Piątek, 29 lipca 2016

Fot.: Kadr z filmu "Listy do M. 2"

Jestem nieugięta

[Roma Gąsiorowska] Jestem bardzo jasno i pozytywnie myślącą osobą. Jeśli coś lub ktoś nie pozwala mi o to dbać, odsuwam się. Robię to po to, by siebie nie stracić.

rozmawiała Justyna Król

Tagi: Roma Gąsiorowska jej portret Miasta Kobiet Justyna Król

22 lutego 2016, aktualizowano: 22-02-2016

„Listy do M” i kontynuacja tegoż filmu podbiły serca widzów, którzy uwielbiają takie słodko gorzkie historie - z odpowiednią dawką humoru i happy endem. Uważa Pani, że takie przeniesienie w polskie realia światowego hitu „To właśnie miłość”, było udane?
Nie uważam tego filmu za przeniesienie innego filmu w polskie realia. Może jest wzorowany, ale to nie kopia. My stworzyliśmy swoje dzieło - na dobrze napisanym scenariuszu. Sukces z pewnością jest również zasługą obsady. Myślę, że ludzie bardzo lubią się pośmiać, a kiedy w filmie jest też nuta goryczki, są zachwyceni, bo to ich ujmuje i trafia do wrażliwości.


Aktorstwo nie jest fachem dla każdego, ale czy można też powiedzieć, że aktor jest tylko narzędziem w rękach reżysera?
Mam za sobą dosyć dużo doświadczeń, kiedy to czułam się twórcą, współtwórcą, nie tylko narzędziem w rękach reżysera. Oczywiście to do reżysera należy ostatnie słowo. To on odpowiada za kształt całości, ale mądrzy reżyserzy czerpią dużo z intuicji i doświadczeń aktorów, z którymi pracują. Sama wiele razy pracowałam z debiutującymi reżyserami, którzy nie zawsze potrafili jasno wyrazić, czego oczekują od aktora. To spore wyzwanie, bo ryzykowne jest robienie czegoś oryginalnego, ale ja właśnie to lubię, mam zaufanie do swojej intuicji. Tego typu doświadczenia posunęły mnie do zajęcia się coachingiem aktorskim. Jako aktoRstudio prowadziliśmy przez role główne postaci w filmie Agnieszki Smoczyńskiej „Córki dancingu”. Przygotowywałam też jako coach Kubę Hendrixena do roli w filmie „Na granicy” Wojtka Kasperskiego.

Jak się wybiera role? Te dla siebie, szyte na miarę?
Wybieranie ról jest mocno przereklamowane. W polskich realiach to raczej wygląda tak, że czasem się role odrzuca, jeśli nie spełniają oczekiwań artystycznych lub finansowych, ale nie każdy może sobie na to pozwolić. Tych naprawdę interesujących propozycji jest tak niewiele, że raczej bierze się je bez większych wahań i często za małe pieniądze, żeby tylko zrobić coś ciekawego.

Pochodzi Pani z Bydgoszczy, w szkolnym teatrze I LO stawiała Pani pierwsze aktorskie kroki…
Byłam w teatrze plastycznym „Witryna” pod kierownictwem Romana Baranowskiego i tam czułam się na swoim miejscu. To doświadczenie w dużej mierze mnie ukształtowało. W tamtych czasach bezwzględnie fascynowałam się Tadeuszem Kantorem, Janem Lenicą, Andym Warholem, ale i Leszkiem Madzikiem. Teraz do tego wracam. Z tamtych lat pamiętam przede wszystkim wymiany, jakie odbywały się między naszym teatrem, a teatrem z Kassel w Niemczech, one otwierały mi głowę. Tam zobaczyłam inny model artysty niż u nas - artysty interdyscyplinarnego, człowieka renesansu. Już wtedy sama też tak się czułam i z pewnością teraz do tego właśnie w sobie wróciłam.

Już na studiach dostała Pani godne pozazdroszczenia propozycje angażu od Teatru Starego w Krakowie i warszawskiego Teatru Rozmaitości. Stolica wygrała. Trudno było podjąć tę decyzję? Co na nią wpłynęło?
Decyzja była dla mnie oczywista. Kiedy przyjechałam do stolicy, od razu wiedziałam, że tu zostanę. Kraków nie jest dla mnie - za mało i zbyt wolno wszystko tam się dzieje. Nigdy nie miałam cienia wątpliwości, że to był dobry wybór.

