Sobota, 15 grudnia 2018

Rodzina SOS

- Dziesięciolatka instruowała nas, jakie mleko lubi jej kilkumiesięczna siostrzyczka, kiedy ją wykąpać i że musi być drapana za lewym uchem przy usypianiu… Sama nie zmrużyła oka, póki maleństwo nie zasnęło, zachowywała się jak matka - mówi Adam Nowaczyk, który od 9 lat z żoną Dorotą mieszka w wiosce dziecięcej.

Justyna Król

Tagi: Miasta Kobiet Justyna Król Wioski SOS

15 grudnia 2015, aktualizowano: 15-12-2015

Adam Nowaczyk pochodzi z Bydgoszczy. Kiedyś artykułami wypełniał łamy stron sportowych w „Expressie Bydgoskim”. Dziś jego życie wygląda zupełnie inaczej. Jest psychotera­peutą, zawodowo pomaga innym mierzyć się z ich trudnościami. Jego żona Dorota, kiedy chce pomy­śleć, pobyć w samotności, biegnie przed siebie, bo kocha biegać - to jej jedyny czas dla siebie. Ich świat kręci się wokół ósemki ukochanych dzieci, dzieci wioskowych…


- Jesteśmy ich rodzicami zastępczymi, choć one nie są sierotami. Ich rodzice z jakiegoś powodu nie mogą się nimi zajmować. My znaleźliśmy w tym sens życia - tłumaczy Adam. - Dlaczego? Przewartościowaliśmy sobie pewne kwestie. Oboje z żoną pracowaliśmy w mediach. Szybko, długo, w wiecznej gonitwie. Zazdro­ściliśmy tym, którzy mogą się skupić na rodzicielstwie, spacerować spokojnie po parku w niedzielę. Ja zawsze musiałem być na posterunku.

Adam i Dorota są pedagogami, wiedzieli, jak wygląda praca z dziećmi. Decyzja o założeniu wioski dziecięcej do prostych nie należała, ale zapadła ostatecznie. - Po wielu nieprzespanych nocach, rozważaniach i wypełnianiu formularzy, złożyliśmy dokumenty aplika­cyjne. Procedura trwała wiele miesięcy. Wtedy strasznie się nam dłużyło, ale z perspektywy czasu wiemy, że to jest bardzo mądrze przygotowane. Rodzice zastęp­czy muszą być w pełni świadomi swej decyzji. Przecież gdyby się rozmyślili… To byłby straszny zawód dla dzieci, których już wcześniej los nie oszczędzał. Przez ten czas oczekiwania rozwialiśmy dylematy typu: czy na pewno się do tego nadajemy, czy damy radę? - wspo­mina Adam. W rozważaniach nie mogli pominąć jeszcze jednego faktu, a mianowicie tego, że już są rodzicami. Ich córka Gosia miała wtedy 4 lata.

SPAKOWAĆ CAŁE ŻYCIE

W Polsce są tylko cztery wioski dziecięce. Karlino w Zachodniopomorskiem było najbliżej, pozostałe trzy znajdują się na południu. SOS Wioska Dziecię­ca to wydzielony w mieścinie teren, takie miniosie­dle, na którym stoi kilkanaście identycznych domów. W każdym z nich żyje jedna rodzina tzw. Rodzina SOS.

Padło więc na Karlino. Nowaczykowie przeprowadzili się tam 9 lat temu. Zaczęli nowe życie, z dala od bliskich i z ogromnym wyzwaniem przed sobą. - Z dużego miasta trafiliśmy na prowincję. Wszystko było nowe. Mnie odkrywanie tego przychodziło naturalnie. Także Gosi, bo była w idealnym wieku do zmian. Cieszyła się, że ma teraz kontakt z dziećmi, a my cieszyliśmy się, że uczy się funkcjonowania w grupie, rywalizacji, ustę­powania sobie nawzajem. Już nie była sama - opowiada Dorota.

Jedynaczka nagle dostała od losu piątkę rodzeństwa - trzy dziewczynki i dwóch chłopców z jednego domu, bo nierozdzielanie rodzeństw to jedna z reguł funkcjonowania wiosek dzie­cięcych. Najstarsze dziecko oddane pod opiekę małżeństwu Nowaczyków miało lat 10, najmłod­sze osiem miesięcy. By było łatwiej, nowi rodzi­ce wzięli małą do swojej sypialni, znajdującej się na parterze. Reszta dzieci dostała pokoje na piętrze, wedle zasady: dziewczynki z dziew­czynkami, chłopcy z chłopcami.

