Wtorek, 20 lutego 2018

Fot.: Jacek Kutyba

Balans duszy i ciała

Kiedy na pytanie taty: „Co o tym myślisz?”, odpowiadałam „Nie wiem”, tata powtarzał, że to źle, bo powinnam mieć swoje zdanie. - Z Marią Lorentowicz-Zagalak* rozmawia Emilia Iwanciw

Emilia Iwanciw

Tagi: Miasta Kobiet Zagalak kobieta przedsiębiorcza

1 września 2014, aktualizowano: 01-09-2014

Podczas wywiadów z kobietami i mężczyznami zauważam pewną różnicę. Kobiety chętniej opowiadają o sukcesach. Jak Pani myśli, z czego to wynika?
Może z tego, że do niedawna sukces był naturalnie kojarzony z mężczyznami? Przecież jeszcze wcale nie tak dawno kobiety nie miały nawet prawa głosu. Może chcą pokazać innym kobietom, że sukces zawodowy, czy polityczny, taki sukces odniesiony poza domowymi pieleszami jest możliwy i warto po niego sięgnąć, przełamując stereotypy.


W zawodzie stomatologa kobietom trudno osiągnąć sukces?
W moim zawodzie kobiety nie muszą udowadniać na każdym kroku swoich kompetencji, bo jest to zawód sfeminizowany. Powiem pani jednak, że kobieta niezależnie od zawodu i jego postrzegania, moim zdaniem ma utrudnioną drogę do tak zwanego sukcesu.

Bo?
Bo kiedy zostaje matką jej świat staje na głowie. Ja naprawdę bardzo starałam się, po urodzeniu dzieci, pozostać tak samo aktywna zawodowo, jak byłam przed ich narodzinami. Wstawałam wcześnie rano, robiłam śniadania, zawoziłam dzieci do przedszkola, jechałam na uczelnię, na której pracowałam. Wychodziłam stamtąd o 15.30 i wtedy odbierałam dzieci, wiozłam do domu, w którym czekała opiekunka. Około godziny 16.00 byłam już w gabinecie i przyjmowałam pacjentów do 20.30. W międzyczasie robiłam też zakupy, a po powrocie kolację dla całej rodziny.

Mąż nie pomagał?
Pomagał. Dużo pracował, na uczelni i w gabinecie. Pomagał, ile mógł. Poczytał dzieciom bajki, zrobił zakupy. Wie pani, ja sądzę, że to kobieta jest taką organizatorką, wiecznie krzątającą się, w większości domów. Pamiętam taką scenę pewnego dnia, po powrocie z pracy. Córka mówi „Mamusiu, chciałabym, żebyś mi zrobiła kolację”. Ja na to: „Tatuś niech ci zrobi”. A córka odpowiada: „Tatuś nie, bo tatuś wrócił z pracy i jest zmęczony”. A przecież oboje pracowaliśmy wtedy tak samo ciężko. Mimo to widać, że w świadomości dziecka utarło się, że mama jest od robienia kolacji, a tatuś ma prawo być zmęczony.

Mimo trudności z pogodzeniem ról, nie zrezygnowała Pani z pracy i nie poświęciła się bez reszty dzieciom...
Nie, bo dla mnie kobieta, aby być spełniona, musi mieć i pracę, i dzieci, i męża, i jeszcze czas na jakieś hobby. To fakt, że organizacja domu jest na mojej głowie. Paradoksalnie, to dla mnie wygodne, bo gdy mąż wyjeżdża służbowo na dwa dni, mój świat się nie wali. Mam wszystko tak poukładane, że jak go nie ma, codzienne życie idzie swoim torem.

Nie uważa Pani, że bierze na siebie zbyt wiele?
Nie. Mnie taka samodzielność odpowiada. Myślę, a nawet jestem pewna, że mój mąż też by nie chciał żony niedorajdy. W jakimś sensie imponuje mu to, że potrafię pogodzić rolę zawodową z rolą żony i matki. Oczywiście, z niektórych zawodowych aktywności musiałam zrezygnować. Początkowo próbowałam pogodzić wychowanie dzieci i pracę na dwa etaty - na uczelni i w gabinecie. Szybko jednak okazało się to niemożliwe i choć zrobiłam doktorat, to wybrałam gabinet.

