Poniedziałek, 25 września 2017

Naginanie granic jest ciekawe

Zawsze powtarzam, że jeśli będę miał dosyć grania, nie będzie mi szło albo będę grał nie to, co lubię, to zacznę projektować kalendarze z kotami.

Z Michałem Bryndalem*, perkusistą Voo Voo, rozmawia Paulina Błaszkiewicz

Tagi: Miasta Kobiet męska perspektywa Michał Bryndal Voo Voo muzyka Paulina Błaszkiewicz

19 czerwca 2016, aktualizowano: 19-06-2016

Zdarza Ci się słuchać Zenka Martyniuka?
Zdarza, ale nie jest to już ta sama fascynacja, co kiedyś… Kontaktowałem się nawet z nim osobiście, ponieważ chciałem namówić go do wzięcia udziału w nagraniu z moim trio Stryjo. Zrobiliśmy swingowy cover piosenki „Gwiazda” (zespołu Akcent - przyp. red.) i wymyśliliśmy, że zaprosimy jakiegoś wokalistę. W pewnym momencie stwierdziliśmy: A dlaczego nie zaprosić samego Zenka z jego legendarnym wokalem? Znaleźliśmy jego stronę postawioną na serwisie Neostrada.pl, czyli jeszcze taką przedpotopową. Napisałem do niego maila. To było przed renesansem zespołu Akcent. Obecnie Zenek jest wielką gwiazdą polskiego disco, jak to ładnie określają w pewnej stacji TV. Schudł, kręci bogate klipy i zaczął pokazywać się w garniturach…


Szybko odpisał na Twoją wiadomość? Jak zareagował?
Odpisał po dwóch dniach: „Proszę o kontakt, numer telefonu, pozdrawiam Zenon Martyniuk, Akcent”. Ze względu na nikłą treść maila, myślałem, że to żart, ale kiedy usłyszałem przez telefon ten głos mówiący: „Halo?”, już wiedziałem, że mam do czynienia z prawdziwym Zenkiem (śmiech). Dziś jest tak zajęty, że potrafi mieć 25 koncertów w miesiącu.

Jak wykształcony muzyk może się zainteresować gwiazdą discopolo?
Z jednej strony to był psikus, ale z drugiej discopolowa piosenka w klasycznym swingowym aranżu zagrana bardzo dobrze. Dla mnie to było zderzenie z czymś innym i wyjście poza pewne klisze, do których wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni.

Co masz na myśli?
Chodzi o to, że we wszystkim, co robimy jesteśmy przyzwyczajeni do zachowań uznawanych za normalne, klasyczne. Tak samo jest w sztuce, w tworzeniu muzyki, wykonywaniu piosenek itd. Mnie generalnie nudzi to, co jest bardzo konwencjonalne. Żyjemy w czasach postomdernistycznych, w sztuce wydarzyło się już dużo, może wszystko i przyjmowanie pewnych rzeczy zbyt poważnie jest dla mnie nużące. Nie chodzi o to, by każdą formę obracać w żart, ale naginanie granic jest bardzo ciekawe i rozwijające.

Tego nauczyłeś się w Akademii Muzycznej w Katowicach, dla której zostawiłeś Sofę? Twoja decyzja zaskoczyła wiele osób. Młody perkusista odchodzi z obiecującego zespołu po to, by zdobyć wykształcenie…
Nie widziałem wtedy innej drogi. Wiedziałem, że albo będę przykuty do tej jednej sytuacji muzycznej albo skorzystam z opcji na poszerzenie mojego języka muzycznego. Porównując to do palety malarskiej - mogłem zostać w Toruniu i pracować w monochromatycznym zestawie barw albo wyjechać i poznać całą gamę kolorów i nowe techniki. Nowi ludzie, nowe wyzwania muzyczne - to było dla mnie pociągające. W Polsce w tamtym czasie studia dzienne w Instytucie Jazzu AM w Katowicach były najlepszą opcją dla instrumentalisty.

Nie lubisz ograniczeń?
Nie. Z tego, co widzę po kilku latach mojej pracy, właśnie to cenią we mnie ludzie, którzy angażują mnie do swoich projektów. Nie jestem ani stricte jazzowym, ani rockowym czy popowym perkusistą. W jednym stylu zjadłaby mnie chyba nuda.

