Wtorek, 26 września 2017

Fot.: Monika Gawin

Nie tylko księżniczki

[Rozmowa z Z Weroniką Płaczek, organizatorką Festiwalu Animocje] Animacje bywają rozliczeniem się z przeszłością i komentarzem do rzeczywistości, a to z bajkami na dobranoc ma niewiele wspólnego.

Domika Kucharska

Od wielu rodziców słyszę, że współczesne bajki są świetnym narzędziem walki o równouprawnienie kobiet.
Chodzi ci o to, że przybywa bajek, gdzie dziewczynki czy kobiety są głównymi bohaterkami?


Tak. I te główne bohaterki to nie tylko piękne księżniczki. To dziewczyny, które ratują świat, zostają prezydentami, latają w kosmos. Od czasów księżniczek Disneya aż tak wiele się zmieniło?
Zawsze obok księżniczek były superbohaterki, ale rzeczywiście dziś jest bardzo dużo bajek, w których to dziewczyny podbijają świat, przeżywają szalone przygody. Może to także dlatego, że wśród twórców animacji i generalnie w kinie jest coraz więcej kobiet. Wydaje mi się, że w polskiej animacji kobiety nawet przeważają. Kiedyś proporcje były odwrotne. Jednocześnie nie negowałabym disneyowskich Pocahontas, Syrenki czy innych bohaterek z dużymi oczami i rozwianymi włosami. Dla mnie takie bajki też mają swój klimat. Z perspektywy czasu uważam je za urocze. To co obserwujemy dziś w filmach animowanych dla dzieci jest fajnym zrównoważeniem dwóch kobiecych obrazów. Dobrze, że mały widz uczy się, że zarówno dziewczyna, jak i chłopak mogą zawojować świat.

Wróćmy na chwilę do czasów, w których to Ty byłaś małym widzem. Pierwszy obejrzany przez Ciebie film animowany to…
Pewnie dobranocka. Jestem z pokolenia Krecika, Pszczółki Mai, Smurfów, Bolka i Lolka. Nie ma się czym chwalić, ale oglądałam te bajki bardzo długo. Jeszcze w siódmej klasie podstawówki, po szkole chowałam się u rodziców w sypialni i oglądałam Reksia (śmiech). Później moją wymówką dla oglądania było dużo młodsze rodzeństwo. Uwielbiałam te bajki, ale to wcale nie był początek mojej fascynacji animacją.

Więc co ją zapoczątkowało?
Jak to często bywa - przypadek. Przeglądałam fora internetowe i trafiłam na film „Jak działa jamniczek” Juliana Antonisza. To krótka, humorystyczna animacja rysowana bezpośrednio na taśmie filmowej. Opowiada o tym z jakich narządów składa się tytułowy jamnik, ale nie w formie czysto edukacyjnego przekazu, a już na pewno nie edukacyjnej bajki dla dzieci. To było tak dziwne i inne od tego, co dotychczas oglądałam, że zaczęłam zgłębiać temat i mieć apetyt na więcej. Nawiązałam kontakty z fascynatami animacji i regularnie wgryzałam się w kolejne produkcje, wciągnęło mnie to na dobre. Napędzała mnie ciekawość.

Wgryzłaś się w to na tyle, że zorganizowałaś festiwal poświęconym animacjom.
Jeszcze zanim Miejski Ośrodek Kultury przekształcił się w Miejskie Centrum Kultury, mieliśmy przedstawić swoje pomysły na projekty. Uznałam, że świetnie byłoby pokazać bydgoszczanom to, co sama odkryłam, bo w kinach oczywiście nie puszczano takich filmów. To moje festiwalowe dziecko długo się rodziło. Od października przeciągnęło się do lutego - a bo pozwolenie na emisję, bo budżet, bo gościom nie odpowiadał termin… W końcu jednak się udało. Bardzo zależało mi, żeby na festiwalowej widowni pojawił się ktoś więcej poza moimi znajomymi. I faktycznie, na ostatnim pokazie zabrakło miejsc siedzących, część osób oglądała filmy na stojąco. Kipiałam z radości. To pokazało, że była nisza.

Co jest tak magicznego w filmach animowanych, że ci ludzie wytrwale stali przez przeszło godzinę?
Animacja daje nieograniczone możliwości. Cokolwiek sobie wyobrazisz, możesz zrealizować. Najczęściej to filmy autorskie - od początku do końca kreowane przez jedną osobę. Druga rzecz to to, że przez taką a nie inną formę, treść jest bardziej eksponowana. Często sama forma, wizualna strona filmu powala na kolana. Każdy element coś mówi.

Mówi na wiele sposobów. Jaką technikę animacji cenisz najbardziej?
Tę tradycyjną, poklatkową. Lubię też filmy lalkowe. To nie tak, że nie doceniam animacji cyfrowych, ale te, gdzie widać rzemiosło i ogrom pracy ludzkich rąk, bardziej mnie porywają. Jestem zafascynowana nominowanym do Oscara filmem „World of Tomorrow” Hertzfelda. Dodam, że będzie prezentowany w konkursie tegorocznych Animocji, więc zapraszam. Bardzo lubię też dzieła Roberta Morgana. To te z cyklu „albo to kochasz albo nienawidzisz”. Morgan tworzy filmy lalkowe, które są bardzo abstrakcyjne, trochę obrzydliwe. Uwielbiam serię „Dino or something” Magdy Pileckiej - krótkie animacje, takie żarty w punkt. Od dawna fascynują mnie też filmy Oli Szmidy. Ostatnio zrobiła animację złożoną z krótkich scenek z życia. Kojarzysz taką sytuację: czyścisz ucho patyczkiem i jak wsadzisz go za głęboko, to mrużysz oczy? To jedna z tych scenek. W jeszcze innej odnalazłam całą siebie: oficjalna sytuacja, przemowa za przemową, myśli zaczynają uciekać, a ty masz ochotę wybiec na środek i zacząć krzyczeć.

