Wtorek, 26 września 2017

Fot.: Jacek Kutyba

Uwielbiam humanistów

Czasem słyszę, że udało mi się dzięki osobom, z którymi założyłam firmę i że to zasługa tych, którzy ze mną pracują. Racja. Odpowiadam wtedy: „Zrób tak samo”.

Z Irminą Marcinkiewicz*, współwłaścicielką MSU Publishing, rozmawia Jan Oleksy

Ma Pani oryginalne imię…
Tak i siostrę Bognę - też oryginalnie. Mama uczyła w szkole, jej najlepsza uczennica miała na imię Irmina.


Pani Irmino, czy jest Pani kobietą sukcesu?
Uważam się za osobę pracowitą, której się trochę poszczęściło, która współpracuje z bardzo dobrymi ludźmi i tworzy zawodowe zespoły… ale nie nazwałabym siebie kobietą sukcesu. Bo czym jest sukces? To jest codzienność i ciężka praca w każdej dziedzinie.

To może inaczej - czy jest Pani kobietą, która konsekwentnie realizuje własne pomysły?
Mam szczęście, że potrafię inicjować - jestem marzycielką, dla której nie ma granicy nie do pokonania. Mam wizję, pomysły i staram się po prostu osiągnąć cel.

Ale musi to być pomysł realny czy można trochę bujać w chmurach?
Nie ma czegoś takiego jak pomysł realny i nierealny. To jest granica, którą sami sobie stawiamy we własnej głowie. Gdy studiowałam filologię polską i zastanawiałam się, co będę robić zawodowo, to jedyną odpowiedzią było - będę uczyć języka polskiego w szkole, ponieważ jest to moja tradycja rodzinna. Tata uczył, mama uczyła, babcia, dziadek, ciocia… Dla mnie wówczas była to sytuacja oczywista. Studiowałam po to, żeby uczyć, bo nikt mi nie powiedział, że może być inaczej.

Współcześni studenci już to wiedzą?
Teraz mamy zdecydowanie więcej możliwości zawodowych, ale studenci w to nie wierzą. Z drugiej strony myślą, że jeżeli skończą studia to świat zawodowy czeka z otwartymi rękoma i jakoś się ułoży. Ale w życiu tak nie jest! Swoje osiągnięcia zawdzięczam determinacji oraz nauce. Po skończeniu filologii polskiej podjęłam decyzję o założeniu firmy. Następnie poszłam na studia podyplomowe z marketingu i zarządzania, żeby nauczyć się liczyć tabelki (śmiech), wiedzieć, czym właściwie jest firma. Gdy zaczęłam zatrudniać nowych pracowników, to stwierdziłam, że jest to właściwy moment na studiowanie psychologii, by umieć układać relacje z ludźmi - z klientami i pracownikami.

Jak to się stało, że później znalazła się Pani wśród studentów jako wykładowczyni na UMK?
Znajomi z klasy wiedzą, że zawsze organizowałam szkołę w domu i pomagałam w nauce (śmiech). Prowadziłam swoją firmę, znałam doskonale świat biznesu, ale chciałam jednak czegoś więcej, chciałam dzielić się swoją wiedzą i przekazać swoje doświadczenie, żeby młodym polonistom też się powiodło. Wtedy zrodziła się współpraca z UMK. Mogłam zapraszać studentów na praktyki, przeprowadzać rozmowy kwalifikacyjne, pokazywać świat zawodowy od podszewki, inspirować i zachęcać do działania. Potrzebowałam misji, chciałam realizować swoją pasję, by prowadzić edukację, doradztwo zawodowe i wyzwalać energię młodych ludzi. Marzyłam, by opowiadać im swoją historię o tym, że kiedyś też sama byłam w takiej sytuacji i nie bardzo wiedziałam, co mam robić…

A jednak to się zmieniło.
Od kilku lat spotykam się ze studentami filologii polskiej specjalizacji copywriting. W październiku poznam studentów zupełnie nowego kierunku - lingwistyka praktyczna i copywriting, już nie mogę się doczekać. Miałam też kontakt z młodszymi uczniami, w Technikum Franciszkańskim, którzy uczą się zawodu technik reklamy. Praktyk, który dzieli się doświadczeniem i pokazuje świat biznesu, to skarb. Ważne jest, by młodym ludziom uświadamiać, że szkoła to nie tylko teoria i zaliczanie kolejnych przedmiotów. To zdobywanie doświadczenia i również znajomości, nawiązywanie relacji i kontaktów, szukanie inspiracji, podobnych zainteresowań.

