Poniedziałek, 20 listopada 2017

Tomasz Wasilewski z aktorkami na festiwalu Berlinale po pokazie „Zjednoczonych Stanów Miłości”. Od lewej: Dorota Kolak, Julia Kijowska, Tomasz Wasilewski, Marta Nieradkiewicz, Magdalena Cielecka

Fot.: Marcin Oliva Soto

Prawda o kobietach

W czasach mojego dzieciństwa wszyscy żyli w pełnych domach. Dopiero później zacząłem się zastanawiać nad tym, czy te małżeństwa były spełnione. Chciałem otworzyć te drzwi i sprawdzić, co mogło być w tych mieszkaniach, co mogło się dziać w tych kobietach.

Z Tomaszem Wasilewskim*, reżyserem filmu „Zjednoczone Stany Miłości”, rozmawia Paulina Błaszkiewicz

Lubisz spełniać marzenia albo oczekiwania kobiet?
Na pewno lubię spełniać swoje marzenia i swoje oczekiwania. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, czy przez to, co robię, spełniam marzenia i oczekiwania kobiet, ale jeśli tak jest, to bardzo się z tego cieszę.


To pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy po obejrzeniu Twojego ostatniego filmu „Zjednoczone Stany Miłości”. Katarzyna Figura całkiem niedawno powiedziała, że aktorkom z biegiem lat proponuje się coraz mniej ciekawych ról. Ty proponujesz.
Nie chcę mówić o tym, czy spełniłem oczekiwania dziewczyn: Magdy Cieleckiej, Julii Kijowskiej, Doroty Kolak i Marty Nieradkiewicz. Trzeba by je o to zapytać. Wydaje mi się, że miały poczucie, że robią coś ważnego nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla widza i to się przeniosło na ekran. Wiem, że są zadowolone i dumne, że ten film stworzyły. Jeżdżą razem ze mną i go promują, spotykają się z publicznością. To pokazuje, że było warto i jakieś małe marzenie się spełniło.



Dlaczego zdecydowałeś się opowiedzieć taką historię na ekranie? Oglądając film miałam wrażenie, że tamte czasy wcale nie są mi obce, choć byłam wtedy małym dzieckiem.
Akcja dzieje się 26 lat temu. Ja, jako dorosły facet, zacząłem się zastanawiać nad tym, co działo się z moimi rodzicami w tamtym czasie. Myślałem o tym, jakich wyborów musieli dokonywać. Uświadomiłem sobie, że były one inne niż te, których ja dokonuję jako 35-latek żyjący w wolnej Polsce. Od strony emocjonalnej jestem przekonany, że ten film mógłby dziać się współcześnie, ale myślę, że gdyby tak się stało, to decyzje bohaterek byłyby inne.

Wtedy było trudniej?
Wydaje mi się, że tak. Było mniejsze przyzwolenie na niektóre rzeczy.

Jakie na przykład? Na romans z żonatym mężczyzną? Na uczucia, na które kobieta nie powinna sobie pozwolić?
Nie tylko. Miałem szesnaście lat, gdy po raz pierwszy poznałem osobę z rozbitej rodziny. W czasach mojego dzieciństwa i dorastania wszyscy żyli w pełnych domach - rodzice zazwyczaj z dwójką dzieci. Dopiero później zacząłem się zastanawiać nad tym, czy te wszystkie małżeństwa były spełnione. Czy w tych pozornie szczęśliwych rodzinach nie działo się zupełnie coś innego? Czy nie było małych, ludzkich dramatów? Chciałem otworzyć te drzwi i sprawdzić, co mogło być w tych mieszkaniach, co mogło się dziać w tych kobietach. Pamiętam, że w tamtych czasach jeśli 25-letnia dziewczyna nie miała męża, to była uznawana za starą pannę. Jej życie było skończone. Jednak kultura Zachodu i jej obyczaje szybko do nas dotarły. Nasze społeczeństwo się zmieniło. Jesteśmy bardziej otwarci, nasz światopogląd jest inny. Inaczej patrzymy na świat.