To Wojciech Waglewski zadzwonił do Ciebie z propozycją grania w Voo Voo?
Zadzwonił do mnie mój kolega, Mr Krime. Powiedział, że basista z Voo Voo, Karim Martusewicz, robi mały koncerto-jam w jednej z warszawskich kawiarni i nie ma perkusisty, a koncert jest za dwie godziny. Zapytał, czy mam wolne. Akurat miałem i pojechałem. Tak się poznaliśmy z Karimem. Utrzymywaliśmy kontakt i pewnego dnia dowiedziałem się, że „Stopa”- Piotrek Żyżylewicz (ówczesny perkusista Voo Voo - przyp. red.) miał wypadek. Początkowo wyglądało to niegroźnie - złamana ręka czy jakieś stłuczenie. Voo Voo potrzebowało zastępcy na kilka najbliższych koncertów. Zagrać z tak znanym zespołem i z samym Wojciechem Waglewskim - to było dla mnie wyróżnienie. Miałem na chwilę zastąpić „Stopę”, ale już w trakcie przygotowań do prób okazało się, że jest z nim coraz gorzej, że został wprowadzony w stan śpiączki farmakologicznej, z której się nie wybudził. Dzień po jego śmierci graliśmy pierwszy koncert. To było bardzo specyficzne przeżycie… Zespołowi należy się wielki szacunek. Było im bardzo ciężko.

No właśnie. Zaczynałeś grać z Voo Voo w bardzo trudnych warunkach. To tak jakby wejść do rozbitej rodziny, która tęskni za tą jedną osobą. Czujesz się dziś pełnoprawnym członkiem zespołu?
Wiedziałem, jaka jest sytuacja, dlatego w ogóle nie zadawałem pytań. Nie pytałem, czy jestem w zespole na stałe? Kiedy będę? Czy to już? Czy muszę zdać jakiś egzamin? Zespół spotkał się jeszcze z innym perkusistą, ale po kilku miesiącach wspólnej pracy dostałem informację, że jestem integralną częścią Voo Voo.

Jesteś najmłodszy w zespole. Synowie Wojciecha Waglewskiego - Fisze i Emade - są starsi od Ciebie. Nie ma między Wami tej różnicy pokoleń?
Po pięciu latach wspólnego grania jesteśmy naprawdę dobrymi kumplami. Przypomniała mi się taka anegdotka, jak Wojtek przedstawiał mnie na jednym z pierwszych koncertów. Chyba było to w Dworze Artusa…

Grał dla państwa pan Michał Bryndal…
Tym razem zrobił to inaczej (śmiech). „A na perkusji, mój przyjaciel… Czekaj, jak ty masz na imię?” Potem okazało się, że jest to klasyczny gag.

Jak żart starszego brata. Chyba jesteś do tego przyzwyczajony?
Trochę tak. Moi starsi bracia działali w branży, od kiedy pamiętam. Z kolei gdy zaczynałem grać, to zawsze trafiałem na starszych od siebie.

Mariusz Lubomski, Artur Andrus, Wojtek Mazolewski…
Wcześniej grałem z zespołem Gribojedow, bardzo dobrze to wspominam. Miałem osiemnaście lat, a reszta składu była po studiach, więc właściwie od zawsze funkcjonowałem w takich pokoleniowych układach.

13 czerwca skończysz 33 lata. Chrystusowy wiek.
I jak to uczcić?

No właśnie?
Nie mam jeszcze określonych planów, ale pewnie spotkam się z moimi bliskimi przyjaciółmi w Warszawie na symbolicznym piwku. Żyję na bieżąco. Staram się nie wrzucać niczego w żadne ramy czy etapy. Robię to, co robię, jak najlepiej potrafię. Nie mam swojej strony ani fanpage’a na Facebooku. Nie lubię takich rzeczy i się z nimi nie utożsamiam, chociaż dziś świat wygląda tak, że trzeba się tym zajmować.

Mieszkasz w stolicy. Jak wygląda Twoje życie prywatne. Jaki jest Michał Bryndal, gdy schodzi ze sceny?
Michał Bryndal lubi spokój. Czasami lubi się odizolować i zdystansować od człowieczeństwa. Moi rodzice mają dom na Pojezierzu Brodnickim, więc gdy tylko mam chwilę wolnego czasu, to właśnie tam uciekam.

