Sobota, 16 grudnia 2017

Fot.: Marek Matusiak

Nie odcinam kuponów

My, kobiety w Polsce, boimy się opinii innych kobiet, boimy się opinii sąsiadek, boimy się, co ludzie powiedzą. Ale myślenie innych nie powinno nas ograniczać. - Z aktorką, Katarzyną Żak* rozmawia Jan Oleksy

Jan Oleksy

Tagi:

29 maja 2015, aktualizowano: 29-05-2015

Rozbawił mnie Pani adres mailowy z 007 na końcu…
Moje dwie córki twierdzą, że to jest najbardziej obciachowy adres, jaki w życiu słyszały. Mój mąż całe życie jest dla mnie Jamesem Bondem, ja jestem kobietą Bonda (śmiech). A tak naprawdę, to strasznie dużo w Internecie Katarzyn Żak i trudno mi było znaleźć adres, który nie byłby zajęty…


Proszę już nie tłumaczyć, to bardzo miłe, co mówi Pani o mężu… Długo jesteście Państwo razem?
W wakacje w tym roku stuknie nam 30 lat!

Pięknie! Jak to zrobić, żeby tak długo ze sobą wytrzymać? Ma Pani jakąś receptę?
Nie ma recepty. Uważam, że małżeństwo to ciężka praca. Musi być na początku spełniony jeden bardzo podstawowy warunek, a mianowicie muszą się spotkać ze sobą tak zwane dwie połówki, które w różnych momentach życia z łatwością się do siebie dopasowują. Małżeństwo to jest nie tylko nieustająca praca, ale i też wielka umiejętność osiągania kompromisów.

Mówi się, że trzeba się przede wszystkim lubić…
Myślę, że może nawet nie lubić, ale przyjaźnić. To bardzo ważne. Mój mąż jest dla mnie przyjacielem. Mogę z nim porozmawiać o rzeczach trudnych, które mnie bolą i wiem, że zawsze mi doradzi. A jeżeli nie będzie umiał pomóc, to szczerze o tym powie, jak przyjaciel. I nie będzie mnie nigdy krytykował, co się niestety dość często zdarza w innych związkach.

I to w towarzystwie?! To jest straszny obciach.
To już pomijam.

Czego jeszcze, oprócz przyjaźni, oczekuje Pani od mężczyzny?
Panie Janie, myślę, że już niczego nie oczekuję! (śmiech)

To wobec tego spytam ogólnie, czego oczekują kobiety?
Kobiety przede wszystkim oczekują od mężczyzn… adoracji. Niestety, im dalej w las, tym jest gorzej! (śmiech) Potrzebują atencji, uwagi, skupienia się na ich problemach, docenienia, współczucia, zainteresowania. To wszystko rozumiem pod ogólnym pojęciem adoracji. Oczekują uśmiechu, kwiatka, powiedzenia od czasu do czasu: „ach, jak ślicznie wyglądasz”, „jaką masz piękną, nową fryzurę”, bo wtedy czują się takie zaopiekowane, bezpieczne…

… dowartościowane.
Myślę, że im kobieta starsza, tym bardziej tego potrzebuje.

A czym faceci imponują kobietom?
Mnie się podoba inteligencja.

Mądry? Tylko tyle?
Facet musi być partnerem życiowym. Najważniejsza w związku jest umiejętność prowadzenia rozmów na wszystkie tematy, te najtrudniejsze też.

Niedopowiedzenia się zbierają, potem się kumulują i… jest problem.
W życiu borykamy się z wieloma problemami. Inaczej je postrzegamy. Młodzi ludzie, którzy spotykają się na swojej drodze, pochodzą z różnych rodzin, często o odmiennych tradycjach i korzeniach, o innych systemach wartości, a później we wspólnym życiu muszą sobie z tym bagażem wyniesionym z domu poradzić, wypracowywać kompromisy. To jest bardzo trudne i to trwa całe życie. Nie ma dobrej rady, nie można kliknąć na www.superudanyzwiązek.pl i sprawdzić, co zrobić. Każdy z nas, dzięki Bogu, jest inny.

Zresztą nikt takich recept nie chce słuchać, nie ma zamiaru z nich korzystać. Zwłaszcza młodzi.
Każdy jest najmądrzejszy.

Może kobieta powinna wsłuchiwać się w męski głos?
Kobieta powinna starać się odrzucić swoją emocjonalność. Ale uważam, że to niemożliwe.

Chyba ponad siły?
I jesteśmy znowu w punkcie zerowym! (śmiech)

To zmieńmy temat. Przejdźmy do Pani ról. Siostra Przełożona w „Siostruniach”, siostra Bazylia w „Sile wyższej”… Uduchowione postacie…
To nie moje pierwsze zakonnice, bo jeszcze wcześniej zagrałam siostrę Annę w „Wariacie i zakonnicy”. Z pozoru niewinną, jak to u Witkacego. Byłam też zakonnicą w spektaklu „Romans róży”.

