Sobota, 16 grudnia 2017

Lubię swoją siłę!

Moja agentka się śmieje: „Dziewczyno, załóż szpilki, wylaszcz się!”. Mówię: nie. Jestem normalna, czasami z makijażem, czasami bez. Tak jest lepiej. Nie będę świecidełkiem, jakimś ładnym ozdobnikiem.

Jan Oleksy

Tagi:

21 kwietnia 2015, aktualizowano: 21-04-2015

Cieszę się, że znalazła Pani chwilę czasu na pogawędkę…
Dla waszej gazety zawsze mam czas!


Często bywa Pani w Toruniu, czyli w swoim rodzinnym mieście?
Niestety rzadko, z powodu braku czasu. Bardzo trudno jest być dobrą mamą, a jednocześnie pracować w zawodzie. Nie sposób tego oddzielić. Będąc mamą, niekiedy zmuszona jestem poświęcić pracę dla rozwoju emocjonalnego mojego dziecka. Ostatnio musiałam zrezygnować z paru spektakli teatralnych, ponieważ okazało się, że nie byłoby mnie w domu niemalże codziennie wieczorem. To ogromna strata dla dziecka, więc dozuję sobie przyjemności zawodowe. Cieszę się, że jestem na takim etapie, że mogę sobie na to pozwolić…

Czy sześcioletnia Janinka czuje, że ma znaną mamę?
Nie epatuję tym, że mam zawód, w którym czasem mnie widać. Na pewno już nie zaskakują jej nieznane osoby podchodzące do mnie po autografy. Janka uczęszcza do przedszkola, w którym są dzieci aktorów, muzyków. Zawód jak każdy inny. Myślę, że nie ma to dla niej większego znaczenia. Staram się ją tak wychować, żeby nie uzurpowała sobie prawa do tego, by czuć się kimś lepszym. Ja z tego powodu, że gdzieś tam czasem występuję, nie czuję się absolutnie kimś wyjątkowym. Nie jest to prestiż zawodu lekarza. Bardzo chciałabym uleczyć człowieka…

W pewnym sensie Pani również leczy…
… dając ludziom emocje. Ostatnio odkryłam też, że uwielbiam radzić. Im jestem starsza, tym bardziej lubię to robić. Myślę, że czasem jestem w tych poradach nawet bardzo skuteczna.

W tych dotyczących spraw sercowych również?
Jestem „ciocia dobra rada” w wielu sprawach. Jakiś czas temu radio RMF zaproponowało mi prowadzenie cyklu poradnikowego „Zaradna i romantyczna”, który trwa już drugi czy trzeci sezon. Pracuję bez scenariusza, odpowiadam na pytania słuchaczy i naprawdę bardzo to lubię. Nagle okazuje się, że o wielu rzeczach wiem. I to nie dlatego, że jestem specjalistą od wszystkiego. Po prostu moje życie zawsze było dosyć skomplikowane, nigdy nie wybierałam najłatwiejszej drogi. Dzięki temu z wieloma problemami się zetknęłam. Bardzo fajnie jest móc komuś podać rękę, poradzić. Jeżeli będzie miał pan jakiś problem, począwszy od ortopedycznych, a skończywszy na sercowych, to bardzo chętnie pomogę, służę poradą. Spróbuję znaleźć rozwiązanie.

Dzięki, w takim razie zapiszę sobie numer telefonu do Pani. Może raczej powinna Pani zostać psychologiem?
Gdybym się nie dostała za pierwszym razem do szkoły filmowej, to na pewno zdawałabym na psychologię.

W aktorstwie chyba poniekąd również można realizować się jako psycholog.
W jakimś sensie moje zajęcie też jest trochę psychologizującym zawodem, bo wcielając się w różne postaci, trochę prowadzimy terapię na sobie.