Pierwszym Pani aktorskim zderzeniem z filmem była zdaje się „Pogoda na jutro” Jerzego Stuhra?
Zgadza się. Pamiętam, że Jerzy Stuhr powiedział mi wtedy, że ma nosa do twarzy i talentów, więc skoro u niego gram, to na pewno zrobię karierę - jak widać, miał rację (śmiech). A tak już całkiem serio, było to dla mnie niezwykłe doświadczenie. Jerzy Stuhr uczył mnie krok po kroku języka filmu i narzędzi, jakich powinnam używać, jeśli chcę przekazać to, o co mi chodzi. Po każdym ujęciu prowadził mnie do monitora, odtwarzał scenę i pytał: „Tak to chciałaś to zagrać? O to ci chodziło? Jeśli nie, to pomyśl jeszcze i spróbujemy ponownie”. To mi dało ogromne poczucie bezpieczeństwa. Wiele się wówczas nauczyłam.

Nie minęła dekada, a posypały się i nominacje do Złotej Kaczki, i nagrody. W 2011 roku doceniono Panią jako Kingę z „Ki” oraz Sylwię z „Sali samobójców” zarazem. Z jednej strony samotne macierzyństwo, z drugiej równie aktualny motyw - cyberprzestrzeń… Ważne tematy, wymagające role - to był dobry rok?
Te tytuły i nagrody to był już taki wierzchołek góry, na który się wspinałam przez kilka wcześniejszych lat, tylko niewielki wycinek całego ciągu filmów, które robiłam - właściwie jeden po drugim. To był ważny okres, gdy nabierałam doświadczenia, umacniałam się wewnętrznie, budowałam silną pozycję w zawodzie. Każdą kolejną rolą udowadniałam, że powierzone mi zadania rzetelnie wykonuję i za każdym kolejnym razem szłam o krok dalej. Kiedy dostawałam nagrody czy nominacje, słyszałam opinie, że to w sumie nie za jedną rolę czy film, ale za osobowość i oryginalność, za drogę jaką przeszłam. To było bardzo miłe. Mam za sobą dobre lata, przez które upewniłam się, czego chcę w życiu - od siebie i od zawodu. Wyszłam za mąż, a chwilę po tych zawirowaniach z nagrodami zaszłam w ciążę. Wszyscy pukali się w głowę, że zrobiłam to w takim momencie, a ja uważam, że to była najlepsza chwila. Naturalne było dla mnie, że po tak intensywnych latach w kinie, trochę się opatrzyłam widzom i producentom, że należy im dać odetchnąć, uniezależnić się. Zaraz po urodzeniu syna otworzyłam szkołę aktorską. Od tamtego czasu minęły cztery lata, a ja mam już kolejne dziecko, które lada moment kończy dwa lata i w moich planach idę znowu dalej - otwieram miejsce, które nazywam W-arte! Open Art Space: to nowoczesna, interdyscyplinarna platforma artystyczno-edukacyjna na poziomie mistrzowskim, promująca młode talenty, wyznaczająca nowe trendy, wypełniająca twórczą niszę w środowisku kulturalnym Warszawy. Będzie też klubokawiarnia ze sceną, warsztaty, szkolenia, kursy, concept store modowy, nowa kolekcja projektowana przeze mnie we współpracy z marką PLNY LALA. To wszystko krok po kroku. Jestem teraz na etapie zbierania funduszy metodą crowdfoundingową. Jeśli się uda, zrealizuję ten plan jeszcze na jesieni. I od października wszystkich Państwa tam zaproszę.

Bardzo ambitnie to brzmi. Skąd czerpie Pani inspirację do tak zróżnicowanych działań? I przede wszystkim energię - połączenie macierzyństwa z tyloma zadaniami to prawdziwe wyzwanie logistyczne!
To prawda, jestem mistrzynią planowania, ale myślę, że również jestem przykładem osoby, która konsekwentnie realizuje swoje plany, bez względu na przeciwności - a jest ich wiele. Jestem nieugięta. Kiedy coś postanowię i wiem, czego chcę, jestem w stanie wiele znieść i nawet w bardzo trudnych okolicznościach zrealizuję swój plan. Nauczyłam się tego i wypracowałam w sobie siłę na różnych płaszczyznach - zawodowej, prywatnej, biznesowej. Do projektu, który teraz realizuję, przygotowywałam się przez pięć ostatnich lat, ucząc się między innymi tak gospodarować czasem, by niczego nie zaniedbać. Nie jest to proste i na pewno nie ma czasu na leniuchowanie.