Ma Pani doświadczenie w chodzeniu w habicie…
Habit nie wyznacza jakiegoś określonego sposobu grania, bo zakonnice to przecież przede wszystkim kobiety, o różnych cechach charakteru.

Oczywiście to tylko zewnętrzny atrybut.
Ale habit dyscyplinuje sposób zachowań, choć pod nim jest zawsze pełnokrwista kobieta. Jedna potrafi to uzewnętrznić, a inna to ukrywa. Wszystko zależy od scenariusza. Mnie się zresztą ta dyscyplina habitu bardzo podoba, bo tylko z pozoru nadaje pewną surowość. Poza tym moje córki - Ola i Zuzia - chodziły w pewnym okresie do szkoły prowadzonej przez siostry zakonne. Miałam tam przegląd różnych osobowości i charakterów. Habit nie ogranicza temperamentu.

Pani w rolach sióstr, pan Cezary jako ksiądz Piotr w „Ranczu”… Czyli macie w domu mały kościół?
Jest w tym coś rajcującego!

Zakonnica z księdzem to rzeczywiście bardzo udany związek. Na szczęście nie w życiu i nie w jednym filmie. W „Ranczu” stworzyła Pani fenomenalną postać Solejukowej. Lubi Pani nowe wyzwania?
Nie stawiając sobie wyzwań w tym zawodzie, nie poszukując, nie dotykając różnych rzeczy, człowiek stoi w miejscu. Aktorzy z olbrzymim dorobkiem podkreślają, że w tym zawodzie człowiek rozwija się do końca, do ostatniej roli. Każda rola jest wyzwaniem, białą kartą. Jeżeli ktoś myśli, że to jest zawód, w którym w pewnym wieku już się odcina kupony, to jest w błędzie. Ja tego tak nie traktuję, dlatego cieszę z nowych wyzwań, takich jak recital czy monodram. Skoczyłam na głęboką wodę i przez cztery lata grałam monodram „Czterdziestka w opałach”. To było ważne doświadczenie zawodowe, wielka sztuka pokory, nauka dialogu z publicznością. Mam największą atencję dla widza i zawsze traktuję go nie jako przeciwnika, tylko partnera do rozmowy.

Ale wróćmy na „Ranczo”, gdzie stworzyła Pani postać, która się wyróżnia, którą się pamięta. Czy piękna kobieta, bo za taką Panią uważam, nie bała się takiego pobrzydzenia?
Marzyłam o tym, żeby się zmienić, pokazać widzom, że moje warunki nie muszą dyscyplinować propozycji, które otrzymuję. Charakteryzacja Solejukowej była po części moim pomysłem i początkowo reżyser nie chciał się zgodzić. Przekonałam go, bo intuicja aktorska podpowiadała mi, że muszę postać uwiarygodnić. Nie uwierzyłby mi widz, gdybym tylko założyła chustkę, stary sweter i wyglądała tak jak wyglądam. W tym wszystkim nie chodziło o to, żeby Solejukową „pobrzydzić”, tylko żeby pokazać, jak bardzo jest zmęczona życiem, mając męża pijaka i siedmioro dzieci oraz warunki, w jakich na początku mieszkała. Naprawdę było jej ciężko.

Myślę nie tylko o wyglądzie zewnętrznym, ale o zbudowaniu postaci autentycznej, wiejskiej kobiety…
Podstawą do zagrania tej roli była prawdziwa matka Polka, która dla dzieci zrobi absolutnie wszystko. Bo przecież jej kolejne pomysły wynikały wyłącznie z tego, że chciała dzieciom polepszyć życie. To, co jej się po drodze przydarzyło, to oczywiście jest już zasługą scenarzystów, którzy pokazali kobietom, iż niezależnie od wieku, miejsca zamieszkania, pozycji społecznej i wykształcenia, nigdy nie jest za późno, żeby realizować marzenia. My, kobiety w Polsce, boimy się opinii innych kobiet, boimy się opinii sąsiadek, boimy się co ludzie powiedzą. Natomiast Solejukowa ma tę piękną cechę, że myślenie innych ludzi jej nie ogranicza. Bardzo zależało mi na tym, żeby pokazać jej pełne emocji relacje z dziećmi. To było wyjściem do budowania roli.

Ta postać okazała się bardzo inspirująca? Daje pomysł na życie, a przede wszystkim… nadzieję.
Piszą do mnie kobiety, które zdecydowały się na założenie własnego małego biznesu, wzięły sprawy w swoje ręce. Jedna z nich, nie mając pieniędzy, założyła we wsi koło językowe dla wszystkich mieszkańców. Jej największym zwycięstwem było to, że na zajęcia przychodził dziadek z wnuczkiem. Ludzie się odważyli działać. To wzruszające.