Swoje robi też nasza mentalność i środowisko, w którym dorastamy.
To na pewno ma na nas ogromny wpływ. Środowisko, w którym się wychowywałem, było bardzo tradycyjne. Wszyscy co niedzielę chodziliśmy do kościoła. Kiedy mężowie wychodzili do pracy, kobiety zostawały w domu, tak jak moja mama. Pamiętam, że codziennie o godz. 12 przychodziła do niej sąsiadka, piły kawę. Te kobiety miały rytuały, które pielęgnowały.

Akcja Twojego filmu toczy się tuż po upadku PRL-u. To czas w naszej historii, do którego wiele osób nie chce wracać, a jeśli już to tylko do rzeczy, które wywołują śmieszne wspomnienia. Ty wracasz inaczej…
Chcę robić kino, które opowiada o człowieku i jego emocjonalności, a interesuje mnie człowiek w kryzysie. Pierwszą wersję scenariusza do „Zjednoczonych Stanów Miłości” napisałem w 2006 roku. W międzyczasie zrobiłem dwa filmy, ale cały czas zastanawiałem się nad tym życiem sprzed lat. Noszę w sobie „pocztówki” z tamtego okresu. Wychowałem się w Inowrocławiu. Siedemnaście lat tam mieszkałem i chciałem do tego wrócić. Miejsca, które są w filmie, wzorowałem na tym, co pamiętam.

http://m.7dni.pl/2016/07/orig/fa996-353101.jpg
fot. Marcin Oliva Soto

Pamiętasz takie blokowiska?
Tak. Co więcej, uczęszczałem do takiego klubu osiedlowego, do szkoły tańca jak ta, w której Marzena (grana przez Martę Nieradkiewicz - przyp. red.) prowadzi zajęcia. Obok mojego bloku mieszkała Agnieszka Pachałko - Miss Polski, Miss Universe, dlatego Marzena też była wicemiss. Czerpałem z tego wszystkiego, czego doświadczyłem. Jednak cała fabuła jest moją fantazją na temat tych kobiet.

Co było dla Ciebie najważniejsze w ich portretowaniu?
Ten film był dla mnie trudny, ponieważ jest bardzo emocjonalny. Z tymi emocjami można się zgadzać lub nie, ale dzięki nim film jest prawdziwy. Mieliśmy pięć miesięcy prób przed zdjęciami. By opowiedzieć taką historię, musieliśmy sięgnąć do własnych emocji, do tego, co nas cieszyło i bolało. Dużo nas to kosztowało.

Magdalena Cielecka, która na co dzień nie pali papierosów, na planie w ogóle się z nimi nie rozstawała. Z kolei Marta Nieradkiewicz do roli uczyła się tańczyć, ćwiczyła i była na diecie, mimo że - jak twierdzi - nie potrafi się odchudzać.
Dziewczyny bardzo wiele z siebie dały. Pamiętam jak Julka Kijowska powiedziała mi po zdjęciach, że musiała zniszczyć swoją kobiecość i wszystko, co wiedziała o sobie, po to, by odnaleźć jeszcze więcej.

Mówisz, że interesuje Cię człowiek w kryzysie. Nie masz wrażenia, że Twoje bohaterki to kobiety fatalne, które nie mają wyjścia z sytuacji?
Nie powiedziałbym, że to kobiety fatalne, ale na pewno stworzyłem im sytuacje bez wyjścia. Tacy ludzie interesują mnie najbardziej.

Przez to, że tworzysz bohaterkom swoich filmów trudne sytuacje, widzowi też nie dajesz jasnych odpowiedzi.
Buduję filmy w taki sposób, by nie dawać rozwiązania. Wydaje mi się, że los bohaterek toczy się tak, jak widz sobie życzy. To on decyduje o tym, jak głęboko przeżyje te emocje. Do niego należy ostateczna interpretacja filmu. Do nikogo innego.