TESTY NA RODZICACH

- Przez kilka lat zajmowaliśmy się piątką rodzeń­stwa. Gdy najstarsza Dagmara przeszła do kolejnego etapu usamodzielnienia, dołączyło do nas trzech braci. Obecnie mieszka u nas zastęp przy­szłych sportowców i artystów - śmieje się Adam. W wiosce dzieci rozwijają się, uczą życia, wspiera­ją i kłócą - jak to rodzeństwo.

Na początku jednak zawsze jest etap docie­rania. - Dzieci nas testowały, sprawdzały. Każdy musi przejść okres adaptacyjny. Ja już trzeciego dnia w wiosce miałem kryzys. Co ja tutaj robię? - pomyślałem zaraz po otwarciu oczu, słysząc zabawę dzieci o szóstej rano w niedzielę, ale to były chwile. Po prostu musieliśmy się siebie nauczyć i wypracować kompromisy. Każdy żył wcześniej innym rytmem, teraz żyjemy wspólnie - przyznaje Adam.

Do rodzin wioskowych trafiają różne dzieci. Inaczej zachowa się w nowej sytuacji takie, które było bite. Inaczej dziecko alkoholika, a jeszcze inaczej dziecko z domu, w którym rodzice finan­sowo nie dawali sobie rady i w związku z tym otarło się o biedę. - Naszym zobowiązaniem jest nie tylko praca z dziećmi i ich deficytami, ale też praca z tymi rodzinami, a zarazem zbliżanie ich do momentu, gdy dzieci będą mogły wrócić, taki jest kierunek - opowiada Adam.
Dla niektórych rodziców odebranie dzieci jest momentem kryzysowym i przełomowym jedno­cześnie. Podejmują oni współpracę z ośrodka­mi, specjalistami, wychodzą na prostą, walcząc o odzyskanie potomstwa. Niektóre dzieci faktycznie wracają, ale dzieje się tak rzadko.

- Każde dziecko ma pragnienie, by wrócić do domu. Część z nich jednak szybko prze­staje mieć złudzenia, wiedząc, że ich rodzice nie są w stanie nic zrobić w tej sytuacji. Niektó­re dzieci dopiero po usamodzielnieniu wracają do obcowania z biologicznymi rodzicami - mówi Adam.

W ROLI DOROSŁEGO

Często, gdy dzieci przychodzą z domu rodzin­nego i zaczynają życie w wiosce, podejmują role zupełnie nieadekwatne do ich wieku, okresu w życiu, dźwigając na swych barkach ogrom­ny ciężar. Na przykład dziesięciolatka pełni rolę matki dla swojej kilkumiesięcznej siostrzyczki, bo było tak w jej domu rodzinnym. - Jest to wytłu­maczalne, ale my od początku staramy się im przywrócić dzieciństwo. Są dziećmi i powinny się nimi czuć, mieć beztroski czas, bez odczuwania odpowiedzialności godnej dorosłego człowieka - podkreśla Adam.

Gdy Nowaczykowie dostali pierwsze rodzeń­stwo tak właśnie było. Najstarsza dziewczynka zajmowała się tą najmłodszą. - Dziesięciolatka instruowała nas, jakie mleko lubi jej kilkumiesięczna siostrzyczka, kiedy ją wykąpać, że musi być drapana za lewym uchem przy usypianiu… Sama nie zmrużyła oka, póki maleństwo nie zasnęło, zachowywała się jak matka. Naszą rolą jest zadbać o to, by dzieci nie musiały się bawić w dorosłych.

- Kilka miesięcy pracowaliśmy na to, aby dziewczynka przestała się martwić o siostrzycz­kę, poczuła, że my się nią dobrze opiekujemy, że może nam w tej kwestii zaufać. Pamiętam, kiedy przyszła nam powiedzieć, że strasznie nam dzię­kuje, bo po raz pierwszy od wielu lat się wyspała… Rozczulające i tragiczne zarazem - podkreśla pan Adam.

Dzieci z trudnych domów często mają zwyczaj gromadzenia jedzenia na zapas, bo kiedyś go brakowało. Czują się mniej wartościowe, gorzej ubrane. Mają poczucie, że nic nie ma sensu, że nic nie warto robić, bo po co. Te lęki trzeba stopnio­wo wyciszać, by w rezultacie dla nikogo nie miało znaczenia, czy w domu jest kromka chleba więcej czy mniej, a wzrastanie w otoczeniu rówieśników stało się po prostu przyjemnością.