Czy pracując nad tą rolą czuła Pani odpowiedzialność za to, że tworzy dla kobiet pozytywny wzór do naśladowania, do akcentowania swojej wartości?
To nie jest moja zasługa, tylko scenarzystów. Ja tu tylko gram!

Duża skromność…
Dostaję scenariusz, nad którym się bardzo pochylam.

To widać, nawet w kwestii języka. Męczące jest gadać gwarą…
To wynikało z mojego egoizmu aktorskiego, bo kiedy się dostaje propozycję zagrania roli drugoplanowej w serialu, to trzeba włożyć wiele wysiłku, żeby widz zapamiętał postać. Sama wymyśliłam, że Solejukowa nie pochodzi z Wilkowyj, tylko z tzw. ściany wschodniej. Intuicja mnie nie zawiodła. Był to mój zabieg na wyróżnienie tej postaci, w którą dodatkowo jest wpisana nieprawdopodobna radość życia.

Może się Pani nią podzielić z widzami…
Tak, ja też mam wielką radość życia! Oczywiście na sukces serialu składa się wiele czynników, wiele wektorów, które muszą się spotkać. Jednym z nich jest obsada. W „Ranczu” się to udało.

Rola jest doceniana nie tylko przez widzów.
Dostałam nominację do Telekamery, a także w ubiegłym roku Katarzynkę w Piernikowej Alei Gwiazd. Wielki zaszczyt, wielka radość. Toruń o mnie pamięta. W zeszłym roku zaśpiewałam na Festiwalu Piosenki Filmowej, a kilka dni temu poprowadziłam koncert na Dzień Matki.

Czyli lubi Pani Katarzynki?
Katarzynki to całe moje dzieciństwo. Ile ja się nastałam w kolejkach! W czasach, gdy były słodycze na kartki, w sklepie firmowym Kopernika sprzedawano odrzuty nie do końca oblane kuwerturą. Ale to była słodycz! Zdobyta, wystana i w tym czekoladopodobnym świecie, smakowała jak małmazja! (śmiech) Myślę, że Katarzynka pięknie do mnie wróciła.

Zatoczyła koło historii. I znowu wracamy do Torunia. Czy ma Pani ze swoim miastem fajne wspomnienia?
Mam wyłącznie piękne wspomnienia. Zawsze z dumą podkreślam, że jestem torunianką, „piernikową dziewczyną”, chociaż w Toruniu nie mieszkam już od czasów matury. Mam tutaj wielu znajomych. Moja najbliższa przyjaciółka Jolanta Zagórska jest znanym toruńskim mecenasem. Przyjaźnimy się od 30 lat.

To towarzystwo z V LO?
I z „piątki”, i z podstawówki „trójki” i z przedszkola „dziesiątki”. (śmiech) Zawsze, gdy przyjeżdżam do Torunia, to muszę się chować, bo nie jestem w stanie spotkać się ze wszystkimi, a najwięcej czasu chciałabym poświęcić mamie. Cieszę się, że ciągle jest czynna zawodowo, nadal przyjmuje pacjentów. Jestem z niej bardzo dumna, mam nadzieję, że jak będę w jej wieku, to będę w takiej samej doskonałej formie, a moje córki będą z podziwem patrzeć na mnie, jak ja na swoją mamę. Największe emocje budzi we mnie panorama miasta, za każdym razem, gdy przekraczam most, to czuję ścisk w gardle. Toruń jest piękny, na światowym poziomie. Mam skalę porównawczą, bo sporo podróżuję po świecie, także ze spektaklami. Ostatnio zagrałam recital w Darmstad, a miesiąc temu śpiewałam w Rzymie. Naprawdę nie mamy się czego wstydzić.

Ma Pani możliwość spojrzenia z pewnego oddalenia. Z perspektywy lepiej widać. Żal tylko, że mało czasu, by częściej bywać w Toruniu.
„Mało czasu, kruca bomba, mało czasu”, jak to mówią (śmiech).

A czas jest w końcu ciągle taki sam, aczkolwiek wydaje się, że coraz szybciej umyka?
To prawda. Dożyliśmy takich czasów, że wszyscy pędzą. Nie wiem, co się z nami stało? Niby mamy lepsze środki komunikacji, mamy komputery, maile, telefony komórkowe, SMS-y, Skype’a. Teoretycznie powinno to nam życie ułatwiać i dawać więcej czasu, a niestety jest odwrotnie.

