Poniedziałek, 25 września 2017

Fot.: Archiwum Marty Dyks

Praw się nie kupuje - rozmowa z top modelką Martą Dyks

Ludzie boją się takich słów, jak: prawa kobiet, równość, feminizm. Niektórym kojarzą się ze smutnymi, sfrustrowanymi osobami, którym nic w życiu nie wyszło. Trzeba to odczarować.

Z Martą Dyks*, top modelką i jedną z organizatorek warszawskiego Marszu Godności, rozmawia Lucyna Tataruch

Trudno się z Tobą umówić. Złapałam Cię w czasie pracy czy na urlopie?
Spotkanie się ze mną jest faktycznie bardzo trudne, a jeśli już, to z dnia na dzień, bo tak właśnie zmieniają się moje plany. W Polsce możliwe jest to tylko w Warszawie. Sama nie wiem, jak odpowiedzieć na twoje pytanie… Teoretycznie na cały sierpień „wybukowałam się”, co oznacza taki trochę urlop. W kalendarzu agencji widnieję jako niedostępna w tym czasie. Jednak - jak to bywa w mojej pracy i w wolnych zawodach - wszystko może się zmienić. Dostałam parę propozycji, których nie mogłam odrzucić. Sierpień mija mi więc na przeplataniu wakacji z modelingiem oraz kończeniem remontu, pracą nad nową firmą i wyjazdami do miejsc, gdzie nie mam zasięgu telefonicznego.


Nie wolałabyś po prostu poodpoczywać?
Nie chcę powiedzieć, że jestem pracoholikiem, ale gdy mam za dużo wolnego czasu, to strasznie wymyślam i kombinuję, żeby znaleźć sobie zajęcie. To jest chyba właśnie mój wypoczynek. No i książki… Nadrabiam też teraz zaległości, zwłaszcza wielkie tomiska, z którymi nie daję rady podróżować. W wakacje świetnie się sprawdzają.

Odpowiada Ci taki tryb - niespodziewane wyjazdy, ciągłe życie na walizkach?
Mam trochę cygańską duszę. Łatwo się przystosowuję. Uwielbiam to, że w większości pracuję z nowymi ludźmi, w nowych miejscach, nie wysiedziałabym w jednym. Uwiera mnie tylko brak możliwości zaplanowania czegokolwiek. Na początku się tego nie zauważa, jednak z czasem zaczynasz mieć rozterki, wyrzuty. Nawet takie sprawy jak hobby czy kursy zazwyczaj muszą odbywać się w indywidualnym trybie, na zbiorowe zajęcia albo sporty nie ma szans. Rzeczy, które normalnie zajmują mało czasu, u mnie przeciągają się w nieskończoność, bo co chwilę mnie nie ma.

http://m.7dni.pl/2016/08/orig/fb90c-355001.jpg
zdjęcia: archiwum Marty Dyks

Jak to wszystko się zaczęło?
Zawsze się śmieję, że moja historia jest dość długa, ale skracając… przygodę z modelingiem zaczęłam w wieku 16 lat i szybko ewakuowałam się z tego biznesu. Kompletnie mnie to nie pociągało, ale traktowałam to jako nowe doświadczenie, zabawę. Wróciłam do tego krótko przed maturą i tak minęło parę lat. Bardziej wtedy dorabiałam niż zarabiałam. Kiedy postanowiłam się wycofać, żeby móc skupić się na pracy w produkcji telewizyjnej w Warszawie, nadszedł ten przełomowy moment, czyli spotkanie szefa agencji Next, jednej z najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych agencji na świecie. Mogę powiedzieć, że top modelką zostałam zupełnie przez przypadek. Ktoś się o mnie upomniał w momencie, kiedy tego nie chciałam i kiedy miałam inne plany.

Nomen omen, było to na planie programu Top Model, przy którym wtedy pracowałaś. Od razu zaproponowano Ci wyjazd do Mediolanu. Często się tak dzieje, że agenci przypadkiem wyłapują przyszłe modelki?
Agenci muszą mieć oczy szeroko otwarte. Przyszła top modelka może pracować na targu, wychodzić z kościoła czy robić zakupy w spożywczaku. Ja zostałam wyłowiona w pracy przy produkcji. Do dzisiaj się zastanawiam, jak bardzo Joel (Joel Winkenfield, szef agencji modelek Next - przyp. red.) musiał mieć dobre oko albo jak bardzo był zmęczony po locie z Nowego Jorku (śmiech). Pamiętam, jak wtedy wyglądałam i przyznam, że nie wiem, co go podkusiło, żeby dać mi szansę.