Jestem ciekawa, w jaki sposób u Pani podejmowane są decyzje w domu. Kto rządzi?
To proporcja 40 na 60. Przy czym 60 jest męża. Mnie taki układ odpowiada, kiedy mężczyzna jest zdecydowany, odpowiedzialny, umie podejmować decyzje. Mąż jest dla mnie autorytetem, podziwiam go za wiele rzeczy. Mogę liczyć na jego pomoc, ale jednocześnie wiem, że mogę być wolna od pewnych spraw i wyborów, bo on to na pewno dobrze załatwi. Powiem pani, że większość kobiet preferuje w głębi duszy taką proporcję, choć się do tego nie przyzna. Mężczyzna musi kobiecie imponować, a ta męskość często tkwi w jego zdecydowaniu i odpowiedzialności. Jednak nie wyobrażam sobie, aby mąż decydował o wszystkim w 80 procentach.

Czułaby się Pani ubezwłasnowolniona?
Może nie aż tak, to za mocne słowo. Ale na pewno nie byłoby to komfortowe. Miałam taką sąsiadkę, która nie pracowała. Codziennie przychodziła do męża po 30 zł. Wychowywała syna, żyła sobie spokojnym rytmem. Wydaje się, że taka osoba ma o wiele mniej stresów. Tak jednak do końca nie jest. Wyciąganie ręki po pieniądze, branie odpowiedzialności za zakupy za nie swoje pieniądze, to też jest stres. Kiedy ja wydaję oszczędności na ekspres do kawy, to nie muszę się martwić, że kiedy okaże się kiepski, będę miała wyrzuty sumienia, bo źle ulokowałam zarobki męża. Chcę mieć ekspres, to kupuję, a jak się okaże kiepski, to trudno. Chciałam, zarobiłam, kupiłam, moja decyzja. Wychodzę z założenia, że każdy potrzebuje mieć swój obszar wolności. Coś, co jest tylko jego.

Pieniądze to władza. W większości związków ten, kto zarabia, ma jej więcej.
Dodałabym jeszcze, że pieniądze to wolność. Swoboda decyzji. Dla kobiety to bardzo ważna kwestia, żeby nie musiała być z mężem, który jej na przykład nie szanuje. Ja jestem z moim mężem dlatego, że chcę, nie dlatego, że muszę. Każda z nas powinna mieć taką możliwość wyboru.

Czy sprzecza się Pani z mężem?
Oczywiście. Jak każda para. Jednak szybko dochodzimy do porozumienia. To wcale nie jest takie popularne, bo w naszym zawodzie, jak i w wielu innych, często dochodzi do kłótni i rozwodów. Jak prześledzi pani statystyki małżeństw lekarka-lekarz, okaże się, że wiele się rozpada. Pierwsze małżeństwa lekarzy są z innymi lekarzami. Drugie to już lekarz-pielęgniarka. Powodem rozpadu pierwszych związków jest rywalizacja. My też się tego obawialiśmy, dlatego podzieliliśmy się kompetencjami. Ja zajmuję się endodoncją i protetyką, a mąż chirurgią. Nie ścigamy się i nie rywalizujemy, kto lepszy.

Brzmi to aż zbyt idealnie.
Proszę nie myśleć, że jest idealnie, ale pracujemy nad tym, aby tak było. Szanujemy się. Miewaliśmy ciche dni. Na pewno pomaga nam to, że oprócz wspólnego życia, każde z nas ma swoje własne pozarodzinne i pozazawodowe sprawy. Ja na przykład jeżdżę na rolkach, fotografuję, spotykam się z koleżankami. Nasze dzieci też już zaczynają mieć własną przestrzeń. Ewa ma już 13 lat, Alex 9. Moja babcia zawsze powtarzała, że dzieci chowamy dla innych, nie dla siebie. Dlatego nie ma co rezygnować z siebie. Kobiety, które całkowicie skupiają się na rodzinie, cierpią potem z powodu syndromu pustego gniazda…

Czym jest dla Pani spełnienie?
Hmmm… Balans ducha i ciała. Życie w zgodzie ze sobą. W harmonii. To też samorealizacja i rozwój. Do całkowitego poczucia spełnienia potrzebne jest jeszcze człowiekowi pomaganie innym. Poczucie, że robi się coś dobrego bezinteresownie. Kiedy poczułam taką potrzebę, zaczęłam pomagać dzieciom niepełnosprawnym, które wychowują siostry zakonne w Chełmnie.