ZDOLNY ZASTĘP

Najmłodsza córka Nowaczyków to dziewię­cioletnia Amelia. Muzycznie natchniona trze­cioklasistka uwielbia grę na bębnach. Właśnie realizuje swoje wielkie marzenie o występie z Maleo Reggae Rockers. Marta ma lat 13 i też jej w duszy gra. Była członkinią orkiestry dętej, dużo śpiewa. Piętnastoletniego Krystiana aktual­nie najbardziej fascynuje piłka nożna, ale wspo­mina też, że może zostanie kucharzem. Jego starszy brat - siedemnastoletni Adrian, już uczy się w szkole zawodowej na piekarza cukiernika.
Wspomniana Dagmara mieszka we wspólno­cie młodzieżowej, uczy się zawodu fryzjera. Na praktykach pani z zakładu powiedziała, że dziew­czyna ma talent. - Łezka się w oku zakręciła, gdy się wyprowadzała. Miała wtedy zaledwie 16 lat, ale takie są reguły - mówi Adam.
Jest jeszcze trzech chłopców. Siedmioletni Mateusz - typ sportowca. Uwielbia rolki, rower, grę w nogę. Dziesięcioletni Michał trenuje w miejscowym klubie piłkarskim, kibicuje Realo­wi Madryt i planuje zostać piłkarzem. Najstarszy, dwunastoletni Marek, chodzi do piątej klasy. Jest najspokojniejszy z całej trójki, refleksyjny i podobnie jak bracia marzy o karierze na boisku.
Gdzieś pośrodku jest dziś już trzynastoletnia Gosia. Humanistka po rodzicach, po których odziedziczyła także pociąg do mediów - udziela się w szkolnej gazetce.

KAŻDY SWOIM RYTMEM

Ich codzienna rutyna - 6.45 pobudka, dzieci się ubierają, Adam szykuje się do pracy, Dorota przygotowuje kanapki dla wszystkich. Potem cała ósemka rusza do pobliskiej podstawów­ki i gimnazjum. Adam jedzie do Kołobrzegu. W wiosce zasada jest taka, że mama powinna mieć wykształcenie pedagogiczne, aby się orien­tować, jakie deficyty mogą mieć takie dzieci. Tata nie musi mieć takiego wykształcenia, ale ma obowiązek pracować poza wioską, aby pokazać dzieciom, że pieniądze nie produkują się same, że trzeba na nie zapracować.

Gdy rano za gromadką zamykają się drzwi, Dorota rzadko może odetchnąć. Przy ósemce dzieci prace domowe to harówka. - Pralka chodzi non stop. Wiadomo. Do tego zakupy, obiad dla dziesięciu osób. Zawsze jest coś do zrobienia. Samo podpisywanie zeszytów przed każdym wrześniem zajmuje mnóstwo czasu, ale dzieci się tak cieszą, gdy dostają coś nowego. Warto się dla tych uśmiechów starać - opowiada pani Dorota.

Po szkole jedzą obiad, a po nim zabierają się za odrabianie lekcji. Tu z pomocą rodzicom zastępczym spieszą dochodzący opiekunowie, którzy mogą udzielać korepetycji z wybranych przedmiotów. - Mamy też stały kontakt z psycho­logami i pedagogami. Dokształcamy się w zakre­sie rozwoju naszych dzieci, by wzrastać razem z nimi - dodaje Adam.

O 18 jest kolacja. Po niej zwykle dzieci wycho­dzą na dwór, przewietrzyć się, pobiegać w ogrodzie. Około 20 jest czas kąpania. Potem czasem oglądają rodzinnie film. Dobranoc mówią sobie około 22. Porządek dnia musi być, by dzieci w domu czuły się bezpieczne i kochane.

BUNT NA POKŁADZIE

- Staramy się dzieci czymś zainteresować. Uświa­domić im, że nauka może być dla nich drogą do lepszego życia w przyszłości. One, obserwując dorosłych, wzrastają, najpierw w domu rodzin­nym, potem tutaj - mają za wzór nas, ale też trenerów, nauczycieli, rówieśników, którzy odno­szą sukcesy, coś im się udaje… Warto podkreślić, że dzieci mają fantastyczne zdolności adaptacyjne. Potrafią szybko docenić, że mają opiekunów, którzy zawsze z nimi są, że są razem z rodzeń­stwem, bezpieczne - opowiada pan Adam.

- Zdarza się i bunt. Jak w każdym domu. Dzie­ci nie chcą po sobie sprzątać czy odrabiać lekcji, więc i takie momenty musimy razem przecho­dzić, bo mamy w domu dorastających nastolat­ków. Martwiłbym się, gdyby się nie buntowali, to jest naturalnie wpisane w rozwój - tłumaczy.

By rodzina czuła, że jest razem, wystarczy niewiele. - Proste rzeczy, typu wspólne gotowa­nie - mówi Adam. - Bywa, że spędzamy przed­południe przy frytkownicy i jest to nasz czas. Proszę sobie wyobrazić te ilości frytek. Siedzimy więc tak w kuchni, obieramy ziemniaki, kroimy, smażymy, rozmawiamy, śmiejemy się. Jesteśmy razem, dla siebie i o to chodzi.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City