Teraz wspominasz często, że Nowy Jork jest dla Ciebie drugim domem. Za co lubisz to miasto?
To, co wydaje się niemożliwe gdziekolwiek indziej, tam jest możliwe. Oczywiście konkurencja jest duża, ale nawet jak wpadniesz na najbardziej abstrakcyjny pomysł, to tylko tam ma on rację bytu. Nowy Jork jest miastem, w którym dla każdego znajdzie się miejsce. Jest niezwykle otwarte i tolerancyjne. Łapiesz w nim optymizm, pewność siebie, nie boisz się ryzykować. U nas mówi się o „bohaterstwie” - uwielbiam to słowo używane w tym kontekście - kiedy kobieta wyjdzie bez makijażu z domu. Tam wychodzisz w spodniach od pidżamy do pobliskiego spożywczaka i nikt nawet nie zwróci na ciebie uwagi. To miejsce daje ludziom żyć, a nie skupiać się na tym „kto, co i jak”.

To miejsce dla wyzwolonych kobiet?
Kobiety są wyzwolone, nie czują, że coś muszą. Nie ma takiej presji, jak u nas - studia, mąż, dziecko… a wróć, przed dzieckiem jeszcze mieszkanie własnościowe itd., itp. Wyzwolenie oznacza wolny wybór. Z drugiej strony, kobiety w USA borykają się z wieloma utrudnieniami. Stany Zjednoczone są jedynym państwem zachodnim i jedynym z trzech na świecie, które nie zapewniają płatnego urlopu macierzyńskiego. Po urodzeniu dziecka jest tylko 12 tygodni bezpłatnego urlopu…

Rozmawiamy akurat teraz, gdy po raz pierwszy w historii kobieta ma szansę zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych…
To przełomowy moment - bez względu na to, czy Hillary Clinton wygra i bez względu na to, jakie kto ma sympatie polityczne. Oprócz samej kandydatury, niesamowite jest też to, że jej sztab składa się z samych kobiet, które mają wspólny cel. To wysoko wykwalifikowane, olśniewające kobiety, pracujące na sukces jednej z nich. Z drugiej strony, jesteśmy świadkami historycznych wydarzeń, a kto zdobił okładki gazet po ogłoszeniu jej nominacji? Bill Clinton. „The Wall Street Journal”, „The Washington Post”, „The Boston Globe”, „The New York Times”, mogłabym wymieniać długo… Cofnijmy się jednak do roku 1993. Hillary nie zamierzała się zajmować wyborem zastawy stołowej czy firan do prywatnego skrzydła rezydencji podczas prezydentury jej męża. Jako pierwsza dama dostała własne biuro w rządowym skrzydle, a w 1995 roku wygłosiła pamiętne przemówienie na ONZ-owskiej Konferencji Kobiet. W programie ma wprowadzenie płatnego urlopu macierzyńskiego, bezpłatne żłobki, ulgi na opiekę nad dzieckiem. Ta kobieta przez całe życie walczyła o prawa kobiet, fundacja Clintonów wydała miliony dolarów na promocję tych praw. Miałam niesamowitą przyjemność widzieć i słyszeć ją na żywo. Jej kandydatura to już wielki krok, rozbijanie kolejnych murów.

W Polsce już kolejny raz premierem kraju jest kobieta, a jednocześnie Polki wychodzą na ulicę z transparentami. Ty też wyszłaś, mało tego - byłaś jedną z organizatorek Marszu Godności w Warszawie przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej. Jak do tego doszło?
Nie daruję sobie wyrażenia żalu i powiem bardziej dobitnie - to wstyd! Wstyd, że kobiety muszą wychodzić na ulice właśnie wtedy, kiedy jedna z nich jest premierem kraju. Złożyło się na to wiele kwestii i czara goryczy się przelała. Podkręcano nam temperaturę, więc trudno się nie zagotować. Ja tak naprawdę znałam jedną z organizatorek, zresztą też z produkcji Top Model - ten program chyba się już ode mnie nie odczepi (śmiech). Jedna z organizatorek znała drugą, druga trzecią i tak zrobiło się nas 5, potem 8, a zamknęło się chyba na 12. Prawa człowieka, wolność i tolerancja zawsze były dla mnie najważniejsze. Tak zostałam wychowana. Pochodzę z rodziny silnych kobiet.

Zawsze był w Tobie ten bunt?
Świadomość i wiedza rosły razem ze mną. Zaczynasz jako mała dziewczynka, wychowana w przeświadczeniu, że nie jesteś gorsza od chłopców, że masz prawo powiedzieć swoje zdanie, być słuchana i zasługujesz na szacunek. Możesz nosić sukienki albo spodnie na szelkach - jak chcesz. To fundamenty. Później dochodzi kształtowanie poglądów, wiedza i zainteresowanie tematem, zbiór doświadczeń, obserwacji i zwyczajny przeciw. Prawa kobiet to dla mnie coś naturalnego - jestem kobietą, mam przyjaciółki, mamę, babcie, siostrę, ale ten bunt we mnie kiełkował i proporcjonalnie do podejmowanych przez rząd działań, coraz bardziej narastał. Aż powiedziałam: dość!