Ma Pani 42 lata. Moje koleżanki, które są w Pani wieku mówią, że kobieta po 40 przestaje się przejmować wieloma rzeczami, porzuca kompleksy, umie lepiej cieszyć się z każdej chwili. Też tak Pani czuje?
Zdecydowanie tak. Przestałam martwić się na zapas, rozmyślać o drobiazgach. To fakt. Uwierzyłam w siebie. Przełomowe było dla mnie pod tym względem spotkanie z trenerem biznesu Aleksem Barszczewskim podczas „Charmsów Biznesu”. Przekonał mnie, że nie wolno bać się zmian. Każda próba zmiany jest wartością, nawet jeśli mamy robić trzy kroki naprzód i dwa do tyłu. Wstąpiłam do oddziału BNI Eagles w Bydgoszczy. Dzięki temu zrozumiałam też, że jestem nie tylko lekarką, ale też bizneswoman. Po kilku miesiącach zaproponowano mi wstąpienie do Kujawsko-Pomorskiej Organizacji Pracodawców Lewiatan. W ramach klastra medycznego Lewiatana jadę do Szwecji, by rozwinąć turystykę medyczną. Zamierzam przyciągnąć do naszego regionu więcej obcokrajowców, którzy będą tutaj się leczyć. Oprócz pomocy medycznej, będziemy też zapewniać im noclegi, transport, wyżywienie, zwiedzanie…

Obudziła się w Pani żyłka do interesów.
O tak. Mam cel. Chcę nieustannie rozwijać naszą klinikę. To moje pierwsze wyzwanie. Drugie, równie ważne, to zadbać o wykształcenie dzieci.

Skąd u Pani ta ambicja i determinacja?
Myślę, że wyssałam ją z mlekiem matki. Pamiętam taką scenę z czasów, kiedy byłam małą dziewczynką. Mieszkaliśmy na budującym się osiedlu. Zewsząd dochodził hałas. Otwieram drzwi do łazienki, a tam w wannie, na kołdrze, siedzi moja mama z podręcznikiem do okulistyki. Uczyła się do egzaminów specjalizacyjnych. Chowała się w łazience, bo tylko tam miała ciszę i skupienie. Mama była zawsze bardzo zdeterminowana. Jest lekarką, okulistką, wiele lat była ordynatorem w żnińskim szpitalu, jedyną kobietą wśród szefów oddziałów. Ciężko na to pracowała. Musiała na każdym kroku udowadniać, że jest lepsza od mężczyzn. Nigdy jednak nie stała się mężczyzną w spódnicy. Mimo tej walki, zachowała w sobie kobiecy pierwiastek.

Taka matka musiała być wobec córki bardzo wymagająca.
Była. Do dziś trudno jej czymś zaimponować. Gdybym zadzwoniła do niej i powiedziała, że upiekłam pyszny placek z jagodami, powiedziałaby: „Ach, to OK”. A gdybym zadzwoniła powiedzieć jej, że będzie ze mną wywiad w gazecie, to z pewnością by powiedziała „Wow!”.

Podejrzewam, że w Pani domu nie było tradycyjnego dla tamtych czasów podziału ról.
To fakt. Mama pięła się po szczeblach lekarskiej kariery. Tata siłą rzeczy musiał bardziej zaangażować się w dom. To, o czym teraz się mówi, o tej wielkiej przemianie mężczyzn, chodzących na urlopy tacierzyńskie i prowadzących dom, ja znam z autopsji. Z czasów, kiedy wcale się o tym nie mówiło, a sporo było takich domów. Mam z tatą wspaniały kontakt. Od niego nauczyłam się cieszyć dniem dzisiejszym.