Wcielanie się w rolę jest męczące?
Bywa, ale uwielbiam, kiedy rola jest daleko ode mnie. Bardzo lubiłam wcielać się w Małgosię z „M jak miłość”, bo sama jestem zupełnie inna
- nie jestem rozpieszczona, nie mam w sobie cech „zimnej ryby”, jestem kompletnie z innego świata. To jednak ma dwie strony - po tej roli nagle zaczęto mnie utożsamiać z kimś takim i to już nie było fajne. Jednym z najtrudniejszych wyzwań była rola kochanki w spektaklu „Jabłko”. Jest to historia o miłości, zdradzie i umieraniu, opowiedziana niebanalnie, mądrze, ale w bardzo prosty sposób. Grałam razem z Gosią Foremniak i Janem Jankowskim. Musiałam bronić bardzo negatywnej postaci. Sama jestem osobą dobrą. Nawet, jeżeli już zrobię komuś krzywdę, to zaraz za nią przepraszam. I nigdy nie krzywdzę specjalnie! Nie jestem też mściwa…

Czy również nikomu Pani nie zazdrości?
Mam w sobie pozytywną zazdrość - zazdroszczę wszystkim, którym się udaje, którzy robią coś fajnego. Jest to dla mnie kwestia budująca, a nie coś negatywnego.

To nakręca?
Mobilizuje do działania. Oscar dla „Idy” jest dla wszystkich polskich aktorów czymś absolutnie wyjątkowym. Cieszę się, że Agata Kulesza zetknęła się ze światem, z którym wydawałoby się, że nikomu z Polaków się nie uda.

Marzy Pani o nagrodach?
Nagrody są przyjemną wypadkową naszego
zawodu, ale najważniejsze jest to, żeby się spełniać w aktorstwie. Myślę, że każdy trzeźwo myślący aktor nie myśli o Oscarze, tylko o tym, żeby zagrać fajne role. Nagrody mogą być tego konsekwencją, nie odwrotnie.

Jakie role są Pani marzeniem? Młodej i pięknej?
Nie młodej i pięknej… Jakoś szczególnie nie poprawiam swojej urody. Im więcej role wymagają ode mnie pracy, tym lepiej! Wszystkie introwertyczne postaci, takie w których musiałbym też złamać swój wygląd fizyczny, bardzo mnie kręcą. Pamiętam, że od pierwszej chwili, kiedy grałam w „M jak miłość”, prosiłam, żeby mnie trochę zbrzydzić. Zależało mi na tym, by moja bohaterka była taką swojską babką chowaną na mleku. Ważne, by grać rolę, a nie być sobą w rolach, które się odtwarza.

A co Pani najbardziej ceni i lubi w sobie?
Myślę, że swoją siłę. Im jestem starsza, tym czuję w sobie coraz większą siłę do walki.

Na pierwszy rzut oka widać, że jest Pani szalenie dynamiczna!
Zaczęłam swoją przygodę teatralną z Dorotą Stalińską i Dorota mnie namaściła. To nie wymaga komentarza.

Czyli jest Pani taką herszt babą?
Jestem herszt babą, ale potrafię też być kobietą. Jestem zodiakalnym Bliźniakiem, więc mam dwoistą naturę. Trochę delikatna i subtelna, a trochę wojująca.

Mąż Maciek daje sobą kierować?
Nie rozmawiam o życiu prywatnym z tego powodu, że oboje z mężem wykonujemy podobną profesję. Zazwyczaj pisze się o nas bzdury, przeinacza fakty. Dlatego w mediach o sobie nie mówimy.

OK, zostawmy rodzinę w spokoju. W takim razie, co się Pani podoba w facetach?
Cenię poczucie humoru, inteligencję, osobowość. Najbardziej mnie kręci w mężczyźnie, gdy on ma swoje pasje, jest moim dopełnieniem, ale też jest trochę kimś innym. Wydaje mi się, że życie z kimś zupełnie takim samym jest… ciągłą walką. To, czego najbardziej oczekuję w związku, to szczerość, lojalność i przyjaźń. Muszę się z facetem kumplować, a nie być jak adorowana księżniczka, żyć na puchowych kołderkach. To mnie nie interesuje.