Co Cię najbardziej razi we współczesnym świecie, jeśli chodzi o sytuację kobiet?
Nie możemy obracać takimi sformułowaniami jak „współczesny świat”. Gdzie jest ten świat? Z innymi problemami borykają się np. kobiety w Boliwii, określonej przez ONZ krajem, który w ogóle nie respektuje praw kobiet. Przemocy doświadcza tam 90 proc. kobiet, podczas gdy w innych miejscach ten wskaźnik wynosi 35. Średnio na miesiąc zabijanych jest tam 10 z nich. Z kolei w Nepalu kobiety nie mogą czytać książek czy jeść marakui podczas miesiączki. Abstrakcja, prawda? Innych problemów doświadczają obywatelki USA. Zawsze można wyśmiać kobiety z krajów zachodnich - bo czego my chcemy, gdzie indziej przecież mają gorzej, ale to żaden argument. Chcemy lepiej. Jest dużo do naprawienia, zarówno u nas, jak i w innych krajach. A największym problemem jest przyzwolenie społeczne, pobłażliwe traktowanie problemów kobiet i mentalność. To główny mur i hamulec.

http://m.7dni.pl/2016/08/orig/6f967-355002.jpg
zdjęcia: archiwum Marty Dyks

Które z tych wątków dotykają Ciebie? Żyjesz przecież w innym świecie, że stać Cię na to, by nie martwić się o takie rzeczy.
Łatwo powiedzieć, że żyję w innym świecie i stać mnie na pewne rzeczy, ale praw się nie kupuje. One mi się należą, nie mogą być zależne od zasobności portfela. Mało kto wie, że np. za ustawą antyaborcyjną idzie również wyeliminowanie badań prenatalnych. Nie wszyscy muszą się z aborcją zgadzać, ale nie wyobrażam sobie przyszłej mamy, która nie chciałaby zrobić badań swojemu dziecku. Wiele chorób czy wad można wyleczyć już na etapie ciąży. Przyjmijmy, że ja wyjadę i zapłacę za badania gdziekolwiek, ale dziewczyna z małej miejscowości, której na to nie stać, po prostu ich nie zrobi. Jeśli coś będzie nie tak, to jej dziecko nie urodzi się zdrowe, bo będzie za późno, np. na operację serca. To jest dzielenie społeczeństwa. Ludzie nie myślą o tym, że większość takich ustaw uderza właśnie w najbiedniejszych, którym potem mydli się oczy rozdawaniem pieniędzy. Mnie dotyczy to, co dotyczy kobiet w kraju, z którego pochodzę, w którym będę wychowywała dzieci, w którym mam przyjaciółki i rodzinę.

A jednak nie wszystkie Polki angażują się w takie działania. Może to nie są problemy wszystkich kobiet?
Podczas przygotowań do marszu wielokrotnie wychodziłam na ulice Warszawy rozdawać ulotki. To było niesamowite doświadczenie. Podzieliłam sobie spotykane kobiety na trzy grupy. Pierwsza to młode, ładne i aktywne; druga to starsze panie, które swoje widziały i przeżyły; trzecia to kobiety w średnim wieku. Zdziwisz się, jak kto reagował. Młodych kobiet to nie obchodziło. One mają powodzenie, partnerów, prace, czasami nawet dzieci, ich głowy zajmuje zupełnie coś innego i generalnie nie odczuwają tego, co się dzieje. Starsze panie były zachwycone, często ze łzami w oczach dopytywały, kiedy i gdzie będzie odbywał się marsz, dziękowały i mówiły, że przyjdą. To mnie zaskoczyło. Drugim zaskoczeniem były kobiety w średnim wieku, najczęściej w towarzystwie mężów. Widać było, że chcą, a jednak cofały rękę i pytającym wzrokiem patrzyły na mężczyzn. Przykre odkrycie. Myślę, że te reakcje pokazują, dlaczego tak mało kobiet się angażuje - powodów jest wiele: dom, dzieci, praca, niezauważanie problemów, nikłe zainteresowanie sprawami bieżącymi w polityce i społeczeństwie, egocentryzm, życie w bańce, brak świadomości… Niestety dokładają się też do tego mężczyźni, którzy niezaznajomieni z tematem mówią, że tyle szumu o nic. I finalnie dochodzimy do najtwardszego orzecha, czyli do stereotypu feministki. Najczęściej słyszymy informacje, które są nośne i się sprzedają. Nikt nie mówi o kobietach robiących niesamowicie dużo w tych tematach. Trafiają do nas wiadomości o „feministkach”, które krzyczą, obrażają, zachowują się co najmniej karygodnie. Ludzie boją się takich słów, jak: prawa kobiet, równość, feminizm. Dlatego trzeba to odczarować.