Mama rządziła w domu?
Próbowała. Jak ktoś rządzi w pracy, zaczyna też ustawiać wszystko w domu. To normalne. Mama też miała takie zapędy. Tata wtedy mówił: „Halusiu, to jest dom, a nie oddział”, i trochę mamę stopował. Mogę chyba jednak spokojnie powiedzieć, że w moim domu panowało równouprawnienie. Tata nie był pod pantoflem, umiał powiedzieć „nie" i mama to szanowała. W moim domu w ogóle każdy miał prawo mieć własną opinię. Kiedy na pytanie taty: „Co o tym myślisz?”, odpowiadałam: „Nie wiem”, tata powtarzał, że to źle, bo powinnam mieć swoje zdanie.

W czym się przejawiał u Pani okres nastoletniego buntu?
Może w tym, że przez jakiś czas chciałam być fotoreporterką wojenną? Był też taki okres, kiedy chodziłam po górach, w dość niebezpieczne miejsca i spałam w jaskiniach. Potem był alternatywny teatr w Żninie. Marzyłam, by zostać aktorką. Do dziś jest we mnie taka artystyczna część osobowości, która czasem wygląda na światło dzienne. Zauważyłam, że często osoby, które mają poukładany, proceduralny zawód, taki jak mój, tęsknią za czymś kreatywnym. Stąd pewnie u mnie różne próby rozbudzenia w sobie pasji: nauka gry na flecie, warsztaty fotograficzne, podróże. Mąż się śmieje, że często zaczynam coś robić, zapisuję się na zajęcia, ale tego nie kończę. Ja na to patrzę inaczej. Dla mnie wartością jest samo poszukiwanie siebie w takich artystycznych aktywnościach.

Umie Pani się w siebie wsłuchać. Mam wrażenie, że ma Pani wszystko gdzieś tam w sobie przepracowane i poukładane w odpowiednich szufladach: przeszłość i przyszłość.
Coś w tym jest. Po 40 zrobiłam sobie takie małe podsumowanie…

Co by Pani, ze swojej perspektywy kobiety dojrzałej, spełnionej, doświadczonej, poradziła innym kobietom?
Żeby się nie załamywały, kiedy na świat przyjdą dzieci. Żeby wytrzymały ten trudny czas i najpóźniej po 3 latach w domu, wracały do pracy. Jeśli kobiety będą pracować, partnerzy będą je bardziej szanować. Staną się też inspiracją dla dzieci.

Większość dzieci nie chce, by mama wracała do pracy. Wolą mieć ją przy sobie.
Tylko na początku tak jest. Moja córka z początku nie chciała chodzić do przedszkola. Pewnego dnia przez cały poranek prosiła, bym nie szła do pracy, bo ona chce pójść ze mną po spineczki do włosów. W końcu mówię: „Dobrze, to nie pójdę do pracy, skoro tak bardzo ci na tym zależy”. Po chwili dodałam: „Musisz wiedzieć, że skoro nie poszłam do pracy, to nie będziemy mogły pójść
po nowe spineczki, bo mama nie będzie mieć na nie pieniążków”. Córka zdziwiła się, zastanowiła i poszła do przedszkola.

Od tego czasu już nie próbowała zatrzymać Pani przy sobie?
Myślę, że sporo zrozumiała. To naturalne, że dzieci chcą nas mieć dla siebie. I są momenty, w których bardzo nas potrzebują, musimy być wtedy dla nich. Nie możemy jednak dać się zwariować. Wbrew pozorom większość kobiet jest bardziej zmęczona i gorzej zorganizowana, kiedy zostaje z dziećmi w domu. Kobiety, które decydują się podjąć wyzwanie i godzić obie role, stają się silniejsze i czują się bardziej spełnione. Oczywiście, na pewno nie działa to w każdym przypadku, ale myślę, że w większości tak to właśnie jest.

http://m.7dni.pl/2014/09/orig/6c8f6-315687.jpg

*dr n. med. Maria Lorentowicz-Zagalak



Lekarz stomatolog. Współwłaścicielka Kliniki Stomatologicznej Zagalak
www.zagalak.pl

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City