Poniedziałek, 20 listopada 2017

Fot.: Thinkstock

Japońskie mróweczki

Zakaz picia kawy, niebieskie laczki i szef zwany Wielkim, w stroju Ewy Chodakowskiej... Nie śmiejcie się, tak się po prostu pracuje w Japonii.

Joanna Shigenobu*

Tagi: Japonia podróże orient

26 lutego 2015, aktualizowano: 26-02-2015

W Japonii mieszkam od ośmiu lat, ale jak wspominałam w ostatnich „Miastach Kobiet”, ten kraj nie przestaje mnie zaskakiwać. Inne wierzenia, język czy moda to nie wszystko. Często mam wrażenie, że nawet sami Japończycy nie potrafią wyjaśnić niektórych specyficznych zachowań. Idealnym przykładem na to jest moja japońska koleżanka Emi, która opowiedziała mi o tym, jak wygląda jej praca, w dużej, wydawałoby się podobnej do europejskich standardów korporacji.


Ruszamy



Emi do firmy wchodzi punktualnie o ósmej rano, normalna sprawa. Dzień zaczyna od ukłonów na przywitanie i wymiany kilku grzecznościowych słów ze współpracownikami. Trudno wyobrazić sobie te ukłony w polskich biurowych realiach, jednak nie to jest najdziwniejszym stałym elementem każdego poranka. Najlepsze następuje po chwili.
Oto zastrzyk na kolejne kilka godzin pracy, czyli codzienna, poranna gimnastyka z szefem! Wszyscy potulnie wchodzą do dużego, jasnego pokoju konferencyjnego. Każdy z dwudziestu pracowników zajmuje swoje miejsce, na starannie przygotowanej macie. W skupieniu, bez żadnych rozmów, cierpliwie czekają.

Wchodzi Wielki



Gdy Emi opowiada o swoim szefie, zawsze zaczyna chichotać. Nazywamy go Wielkim, choć nie wiem, czy ksywa ta ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Wielki wchodzi na salę w stroju, który opisać można jedynie stwierdzeniem „bardziej niż profesjonalny”. Zaskoczona byłaby nawet sama Ewa Chodakowska. Strój jest inny każdego dnia, nikt jeszcze nigdy nie przyłapał Wielkiego na powtórzeniu zestawu.
Gimnastykę poprzedzają ponownie ukłony powitalne. Jestem pewna, że gdyby zliczyć te wszystkie ruchy od początku dnia, niejednemu Polakowi już to wystarczyłoby za solidne ćwiczenia. Japończycy jednak zaraz po nich zaczynają swój poranny trening.

Pośpiewajmy



- I co, tak ćwiczycie w ciszy? - zapytałam Emi ostrożnie, bo nadal ciężko mi było wyobrazić sobie ten cały rytuał. - Przecież tak na sucho to chyba niefajnie?
Oczywiście, że nie. Wszystko jest idealnie zorganizowane. Dzień wcześniej, do specjalnej puszki każdy z pracowników wrzuca swoją propozycję muzyczną. A potem Wielki losuje. Z namaszczeniem wybiera tylko jedna karteczkę i już wiadomo w jakich rytmach będą podskoki, przysiady i wymachy rękoma. Najlepsze zostawiają na sam koniec. Gdy muzyka już cichnie, pracownicy zaczynają śpiewać. Nie byle co, tylko ich firmową, doskonale znaną każdemu piosenkę. Po tym wszyscy mogą rozejść się do swoich zajęć.
Emi już przy pierwszej opowieści o swojej pracy zaznaczyła na wypadek jakichkolwiek moich wątpliwości, że zarówno ona, jak i pozostali pracownicy, uwielbiają te poranne ćwiczenia z szefem. To świetna integracja zespołowa, na dodatek z samym Wielkim. Spotyka ich wielki zaszczyt!

W laczuszkach



W jej firmie wszyscy ubrani są w kolorystycznie dobrane uniformy. Co więcej, po biurze nie wolno chodzić w butach – każdy ma swoje osobiste niebieściutkie laczuszki. Pracownicy przechadzają się w nich po pokojach obstawionych ogromną ilością roślin doniczkowych. Te, choć wyglądają jak najprawdziwsze, są w stu procentach sztuczne. Wielki ma duże problemy alergiczne, nikt więc nawet nie śmie zaproponować wstawienia do pokoju żywego kwiata.
Emi jako jedyna w firmie perfekcyjnie włada językiem angielskim, w związku z tym zajmuje się utrzymywaniem kontaktów z zagranicznymi kontrahentami. Każdego dnia walczy z tysiącami maili, telefonów i korespondencją listową. Niekiedy musi też osobiście złożyć wizytę w firmie partnerskiej i wtedy jeździ po całym Tokio. Przyznaję, że w tym akurat nie ma nic dziwnego – tak też przecież czasem wygląda praca w Polsce. Zaskakujące jest jednak to, dlaczego Emi tak bardzo lubi te wizyty w firmach partnerskich...
Otóż u niej w pracy nie można pić kawy! Wszelkiego rodzaju herbatki owszem, ale kawy już nie. Kiedy więc przyjdzie jej spędzić cały dzień poza murami biura, w końcu może pozwolić sobie na ulubione latte.

Na swoich barkach



Pracę kończy o osiemnastej, ale musi odhaczyć jeszcze zebranie podsumowujące dzień. Wydawać by się mogło, że zaraz po nim wszyscy grzecznie rozchodzą się do swoich domów. Nic bardziej mylnego. Większość zostaje dłużej, niekiedy i na całą noc, tłumacząc się niedokończoną pracą. Nikt się nie sprzeciwia, bo nie ma czemu – przecież Wielki wcale ich do tego nie zmusza. Tak po prostu już jest. Może to podświadomy lęk przed jego gniewem, gdyby nie skończyli swoich zadań na czas? Nie wiem, Emi też nie, obie więc zakładamy, że wszyscy po prostu tak bardzo kochają to co robią i trudno im się z tym rozstać.
Jedno jest pewne – tutaj wszyscy są te małe dzielne mróweczki, codziennie biorące na swoje barki wszystko co tylko się da. Tak jak w wierszy Brzechwy:
Mrówka
Nie mówiąc nikomu ani słówka
Chociaż nie była zbyt rosła
Wzięła stół (na plecy sama) i do szkoły zaniosła.





* Joanna Shigenobu

bydgoszczanka, która od 8 lat mieszka w Tokio; żona Japończyka; mama 6-letniego synka; napisała książkę o miłości Europejki i Japończyka; współpracuje z grupą teatralną Hibiki Family

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City