Miałeś jakiś inny pomysł na życie niż muzyka?
Poza Akademia Muzyczną w Katowicach skończyłem też wydział sztuk pięknych w Toruniu. Zawsze powtarzam, że jeśli będę miał dosyć grania, nie będzie mi szło, albo będę grał nie to, co lubię, to zacznę projektować kalendarze z kotami.

Dlaczego z kotami?
Bo to najmniej wymagające zajęcie (śmiech). Człowiek tak się spala emocjonalnie w różnego rodzaju muzycznych projektach, że czasami chciałoby się to zostawić, nie spinać się więcej i zacząć robić coś, co nie ma zupełnie żadnego znaczenia dla nikogo. Zero ambicji. Siedziałbym sobie w biurze, pił kawkę i robił bezmózgie kalendarze.

Niejeden z Twoich rówieśników powiedziałby: „Po co robić coś, co nie ma znaczenia?”
Studiując w Katowicach zaprzyjaźniłem się z pianistą Nikolą Kołodziejczykiem, z którym gram w Stryjo. Gra z nami Maciek Szczeciński na kontrabasie i ta przygoda trwa już około 10 lat. Pierwszą płytę nagraliśmy w 2009 roku i nie wydaliśmy jej nigdy, ponieważ wszyscy jesteśmy zajęci. W międzyczasie nagraliśmy też kilka innych projektów, ale nikt z nas nie jest osobą, która potrafi załatwić pieniądze, dotacje itd. Wszystko, co robiliśmy było jedną wielką partyzantką, a w zeszłym roku dostaliśmy z Nikolą Kołodziejczykiem Fryderyka za płytę z big-bandem „Chord Nation”, którą nagraliśmy trzy lata wcześniej. W tym roku dostaliśmy Fryderyka w kategorii najlepsza płyta jazz za „Barok Progresywny”. To wszystko wpływa na mnie bardzo pozytywnie. Rzeczy, które zawsze były dla mnie wartościowe, zaczynają docierać do ludzi. Ale jest to proces. Nie ma natychmiastowego efektu. Płyta, o której wiem, że jest dobra, wychodzi na światło dzienne po kilku latach, gdy robię już inne rzeczy. Proces trwa i wierzę w tę pracę.

Jesteś szczęśliwy?
Tak, ale nie bardzo wiem, co mam jeszcze odpowiedzieć. Czasami trudno jest złapać pewne rzeczy, określić je. Nie lubię o tym mówić.

Przekładasz na życie pewne zasady, które stosujesz w muzyce?
Staram się. W pewnym momencie mojego życia zdałem sobie sprawę z tego, że ja się na nic nie nastawiam. Sukces przychodzi sam.

Może łatwiej Ci to mówić, bo dorastałeś w rodzinie, w której każdy coś osiągnął. Twoi rodzice są znanymi stomatologami w Toruniu, jeden brat gra w legendarnej Kobranocce, drugi jest znanym satyrykiem i dziennikarzem, trzeci hip-hopowcem.
Robimy różne rzeczy, ale gramy do jednej bramki.

I pracujecie na dobre nazwisko, które mi kojarzy się ze… skromnością i pracowitością.
Podoba mi się to. Bardzo chciałbym, żeby w końcu doszedł do skutku nasz wspólny projekt rodzinny. Rafał byłby odpowiedzialny za teksty, Jacek grałby na gitarze, syn Rafała, Tymek Bryndal, zagrałby na basie, mój młodszy brat na klawiszach, a ja na bębnach. Pomysł zaistniał już kilka lat temu, ale trudno nas zebrać do kupy…

Wszystko zostałoby w rodzinie.
Tak jest.


Michał Bryndal



pochodzi z Torunia, jest jednym z najlepszych perkusistów w kraju. Grał m.in. z Sofą, Arturem Andrusem, Mariuszem Lubomskim czy Wojtkiem Mazolewskim. Na stałe gra w zespole Voo Voo. Niebawem usłyszymy go na nowej płycie Moniki Borzym.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City