Zdobycze techniki niewiele nam w tej kwestii pomogły. W podstawówce czas wolno płynął, a później to już poleciało… Dzieciństwo było fajniejsze… Popiera Pani akcję czytania dzieciom?
Jestem ambasadorką czytania, bo uważam, że dzieciństwo naznaczone nawykiem czytania, przekłada się na rozwój wyobraźni i kształtowanie mowy. Wiedzą o tym moje dziewczynki Ola i Zuzia. Proszę zauważyć, że w tej totalnej globalizacji, tylko nasza kultura i mowa ojczysta odróżniają nas od innych nacji, bo wszędzie na świecie są takie same sklepy, takie same marki, a miasta wyglądają bardzo podobnie. Dlatego promuję czytanie wśród dzieci.

Ma Pani wiele zainteresowań, również Pani śpiewa.
Śpiewanie od bardzo dawna przewija się w moim życiu. Przypomnę płytę „Młynarski-Jazz”, na której wykonuję standardy jazzowe z tekstami Wojciecha Młynarskiego…

…a później były role w musicalach „Chicago”, „Brassens”, „Piaf”…
To bardzo silna nuta w mojej karierze. Aktualnie pracuję nad płytą, do której zgodzili się napisać piosenki Wojciech Młynarski, Jan Wołek, Jacek Cygan, Andrzej Poniedzielski, Artur Andrus i Michał Zabłocki. Jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu. Te nazwiska gwarantują, że to nie będzie „tralalala”.

Jest Pani rzeczywiście kobietą poszukującą. Wiem, że współpracuje Pani z Kongresem Kobiet, działając na rzecz aktywizacji polskich kobiet 40+.
Dzięki temu mam możliwość spotykania fantastycznych kobiet z różnych dziedzin życia, nie tylko z kultury, ale i polityki, biznesu, organizacji społecznościowych, które chcą coś zmienić, np. postrzeganie kobiet w Polsce, Polek w Europie i na świecie. Udział znanych kobiet, będących na świeczniku, podnosi prestiż kongresu. Ich głos ma większy wydźwięk społeczny.

40+ nie jest jakąś granicą emerycką, ale niestety, jak się patrzy na te wszystkie korporacje, to jest w nich miejsce wyłącznie dla młodych, najlepiej takich przed trzydziestką…
Do tego doszliśmy, że nie ma przyzwolenia na starość. Temat śmierci stał się tematem tabu. O tym się nie mówi.

Starość nie jest cool. Świat oszalał na punkcie młodego wyglądu.
Starość jest de mode. Proszę zauważyć, że nasze społeczeństwo, nie tylko polskie, ale w ogóle europejskie, starzeje się w szybkim tempie. Ten problem za 10-15 lat będzie bardzo palący.

Starości poświęca się mało czasu?
Tak i z tego powodu jestem też ambasadorką budowy hospicjum w Chojnicach. Taką propozycję dostałam nagle, podczas mojego występu na „Nocy poezji”. Złożyły ją kobiety, które działają w zakresie opieki paliatywnej, zapewniają spokojną starość i pomagają ludziom godnie odejść z tego świata, wspierają rodziny, które borykają się z tym problemem. Cieszę się, że mogę uczestniczyć w ważnej sprawie. Na początku myślałam: „Boże, jak ja umiem pomóc?”. Okazało się jednak, że mam w sobie taką siłę, która pozwoliła mi otworzyć się na trudne sprawy. Trzeba tylko nie zamykać się na innych ludzi.

I kochać ich i więcej nic.
Oj tak, ja mam dużo miłości dla wielu, wielu ludzi.

Życie może być piękne w każdym momencie?
Życie jest piękne!

*Katarzyna Żak



Urodziła się w 1963 roku w Toruniu, absolwentka V LO w Toruniu, ukończyła PWST we Wrocławiu. Zagrała w wielu musicalach, na dużym ekranie oraz w popularnych serialach. Występuje w teatrach Roma, Och-Teatr, Capitol, Syrena i Komedia, a także z własnym recitalem oraz z monodramem „Czterdziestka w opałach”. Od 30 lat jest żoną Cezarego Żaka. Mama dwóch córek, Aleksandry i Zuzanny.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 31-05-2015 18:48

    Oceniono 2 razy 1 1

    - de mode: To bardzo fajne, gdy znana postać mówi tak pozytywnie o Toruniu, który uważa za piękny. To jednak tylko powierzchowność. Toruń to, moim zdaniem, mała Hiszpania. Miasto na kredycie, gdzie większość ludzi pracuje w budżetówce. I buduje się kosztotwórcze pomniki w postaci Jordanek, CSW, hali na Bema, Motoareny. Wszystko to produkty miejskie i deficytowe. Ciekaw jestem, jak długo ten sen potrwa.

    Odpowiedz

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City