Sobota, 25 listopada 2017

Fot.: Maria Apoleika

Świadomość projektowania

[Rozmowa z Weroniką Pniewską] Ubiór niesie w sobie ogromny potencjał znaczeń, można się nimi bawić, przedstawiać rzeczy w różnych kontekstach.

rozmawia Dominika Kucharska

Tagi: Miasta Kobiet Weronika Pniewska Dominika Kucharska moda

22 stycznia 2016, aktualizowano: 02-02-2016




Debiutowałaś 5 lat temu. Po Fashion Week Poland nazwano Cię wielką nadzieją polskiej mody. Jak przez ten czas zmieniło się Twoje podejście do projektowania?
Na pewno straciłam to naiwne i świeże spojrzenie debiutanta, choć staram się, żeby nie utracić go całkowicie. Mam szerszą perspektywę. Obserwowałam powstawanie mody w różnych miejscach, tworzonej w różnych celach. Jak większość osób i mnie czas oraz doświadczenia nauczyły pokory. Dziś przykładam dużą wagę do rzemiosła, a na początku bazowałam na samym koncepcie. Realizacje zostawiałam profesjonalistom, nie zastanawiając się zbytnio, czy to, co wymyśliłam jest wykonalne. Teraz wiem dużo więcej o materiałach, wykończeniach. Obok pomysłu stawiam dążenie do rzemieślniczego perfekcjonizmu.

O studiach artystycznych zaczęłaś myśleć w liceum…
Tak. Wtedy zdecydowałam, że chcę robić coś materialnego, plastycznego związanego z wzornictwem. Ale nie interesowało mnie projektowanie mebli, pojazdów, oświetlenia czy architektury. Wzornictwo użytkowe kojarzy mi się z dużą odpowiedzialnością i znaczącym wpływem na otoczenie. W modzie jest dużo większe pole do czystej zabawy.

Pewnie też z tego powodu mamy wysyp projektantów, wielu naprawdę zdolnych, ale i wielu takich, którzy po prostu wyczuli, że projektowanie jest teraz na czasie.
Nastąpiła moda na modę. Mamy wręcz pewien rodzaj przesytu - jest więcej projektantów niż odbiorców (śmiech). Samo zainteresowanie modą i wzrost świadomości estetycznej to pozytywne zjawiska. Zgadzam się, że są osoby, które wyczuły, że projektowanie jest na czasie i chcą z tego czerpać. Stąd też też zalew, na przykład T-shirtów z napisami. Nie oszukujmy się – aby stworzyć taką koszulkę, nie potrzeba wyjątkowych zdolności związanych stricte z projektowaniem, bo cały pomysł opiera się na grafice. Zresztą takie kolekcje często tworzą właśnie graficy. Nie zmienia to jednak faktu, że te T-shirty również są częścią mody, ludzie je noszą.


fot. Maria Apoleika

Nosi je mnóstwo osób! Może chodzi o to, że ci od T-shirtów są jednocześnie dobrymi sprzedawcami?
Na pewno. Ciuchy można tworzyć dla funu, dla siebie, ale już przy tworzeniu mody myślenie pod kątem sprzedaży jest niezbędne. Pamiętanie o odbiorcach jest warunkiem utrzymania się na rynku - bez znaczenia, czy robimy T-shirty, czy realizujemy ambitniejsze projekty, wymagające wielu umiejętności. Wychodzę z założenia, że modę tworzy się dla ludzi, a sprzężeniem zwrotnym jest to, że ubrania są chętnie kupowane. Projektowanie bez uwzględnienia późniejszej sprzedaży, do szuflady, sprawia, że twórca w ogóle lub w znacznie mniejszym stopniu oddziałuje na rzeczywistość. A to oddziaływanie jest istotą mody.

Dla mnie wyrazem niemyślenia o odbiorcach są ubrania, w których odważyłaby się paradować po ulicy jedynie Lady Gaga. Ty za to w jednym z wywiadów powiedziałaś, że groteska i niepraktyczność w danym kontekście mogą okazać się uzasadnione…
Trzeba rozgraniczyć modę i działania plastyczne wokół ubioru, które niekoniecznie mają mieć wydźwięk sprzedażowy. Sam ubiór niesie w sobie ogromny potencjał znaczeń, można się nimi bawić, przedstawiać rzeczy w różnych kontekstach. Wielu projektantów tworzy bardzo artystyczne kolekcje, mające przykuwać uwagę. Dzięki temu łatwiej zostać zauważonym. Ubrania będące sztuką dla sztuki nie mają przynosić konkretnych zysków, ale mogą promować nazwisko. Ci sami projektanci równolegle, z myślą o klientach, tworzą więc ubrania prostsze, bardziej funkcjonalne. Klienci, którzy usłyszą o nowej marce, nie przyjdą przecież po ubranie, w którym nigdy nie wyjdą z domu.