Co mają poloniści, a szerzej humaniści, czego inni nie mają?
Uwielbiam humanistów. Są cudowni. To z reguły ciekawi ludzie, bardzo kreatywni, pięknie komunikujący się z innymi. Tylko że oni sami o tym nie wiedzą. Trzeba ich popchnąć, pobudzić do działania, otworzyć, by umieli korzystać z podpowiedzi. Poloniści mają też niepotrzebnie wielki kompleks. Myślą, że prawnik czy lekarz to konkret. Na rozmowach kwalifikacyjnych, które przyprowadzam, zdarza mi się słyszeć od polonisty, że on nic nie umie. Umie jedynie mówić i pisać po polsku.

„A to przecież każdy umie”?
Poloniści umniejszają swoje talenty. Tłumaczę im, że w dzisiejszych czasach mówienie po polsku jest bardzo ważną umiejętnością. W każdym zespole zawodowym potrzebna jest taka osoba. Radzę, by z języka polskiego, z komunikacji językowej zrobili pożytek, spróbowali swoich szans w biznesie, w kulturze, w mediach, by użyli języka jako narzędzia pracy. Ja również w czasie studiów filologicznych żyłam w krainie literatury, pasjonując się losami bohaterów, ale umiejętnie przekładałam fikcję literacką na rzeczywiste sytuacje. Tak jak kiedyś lubiłam swoich bohaterów literackich, tak teraz lubię ludzi z biznesu. Literatura wiele mi dała.

Pani szczęśliwie się udało złamać schemat zakompleksionego polonisty. Wspólnie ze studentami prowadzi pani projekt „9 wcieleń polonisty”.
Chcemy studentowi filologii polskiej pomóc przejść drogę od literatury do prawdziwego życia. Na warsztaty zapraszamy polonistów, którzy osiągnęli sukces. Studenci sami zadecydowali, z kim chcą się spotkać i jaki zawód poznać. A zaproszeni goście opowiadają na własnym przykładzie, jak skończenie studiów humanistycznych pomogło im w pracy, np. jako copywriter, redaktor, szkoleniowiec, dziennikarz czy dyrektor programowy fundacji, nie mówiąc już o zupełnie nowych zawodach związanych z mediami społecznościowymi. To jest przyszłość polonistów.

Czyli opowiadanie historii ma sens? Może to inspirować do szukania motywacji?
Opowiadanie historii ma sens, a każdy może tego słuchać, bądź może to odrzucić. Dobry przykład zawsze budzi nadzieję i wyzwala uśpioną energię, choć zawsze znajdą się ludzie, którzy będą twierdzić, że to nie ich historia i będą się do niej dystansować. Czasem słyszę, że udało mi się dzięki osobom, z którymi założyłam firmę i że to zasługa tych, którzy ze mną pracują. Racja. Odpowiadam wtedy: „Zrób tak samo”. Sama również dużo czerpię z zasłyszanych historii, prowadzę obserwacje, wyciągam wnioski. Bardzo się to przydaje w biznesie. Ponadto mam w sobie dziecięcą ciekawość, która mi pomaga.

Ciekawość jest mobilizująca?
Oczywiście, że tak. Opowiem panu taką historię. W koncernie poznałam dziewczynę, która była brand managerem światowej marki. Opowiadam jej o Toruniu, o studiach, a ona na to, że też skończyła filologię polską na UMK. Spytałam ją, jak to się stało, że jest na prestiżowym stanowisku w międzynarodowej firmie? Powiedziała, że chciała pracować jako nauczycielka, ale zatrudniła się w koncernie w sekretariacie. Tam ktoś zauważył jej umiejętności i szybko awansowała. Wszystko, cokolwiek robimy, róbmy najlepiej, jak potrafimy. Gdy pracowałam w McDonald’s, to pracowałam najlepiej, jak umiałam. Gdy sprzątałam czy udzielałam korepetycji, to też na sto procent.

