograniczeniem swobody, ale też z zupełnie innym typem kobiety, do którego w głębi serca chciałybyśmy wrócić. Współczesna kobieta ma wiele męskich cech, wszystko chce robić sama, nie jest już krucha.

Chciałabyś być taką kruchą kobietką?
Czasami mam ochotę powiedzieć: Weź tę moją walizkę! Nie chcę wpatrywać się w pana, który siedzi w pociągu i błagać go wzrokiem, żeby mi pomógł z bagażem. Pomóż mi, otwórz drzwi
- lubię jak tak jest.

A później mógłby zapytać - Pójdziesz ze mną na kawę?
Dokładnie - chodź ze mną na kawę, dziewczyno w dżinsach, jak w mojej piosence „Autobus”. Znowu ta podwójność się we mnie odzywa… Kończmy, bo zaczynam za dużo mówić.

http://m.7dni.pl/2014/07/orig/ab1a5-312168.jpg

*Oksana Predko



Wokalistka i autorka tekstów, studentka muzykologii w Instytucie Muzykologii na Wydziale Historii Uniwersytetu Warszawskiego. Wraz z zespołem Toronto była nominowana do Fryderyka, zdobyła drugie miejsce w konkursie Debiuty w Opolu w 2003 roku.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City