Masz tak?
Mam i po tym filmie mi ulżyło, że nie jestem osamotnioną wariatką.

Myślałaś o tym, żeby stworzyć własną animację?
Kusi mnie to bardzo! Półtora roku temu dostałam w prezencie stolik do animacji, który niestety był użyty tylko raz. Zwyczajnie brak mi czasu. Kiedyś byłam na warsztatach plastelinowych w ramach Festiwalu Animator. Świetna sprawa! Na koniec zorganizowano pokaz warsztatowych realizacji, a ja się czułam jak na jakimś ważnym festiwalu, gdzie pokazują mój autorski film. Spocone dłonie, przyspieszone tętno. Emocje niesamowite. Bo widzisz, trudno jest wpaść na taką historię, że z czystym sumieniem powiesz sobie: Pokażę ją ludziom, ukradnę im te pięć czy dwie minuty życia, po czym nie będzie mi głupio”.

Co za autokrytycyzm!
Zawsze byłam pokorna, noszę w sobie wstrzemięźliwy optymizm. Może to przez to, że obejrzałam i oceniałam tak wiele animacji. Zresztą mówi się, że problemem dzisiejszej młodej animacji jest właśnie historia. W dużym uproszczeniu chodzi o to, że dziś młodzi animatorzy świetnie rysują, świetnie animują, natomiast pojawiają się problemy z tym, o czym mówią. Wydaje mi się, że sedno tkwi w tym, że na przykład, gdy Ryszard Czekała robił w latach 70. film „Syn” o osamotnionych rodzicach, czekających na wizytę syna, czy „Apel” o więźniach obozu hitlerowskiego, to kwestie w nich poruszane były mocne. Teraz mamy więcej, granice są otwarte, możemy się realizować. To wszystko przekłada się na sztukę, trudno przebić tematykę takiego Czekały. Z tego też powodu myślę, że lepiej czułabym się w roli animatora niż reżysera czy scenarzysty. Bycie osobą, która siedzi w studiu i rysuje film klatka po klatce, albo przestawia o milimetr rękę lalki bardziej by mi odpowiadało.

Skoro problemem młodych animatorów jest historia, to o czym są współczesne animacje?
Wielu twórców na tapetę bierze temat rodziny, relacji międzyludzkich. Są filmy o traumie jaką niosą powroty, ale i odejścia z rodzinnych domów. Agnieszka Borowa zrobiła film pt. „Dom”, który opowiada o tym, że z jednej strony chcemy wracać i odwiedzać naszych rodziców, a z drugiej - to wiąże się z bólem. Jednak patrząc na polskie debiuty z ostatnich lat, cieszę się, że wśród nich jest też wiele filmów z przymrużeniem oka, zabawnych. A wiadomo, że opowiedzieć wesołą historię, która rozbawi widzów, jest zawsze trudniej, niż opowiedzieć tę smutną.

Tematyka, o której mówisz, to kolejny dowód, na to jak różne oblicza ma animacja. Dla wielu osób film animowany to tylko bajki…
Festiwal Animocje jest też po to, aby pokazać różnorodność tej formy. Zresztą sama nazwa festiwalu sugeruje, że tych emocji prezentowanych w animacjach jest wiele. Kojarzy się ją głównie z pouczającą opowieścią dla dzieciaków, gwiazdkami i serduszkami, ale to także szereg filmów kierowanych do dorosłych i czasem naprawdę po takim seansie wychodzi się pogrążonym w smutku. Animacje bywają rozliczeniem się z przeszłością, komentarzem do rzeczywistości, co z bajkami na dobranoc nie ma nic wspólnego.

Jeśli kiedyś jednak usiądziesz na dłużej przy stoliku do animacji, to stworzysz coś z myślą o dzieciach czy dorosłych?
Zdecydowanie z myślą o dorosłych. Nie mam dzieci, a przez to mam więcej wątpliwości co do tego, jakie treści powinny być do nich kierowane, aby zostały zrozumiane. Poza tym dzieci są bezwzględnie szczerą publicznością, co przy moim autokrytycyzmie mogłoby być zbyt stresujące.

Zanim doczekamy się Twojego debiutu, zdradź, czego możemy się spodziewać po najbliższych Animocjach?
Zbyt wiele zdradzać nie mogę. Zachowajmy efekt zaskoczenia. Jestem na etapie oglądania filmów konkursowych, których przyszło ponad czterysta z całego świata. To dwa razy więcej niż rok temu! Zapewniam, że na festiwalu nie zabraknie gwiazd, także tych z zagranicy, grono jurorskie będzie z najwyższej półki. Pokażemy też cztery filmy pełnometrażowe, które w Polsce nie weszły jeszcze do dystrybucji kinowej. Można też liczyć na więcej muzyki, bo poza koncertem grupy B.O.K będą jeszcze dwa inne i impreza muzyczna na koniec, oczywiście z wizualizacjami. Szykuje się artystyczna uczta.


Weronika Płaczek



twórczyni, koordynatorka i dyrektorka artystyczna Festiwalu Filmów Animowanych Animocje w Miejskim Centrum Kultury w Bydgoszczy, którego szósta edycja odbędzie się w dniach od 18 do 24 kwietnia.

OBEJRZYJ ULUBIONE FILMY WERONIKI PŁACZEK

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City