Suma doświadczeń, która procentuje?
Żeby w ogóle do czegoś dojść, to trzeba mieć pomysł. Ja pomysłów mam pełną głowę. W dzieciństwie chciałam być królewną i grać w teatrze. Gdy przyszłam na próbę, pani dyrektor dała mi niestety rolę drzewa. Zagrałam najpiękniej, jak potrafiłam i starałam się, by drzewo nie stało nieruchomo, ale tańczyło przy muzyce Vivaldiego. Postanowiłam przez rok zrobić wszystko, by dostać rolę królewny. Marzyłam o deskach Baja Pomorskiego, żeby naszą grupę mogło zobaczyć co najmniej 300 osób. Mówiłam o tym i werbalizowałam swoje potrzeby. Zaangażowałam się, zagrałam królewnę. Odniosłam sukces, z drzewa stałam się królewną. Konsekwentnie zrealizowałam swój plan i każdy z nas tak może robić.

Jak Pani motywuje swoich pracowników?
Nie ukrywam, że motywujące są pieniądze, ale również wierzę w to, że ludzie wewnętrznie się motywują, także przez obserwację dobrych przykładów z góry. Choć jestem współwłaścicielem firmy, to tak samo rzetelnie pracuję, jak wszyscy.

A nie jak dyrektor?
A jak pracuje dyrektor? Jestem dyrektorem marketingu, na sukces składa się wiele czynników. To jest zasługa wypracowania zasad w dobrym zespole. Pracujemy zadaniowo i przede wszystkim szanujemy się wzajemnie, najpierw jako ludzie, potem w relacji pracodawca-pracownik. Atmosfera w pracy jest bardzo ważna.

Jak Pani zarządza firmą?
Właściwie (śmiech). Firma ma już 15 lat, pracujemy w zespole 30-osobowym. Od samego początku tworzymy stały zespół, mamy wiele zleceń na całym świecie. W zarządzaniu jestem typem wizjonera, który wprowadza swoje kreatywne wizje w życie, tworzy dla ludzi. Potem zadania są wspólnie realizowane. I chociaż w biznesie liczą się fakty i pieniądze, ktoś musi rozpędzać to koło, inspirować i inicjować.

Czy przedsiębiorczości można się nauczyć czy trzeba się z nią urodzić? Mieć predyspozycje?
Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Od zawsze byłam aktywną osobą. Miałam potrzebę działania, potrafiłam również przedstawić swoje walory i umiałam powiedzieć, co potrafię. Podam taki przykład - za komuny były kolejki po wszystko, więc ja wynajmowałam się do stania. W zamian dostawałam reglamentowane towary, typu kawa czy herbata. Nie mając pieniędzy potrafiłam wykorzystać nadarzające się sytuacje. Miałam dar, który zapowiadał, że w przyszłości będę osobą przedsiębiorczą. Oczywiście uczymy studentów przedsiębiorczości, są wskazówki np. kilka kroków do własnej firmy, ale to tak nie działa. Jeżeli ktoś nie ma takich predyspozycji, to ma świadomość swoich braków. I tutaj też jest rozwiązanie - może prowadzić firmę z innymi osobami, przedsiębiorczymi i aktywnymi.

Pani skutecznie udało się połączyć biznes z nauką, a dom?
Mam zielone i czerwone przyciski, które pozwalają mi dzielić dzień na trzy części. 8 godzin pracuję, 8 przeznaczam na dom i rodzinę, a 8 godzin muszę spać. Nikt mnie nie zobaczy pracującej w nocy albo w weekendy. Gdy jadę na urlop, kontaktuję się z firmą tylko w wyjątkowych sytuacjach. Wzajemnie szanujemy swój wolny czas, to jest kwestia uzgodnienia i wzajemnego zaufania.

Czyli dobra organizacja pracy?
Dobra organizacja, bo pracuję w kreatywnej branży, w której bardzo cenimy sobie wypoczynek.

Gdyby miała Pani jeszcze raz zacząć, to też zdecydowałaby się Pani na polonistykę?
Wykształcenie humanistyczne to początek w każdej dziedzinie życia. Ono otwiera naszą przyszłość, otwiera na wiele możliwości, tylko trzeba umieć z tego skorzystać. Myślę, że nic bym nie zmieniła w swoim życiu. Mam satysfakcję z tego, co robię i co osiągam.

*Irmina Marcinkiewicz



praktyk biznesu, współwłaścicielka założonej 15 lat temu firmy MSU Publishing, agencji realizującej kampanie marketingowe dla największych marek na całym świecie. Prowadzi zajęcia z zakresu copywritingu oraz psychologii marketingu na Wydziale Filologicznym UMK. Wraz ze studentami filologii polskiej i Biurem Karier przygotowała i realizuje projekt „9 wcieleń polonisty”, pokazuje jak być przedsiębiorczym.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City