Modelka może być wiarygodna jako obrończyni praw kobiet? Jesteś częścią biznesu, który kojarzy się z uprzedmiotowieniem i z lansowaniem nierealnego wizerunku kobiety.
Nie wiem, czy jestem wiarygodna, ale gdybym miała się nad tym zastanawiać, to niczego bym nie zrobiła, nie zmieniła. Jestem taką samą kobietą jak każda inna. Nie czuję się uprzedmiotowiana, jestem człowiekiem. Niektórym feminizm i obrona praw kobiet kojarzą się ze smutną sfrustrowaną, brzydką osobą, której w życiu nie wyszło. Wszystko może być stereotypem, a one są po to, żeby je łamać. Przemysł modowy niczego nie lansuje. Przemysł modowy sprzedaje to, co jest pożądane i świetnie schodzi. Popyt tworzy podaż, to zasada stara jak świat. Nad modelką, która wygląda tak, a nie inaczej na zdjęciu, pracuje cały sztab ludzi, żadna kobieta nie osiągnie tego w domu - trzeba mieć tego świadomość. Jednocześnie, jeśli kobieta swoje samopoczucie warunkuje tym, co ją otacza, to chyba coś jest nie tak. To znaczy, że czuje się źle, porównuje się z innymi i nie ma wystarczającego poczucia własnej wartości. Kobieta, która czuje się świetnie sama ze sobą, w ogóle się nad tym nie zastanawia.

Taka jest „Kobieta roku Glamour”? Jesteś w tym roku nominowana do tego tytułu i w zasadzie powinnam od tego zacząć - gratulacje!
Dziękuję! Dostałam nominację w najważniejszej kategorii całego plebiscytu i już to jest dla mnie niesamowitym wyróżnieniem. To międzynarodowa nagroda, każdy kraj ma swój plebiscyt. Kiedy zdajesz sobie sprawę, że znajdujesz się w gronie takich kobiet, jak Victoria Beckham, Donatella Versace, Reese Witherspoon, Ellen DeGeneres, Gwen Stefani, J.K. Rowling, Keira Knightley, Angelina Jolie… to trochę odlatujesz. Dla mnie Kobieta Roku to kobieta dobra, silna, inspirująca, piękna wewnętrznie postać, która nie musi być perfekcyjna. To kobieta, która może upaść, mieć gorszy czas, może popełniać błędy, ale potrafi wstać i się otrząsnąć, wyciągnąć lekcję i pójść dalej, wykorzystując to doświadczenie w pomaganiu i zmianie świata na lepsze. To osoba, która coś swoją obecnością zmienia - nieważne, czy to w ludzkich głowach, marzeniach, motywacjach czy też realnie.

Powiedz jeszcze, czy często wracasz do Bydgoszczy, w swoje rodzinne strony? Masz jakieś szczególne wspomnienie związane z tym miastem?
Mam rodziców w Bydgoszczy, więc staram się jak tylko mogę przyjeżdżać co jakiś czas. Niestety, udaje mi się to raz na kilka miesięcy. Wspomnień mam całą masę, najwięcej z VI LO. Cieszę się, że Bydgoszcz coraz bardziej się rozwija i jest coraz piękniejsza. Mam nadzieję, że i w tym roku uda mi się przyjechać na Camerimage, który odwiedzałam już kilka razy. W ostatnich dwóch latach byłam w tym czasie w Nowym Jorku, ale na ten rok już wpisałam sobie festiwal do kalendarza.


Marta Dyks



bydgoszczanka, jedna z najbardziej rozchwytywanych modelek, jej zdjęcia ukazywały się w Vogue’u, Elle, CR Fashion Book. Współpacuje z takimi markami tak YSL, Armani, Max Mara, Calvin Klein, Erdem, Vera wang, Zara, H&M. Chodziła po wybiegach domów mody: Dior, Louis Vuitton, Burberry, Dolce&Gabbana. Tegoroczna kandydatka do tytułu „Kobieta Roku Glamour”. Jedna z organizatorek warszawskiego Marszu Godności, porwała do wyjścia na ulicę kilkanaście tysięcy ludzi.

http://m.7dni.pl/2016/08/orig/893e2-355003.jpg
zdjęcia: archiwum Marty Dyks

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City