Zobacz wszystkie zdjęcia w galerii (18) »



Wiesz, że Ewa Kasprzyk nazwała Cię „polskim Almodovarem”?
Nie porównałbym siebie do Almodovara. Łączy nas to, że opowiadamy o kobietach, ale moja poetyka kina jest zupełnie inna. Ja inaczej patrzę na kobiety, na ludzi, na bohatera. Ewa miała zagrać w „Płonących wieżowcach” (poprzednim filmie reżysera - przyp. red.), ale w tamtym czasie, kiedy chcieliśmy razem pracować, ten film nie został zrealizowany. Uważam, że to bardzo ciekawa aktorka.

A czego Ty oczekujesz od aktorki? Jak wygląda praca z Tobą?
Oczekuję całkowitego oddania, wiary w film. Nie traktuję robienia filmu jak pracy. Dobieram takich ludzi, nie tylko aktorów, którzy mają podobne podejście. Chcę robić filmy najgłębiej i najszczerzej, jak potrafię. Potrzebuję współtwórców, którzy będą robić to ze mną.

Od kilku miesięcy - od festiwalu Berlinale, gdzie zostałeś nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem za scenariusz do „Zjednoczonych Stanów Miłości” - promujesz ten film. Myślisz już o innej historii? Masz na nią czas, miejsce w głowie?
Na pewno mam miejsce. Piszę nowy film. Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się zrealizować zdjęcia. To będzie portret dojrzałej kobiety. Bohaterka będzie pomiędzy 60 a 70 rokiem życia.

Dojrzała kobieta, bez retuszu, taka, jaka jest naprawdę - jak Dorota Kolak w „Zjednoczonych Stanach Miłości”. Patrząc na nią miałam wrażenie, że doskonale pasowałaby do filmów Urlicha Seidla. Te ujęcia były bardzo podobne.
Dziękuję, bardzo lubię Seidla. Dla mnie te obrazy i te kobiety są piękne. W swoich filmach chcę opowiedzieć prawdę o tym, jacy jesteśmy. Nasza emocjonalność sprawa, że potrafimy być dobrzy, ale również źli. Potrafimy być racjonalni, a często jesteśmy irracjonalni. Staram się tego nie oceniać. Nie mówię, czy postępowanie tych kobiet jest dobre czy złe. To mnie nie interesuje. Tak samo postrzegam fizyczność. Ciekawi mnie tylko prawda, bo tylko ona ma znaczenie w kinie.

Jesteś dowodem na to, że opowiadając o polskich realiach w filmie, można odnieść sukces. Pamiętasz pierwsze reakcje widzów po premierze na festiwalu w Berlinie?
Czuliśmy, że ten film się podoba. Magazyn „Variety” umieścił mnie na liście dziesięciu europejskich twórców do śledzenia w tym roku. Poza tym, sprzedaliśmy nasz film do trzydziestu krajów - od Korei przez Tajwan do Brazylii. Film jest bardzo dobrze rozumiany. Emocje nie mają granic, nie znają geografii. Tu nie ma podziały na kraje i kontynenty.

Nie ma miejsca na kompleksy?
Nigdy ich nie miałem, a właściwie to nie zastanawiałem się nad tym. Zawsze robiłem filmy i chciałem, by były pokazywane na całym świecie.

*Tomasz Wasilewski



urodził się w Toruniu, reżyser filmowy i scenarzysta, nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem za najlepszy scenariusz na 66. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie. Za poprzedni film „Płynące wieżowce” otrzymał Nagrodę Jury dla młodego talentu reżyserskiego na 38. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

http://m.7dni.pl/2016/07/orig/81485-353092.jpg
fot. Marcin Oliva Soto

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj swój komentarz najciekawsze najstarsze najnowsze

  1. 01-08-2016 15:43

    Brak ocen 0 0

    - superkomik: a przy Ewie Blaszczyk to nawet Sofia Loren wysiada tj wymiary biustu sie zgadzaja ale Zoska mniej pokazuje

    Odpowiedz

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City