Sama zostałaś dostrzeżona, bo sięgałaś po materiały z pozoru nie do noszenia - turecki dywan czy pasy bezpieczeństwa. Była też suknia ze ścierek, ubrania z szalików klubów sportowych czy moherowych beretów. Który nietypowy materiał wspominasz najlepiej?
Bardzo dobrze wspominam swoje wizyty w zakładzie, gdzie powstawały zegary i obrazy ze skóry, czyli tzw. Skóroplastyka. Wykorzystałam ją w kolekcji, między innymi, umieszczając głowę konia na kurtce. Były też wizyty w fabryce rajstop. Szukałam w tam egzemplarzy z wadami fabrycznymi. Wspomniane moherowe berety wzbudzały emocje, choć w tych projektach było widać jeszcze mój brak warsztatu. Dziś zrobiłabym to inaczej.


fot. Michał Polak

Za to w Twojej ostatniej kolekcji „Czeka na mnie TINA” przeważają ubrania, w których spokojnie można iść do pracy, choć nie odpuściłaś sobie zaskakujących akcentów. Modelki pozują z jedwabnymi torebkami, imitującymi foliowe reklamówki. To komentarz do wszechobecnych jednorazówek?
Idealny trop! Jak w poprzednich kolekcjach także w tej chciałam pochylić się nad dobrze znanymi, codziennymi i tak często spotykanymi, że prawie niezauważanymi elementami kultury materialnej - po to, by następnie transformować je w coś niezwykłego, niemalże luksusowego. W taki symboliczny sposób chciałam zaakcentować potrzebę afirmacji i nobilitacji prostej, codziennej rzeczywistości, i jednocześnie odnieść się do kultury nadkonsumcji. Przy realizacji kolekcji „Czeka na mnie TINA” równolegle do rozwijania konceptu chciałam zadbać o „gotowość do założenia” i czysto plastyczne wrażenia, związane z kolorystyką, przeplataniem się form, wizualną spójnością. Koncept ukryłam więc w dodatkach. To one zaburzają odbiór tej kolekcji jako czysto użytkowej. Nawiązania do miejskich pejzaży widać we wspomnianych luksusowych wersjach plastikowych torebek i biżuterii wykonanej z betonu.

Ta kolekcja jest bardzo kobieca. Przyglądając się dziełom młodych projektantów dostrzegam natomiast, że podział na kolekcje damskie i męskie staje się coraz bardziej umowny…
Unisex to długofalowy trend i bardzo mi on odpowiada. Są firmy, które opierają na nim swoją główną ideę. Lubię, gdy ludzie bawią się stereotypami, kliszami - to dodatkowy komentarz do zjawisk społecznych. To jeden z tych trendów, który zagościł w modzie na stałe, co mnie, jako projektantkę, bardzo cieszy.

Mówi się, że szkoły artystyczne potrafią skutecznie stłamsić kreatywność, wsadzić młodego człowieka w ramy, utarte schematy. Miałaś takie wrażenie, studiując na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi?
To zależy, na jakich ludzi się trafi i czego się oczekuje. W trakcie studiów udało mi się bardzo rozwinąć pod względem plastycznym, poznać wiele technik. Idąc na ASP trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że w przyspieszonym tempie człowiek traci dziecięcą łatwość, spontaniczność w tworzeniu - wie więcej, więc analizuje, rozważa. Zyskuje się natomiast świadomość. Ja, decydując się na bycie projektantką, chciałam mieć tę świadomość.


fot. Kaśka Reszka

A Twoje staże w Anglii i w Belgii obnażyły różnice w kształceniu projektantów w Polsce i za granicą?
Zdecydowanie. Na zagranicznych uczelniach jest większa wolność tworzenia. Widać eksperymentalne podejście, odchodzenie od schematów, zabawę krawiectwem, konstrukcją, ale i większą presję. Studenci najlepszych szkół mody w Europie należą do grupy najbardziej zajętych osób. Pracują dniami i nocami. To wszystko prześlizguje się do Polski, bo mając Internet i możliwości podróżowania trudno ignorować wpływy większych ośrodków mody.

Artystyczna droga jest trudna i jednocześnie niepewna. Jak na Twoją decyzję o projektowaniu zareagowali najbliżsi?
Mama i brat moje zamiłowanie do mody rozumieli i wspierali od początku. Tata jest typem człowieka twardo stąpającego po ziemi, więc dość często wyrażał swoje obawy. Byłam jednak na tyle zdeterminowana, że nie udało mu się nakłonić mnie do zmiany zdania.

Tata dopiero by się załamał, gdybyś poszła na filozofię, co przez jakiś czas miałaś w planach!
W tej kwestii nie miałam nawet mamy po swojej stronie (śmiech). Wiem, że im ulżyło, gdy zrezygnowałam z tego pomysłu. Z filozofią przegrała u mnie chęć wytwarzania czegoś.


fot. Katarzyna Czarnecka

Myślisz, że Ty i projektowanie to związek na całe życie?
Nie wykluczam, że kiedyś zakocham się w innej dziedzinie, nie zamykam się. Miałam okazję prowadzić warsztaty plastyczne dla dzieci, także takie poświęcone zagadnieniom tworzenia kolekcji modowej. Myślę, że działania edukacyjne mogłyby mi zapewniać ogromną satysfakcję. Na razie jednak chcę pielęgnować związek z modą, rozwijać się w tym kierunku. W planach mam minikolekcję w bardzo małej ilości egzemplarzy. Dopiero zaczęłam pracę nad nią i jeszcze nie wiem, w którą stronę ona wyewoluuje.

Lubisz wracać do rodzinnego Torunia?
Bardzo, jak tylko mam okazję, to przyjeżdżam. O powrocie na stałe na razie nie myślę. Mam potrzebę odkrywania, przebywania w różnych środowiskach, które mnie motywują, napędzają artystycznie.


Weronika Pniewska



torunianka, rocznik 1988. Absolwentka Wydziału Tkaniny i Ubioru Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi. W 2011 roku zadebiutowała na Łódzkim Tygodniu Mody kolekcją Enrico. Odbyła staże w londyńskiej firmie Boy London w Anglii i w studiu mody Katrien van Hecke w Antwerpii.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City