http://m.7dni.pl/2016/02/orig/5e0cd-343902.jpg
Roma Gąsiorowska z mężem, Michałem Żurawskim, na pokazie Paprocki&Brzozowski, ZDJĘCIE: Marcin Wziontek/AFPS

Grając samotną matkę w „Ki” jeszcze Pani nie wiedziała, czym jest macierzyństwo. Z perspektywy czasu może Pani się odnieść do własnych doświadczeń… Jak to jest, gdy w życiu pojawia się taki mały człowiek, który całkowicie od nas zależy?
Ja miałam bardzo silnie rozwinięty instynkt macierzyński jeszcze na długo przed urodzeniem dzieci. Poza tym mój mąż ma dziecko z poprzedniego związku, więc ten temat nie był mi tak całkiem obcy. Bardzo trudno było mi grać coś, co było totalnie wbrew mojej naturze. Strasznie lubiłam tego malucha, który ze mną grał i trudno mi było traktować tak małe dziecko jak postać, patrzeć, jak młody ma ciężko w tym wszystkim - ach nawet nie chcę opowiadać. Dzieciaki w filmie to temat na osobny artykuł albo i więcej. A jeśli chodzi o macierzyństwo, to nic bardziej cudownego mnie w życiu nie spotkało, ale to kawał ciężkiej roboty.

Coache trąbią na prawo i lewo, że Polki zwykle rezygnują z siebie po urodzeniu dziecka, ale mnie się wydaje, że coraz częściej właśnie wtedy zaczynają o sobie myśleć - dostrzegać to, co naprawdę jest dla nich ważne, co chciałyby robić… Szukają drogi, by godzić macierzyństwo z pracą, sposobu, by ta praca była satysfakcjonująca, formy przełożenia własnych pasji na aktywność zawodową.
Ja widzę różne postawy kobiet matek. Znam kobiety, które nie chcą mieć dzieci, takie, które usunęły ciążę, i takie, które miały depresję poporodową. Znam takie, którym nic się nie chce, bo zajmują się tylko domem i dziećmi, ale i takie, które dostają kopa i godzą wszystko, realizują się. Myślę, że z dziećmi czy bez, to jest zupełnie indywidualna sprawa, kwestia charakteru i energii, sił życiowych, zdrowia, warunków finansowych, partnera, wielu, wielu czynników…

Mąż bardzo Panią wspiera, także przy dzieciach. Z boku wygląda to jak sielanka, ale nie wierzę, że przy tylu zajęciach zawsze jest tak różowo. Mają Państwo jakiś patent na udane partnerstwo?
Nie mamy. Cały czas pracujemy nad naszym związkiem. To nie jest sielanka, ale bardzo nam na sobie nawzajem zależy i uczymy się, jak się w tym wszystkim wspierać.

Opiekują się Państwo wspólnie także starszym synkiem męża, a w którymś z wywiadów zdradziła Pani, że rozważana jest też adopcja kolejnego dziecka…
Bardzo chciałabym adoptować dziecko, ale na pewno nie teraz. Mam dosyć sporo spraw do ogarnięcia. Nie wykluczam, że w przyszłości się nad tym zastanowię.

Jak żyć, by nie pogubić się w wirze obowiązków, nie zatracić własnych wartości? Co jest dla Pani tym numerem jeden w życiu?
Na pewno nie zapominam w tym wszystkim o sobie. To moja zasada. Muszę mieć siły, żeby wszystkiemu podołać, więc ważny jest dla mnie mój stan ducha. Jestem bardzo jasno i pozytywnie myślącą osobą. Jeśli coś lub ktoś nie pozwala mi o to dbać, odsuwam się. Robię to po to, by siebie nie stracić.

Roma Gąsiorowska



aktorka, ur. w Bydgoszczy, absolwentka PWST w Krakowie, w czasie studiów rozpoczęła współpracę z teatrem TR Warszawa, na wielkim ekranie debiutowała w filmie „Pogoda na jutro”, znana z takich produkcji jak „Wojna polsko-ruska”, „Listy do M.”, „Ki”, „Córki dancingu”, prowadzi szkołę aktoRstudio, projektuje ubrania, autorka projektu i dyrektor artystyczna W-arte! Open Art Space.

http://m.7dni.pl/2016/02/orig/17405-343901.jpg
zdjęcie: Szymon Kos/AFPS

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 12-03-2016 14:07

    Oceniono 1 raz 0 1

    - szulc: uwielbiam panią szczegolnie za listy do M

    Odpowiedz

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City