Nominacja w konkursie Viva Najpiękniejsi ma dla Pani jakieś znaczenie?
To nie jest dla mnie najważniejsze. Fajnie, jak ktoś mnie nominuje, ale nie spędza mi to snu z powiek. Myślę, że w naszym zawodzie bardzo ważna jest pokora. Tylko ona daje możliwość dobrej współpracy z reżyserem, pozwala się oddalać i grać postać. Miałam okazję pracować z jednym z najlepszych reżyserów, z Janem Englertem. Bałam się tego spotkania, ale od pierwszych chwil świetnie się rozumieliśmy. W „Intrydze” gram osobę antypatyczną i mało komunikatywną. To moje przeciwieństwo. W tym projekcie teatralnym przechodzę metamorfozę. Tak dobieram role, żeby zaskakiwać widzów.

Czy wzorem innych aktorów myśli Pani o reżyserii?
Nie mówię nie! Na razie jestem młodą osobą, wydaje mi się, że doświadczenia w tej kwestii nabiera się z biegiem lat. Zajmuję się wieloma sprawami, też piszę. Nie wiem, co będzie w przyszłości. Faktem jest, że pragnę w życiu spróbować różnych rzeczy. Szukam, nieustannie tworzę…

Taka niespokojna dusza?
Dwa lata temu zrezygnowałam ze świetnie odbieranego serialu „M jak miłość”. Wydawałoby się, że nic głupszego nie mogłam zrobić… A ja dzięki tej decyzji przeżywam bardzo fajne momenty w życiu zawodowym. Jestem szczęśliwa, bo mogę wybierać i robić to, co chcę, a nie to, co muszę. To jest fajne!

Zrezygnowała Pani, bo serial Panią wyjaławiał, nudził?
Pomyślałam, że dużo czasu spędziłam z tą postacią. Poczułam, że to jest taki moment, w którym już się nie rozwinę. Wiedziałam, że po takiej roli będzie przerwa, że nie od razu zagram trzy główne role w innych serialach, ale nie jest to dla mnie sensem życia. Ważne jest, by się rozwijać, ale w trochę innym tempie i w trochę inny sposób.

Jest Pani piękną kobietą, ambasadorką Avonu. Czy ładnym jest łatwiej w życiu?
Dziękuję bardzo, ale nie wiem, bo nigdy się nie czułam ładna. Przez wiele lat miałam nadwagę. Czasem czułam się atrakcyjna, ale raczej tylko pod względem osobowości, a nie wyglądu. Jakby pan mnie zapytał, ile mam zmarszczek na czole…

Nie zapytam!
… odpowiem - nie wiem, bo się za bardzo nie przeglądam w lustrze. Nie przywiązuję dużej wagi do swego wyglądu, a może o tym świadczyć chociażby liczba publikacji paparazzi, którzy mnie łapią gdzieś na ulicy. Moja agentka się śmieje: „Dziewczyno, załóż szpilki, zrób jak inne laski, wylaszcz się!”. Mówię: nie. Jestem normalna, czasami z makijażem, czasami bez. Tak jest lepiej. Taka jest prawda. Mój zawód predestynuje mnie do tego, by grać, a nie żeby być świecidełkiem, jakimś ładnym ozdobnikiem. Absolutnie tego nie chcę!

Lubi Pani gotować? Mam na myśli nowy program telewizyjny „Tajemniczy składnik”…
Po prostu dostałam zaproszenie na casting i… wygrałam. Jak już mówiłam, lubię radzić, a ten program ma charakter poradnikowy. Dotyczy nie tylko gotowania, są tam porady z różnych dziedzin. Na castingu zaproponowałam swoją wersję zdrowego żywienia i to się spodobało. Wierzę, że przypadki chodzą po ludziach. Tak samo dostałam się do programu „Kocham Cię, Polsko” i do innych.

Sama Pani również gotuje?
Oczywiście. Natomiast, gdy nie gotuję w domu, to wiem, gdzie chodzić. Wiem, co jem!

Przykłada Pani wagę do jedzenia?
Do zdrowego jedzenia. Staram się nie jeść niezdrowych rzeczy, zwłaszcza od czasu, gdy urodziło mi się dziecko.

Została Pani wegetarianką?
Nie jestem wegetarianką, jem mięso, natomiast nie przesadzam z kurczakami, unikam żywności modyfikowanej i wszystkich ulepszaczy.

A lubi Pani pierniki?
Lubię toruńskie pierniki, ale jestem też zakochana w waflu „Teatralnym”. Za każdym razem, jak ktoś przyjeżdża do mnie z Torunia, to zawsze z waflami.

Nie na darmo ma Pani swoją „Katarzynkę” w Piernikowej Alei Gwiazd.
To był dla mnie wyjątkowy moment. Spotkałam tylu ludzi ze swojej przeszłości, nauczycieli, znajomych… Było to niesamowite przeżycie, prezent od losu. Okazuje się, że Toruń kocha swoich ludzi. To miasto jest zresztą mekką artystycznych dusz. Piotruś Głowacki, Magda Czerwińska… graliśmy razem w toruńskim Spiętym Teatrze Spinaczy przy MDK-u. Gosia Kożuchowska, Grzegorz Ciechowski, Grażyna Szapołowska, Bogusław Linda, Olga Bołądź, Jakub Gierszał, nie mówiąc o Macieju Dowborze i Kasi Dowbor. Dużo nas z Torunia!

Wiem już, że lubi Pani pierniki. A lody? Smakowała je Pani w jednej kampanii reklamowej.
Jak ktoś mi proponuje bycie ambasadorem marki, to przede wszystkim muszę w nią wierzyć. Zawsze tak wybieram. Nie jestem osobą, która zrobi wszystko dla pieniędzy. Do tej pory wystąpiłam tylko w paru reklamach, zawsze z przekonaniem, że firmuję wartościowy produkt.

Rozmawiamy chwilę i już czuję, że od Pani emanuje tyle dobrej energii…
… pozytywnej energii!

Myślę, że w związku z tym ma Pani dużo przyjaciół…
Mam wielu przyjaciół. Niestety nadal jestem naiwna i się nabieram. Czasami niektórzy przyjaciele przychodzą i… odchodzą, bo nie są takimi osobami jak ja.

Chcą Panią wykorzystać?
Znam prawdziwych przyjaciół, takich jeszcze z dzieciństwa. I z tego się cieszę.

Sentymentalny powrót do przeszłości?
Jestem bardzo melancholijna…

Płacze Pani w kinie?
Zawsze. Nawet na trailerze jestem w stanie się popłakać. Wczoraj widziałam trailer o triathlonie i od razu się poryczałam. Płaczę nawet na reklamie, w teatrze, wszędzie. Jestem bardzo naiwna?

Nie ma się czego wstydzić.
Mój zawód jest mocno związany z emocjami. Tak się pocieszam…

Ma Pani ciekawość świata?
Tak, dlatego radzę ludziom. Mam rozbudzoną ciekawość świata także w sensie podróżowania.

Dowiedziałem się, że właśnie wylatuje Pani do Ameryki…
To zawodowy wyjazd. Zostaliśmy zaproszeni do teatrów w Toronto, w Chicago, a później w Sztokholmie i w Niemczech. To bardzo prestiżowe występy. Cieszymy się z nich, szczególnie, że w ostatnim czasie jest ich rzeczywiście dużo. Także na terenie całej Polski.

Skoro lubi Pani radzić, to co poradziłaby Pani Czytelniczkom „Miast Kobiet”?
Doradziłabym, żebyśmy my, kobiety, bardziej dbały o siebie. Niekoniecznie w takim sensie, że zaczniemy chodzić do kosmetyczki, robić manicure, biegać do fryzjera i… zaniedbywać dzieci i męża. Myślę o kontekście zdrowotnym, żebyśmy robiły coś wyłącznie do siebie, poszły do siłowni, uprawiały nordic walking, pojechały w ciekawe miejsce. Nabierzemy więcej sił, lepiej się poczujemy.

Ale nie namawia Pani, by zostały egoistkami, albo jeszcze gorzej heterami?
Absolutnie nie. Mężczyźni są do kochania, ale pamiętajmy o tym, żeby najpierw kochać siebie, bo kochając tylko dzieci i męża, zapomnimy o sobie. Musi istnieć zdrowa równowaga. Nie radzę nikomu być heterą w związku, bo pewnie wtedy mężczyzna ucieknie. Jeżeli będziemy harmonijne, to odnajdziemy szczęście.CP

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City