Poniedziałek, 20 listopada 2017

Fot.: Jacek Smarz

Bunt na czysto - rozmowa z dr Magdaleną Cyrklaff

W rozmowach z młodzieżą niczego nie koloryzuję. Opowiadam, że widziałam, jak człowiek potrafi upaść. Nawet dosłownie - w taki sposób zginął mój kolega. Był tak pijany, że się przewrócił i utopił w kałuży… Te rzeczy pulsują potem w głowie. Budzą myśli: „Ja tak nie chcę.”

Z dr Magdaleną Cyrklaff*, wykładowcą akademickim, terapeutką i trenerką z zakresu umiejętności psychospołecznych i profilaktyki, rozmawia Lucyna Tataruch

Jaka jest dzisiejsza młodzież?
Fajna! (śmiech). Młodzi ludzie zawsze tacy byli. Niesamowite są ich talenty, wrażliwość, przedsiębiorczość, pomysły. Wiesz, oni zaczynają już tworzyć aplikacje, myślą o start-upach… Imponują mi tym!


Długo już pracujesz z młodymi ludźmi?
Ponad 12 lat. Zawsze powtarzałam, że nie jestem jedynie teoretykiem. Zrobiłam doktorat, ale nie przestałam pracować w środowisku, czyli w organizacjach pozarządowych. Na długo związałam się na przykład z Towarzystwem Profilaktyki i Przeciwdziałania Uzależnieniom w Toruniu, gdzie najpierw byłam wolontariuszką, a potem zaczęłam regularnie prowadzić poradnictwo, szkolenia oraz warsztaty profilaktyczne dla pedagogów, nauczycieli, rodziców i młodzieży.

Jakie dzieciaki trafiały na Twoje warsztaty?
Zapraszaliśmy na nie dzieci i młodzież ze szkół - od podstawówek do liceum - gdzie najpierw na krótkich spotkaniach przedstawialiśmy ideę naszych programów. Reakcje były raczej pozytywne. Czasem warsztaty odbywały się regularnie przez rok lub dwa lata. Omawialiśmy ogólnie funkcjonowanie człowieka, różne społeczne aspekty z perspektywy psychologii itp. Potem wchodziliśmy w tematykę związaną z narkotykami. Co ciekawe, z założenia mieli brać w tym udział pozytywni liderzy w swoich środowiskach, dzieciaki bez problemów. Okazywało się jednak, że wielu z nich ma jakieś trudności i kłopoty - ze sobą albo z kimś bliskim, chłopakiem, ojcem, matką. Zawsze prędzej czy później pojawiały się zwierzenia.

Z czym młodzież ma największe problemy?
Przede wszystkim z samotnością. Wielu młodych ludzi twierdzi, że nie ma komu zaufać. Są przyzwyczajeni do tego, że w internecie mogą się ukryć, tworząc alternatywną tożsamość - na przykład postać trzydziestolatka, podczas gdy przed monitorem siedzi szesnastolatek. Wchodząc w takie role próbują otwierać się przed innymi. Dzięki temu mają wirtualnych „przyjaciół” w grach, w światach alternatywnych, ale nie w życiu realnym. „Bardzo trudno jest mieć przyjaciela” - oni mówią mi to wprost.

To chyba nie są nowe problemy. My też dawniej byliśmy samotni.
Zawsze wśród młodzieży byli typowi samotnicy, od dawna znamy też problemy z akceptacją i odrzuceniem przez rówieśników. Teraz jednak częściej się o tym mówi i towarzyszą temu nowe narzędzia. Weźmy za przykład choćby możliwość robienia zdjęć i nagrywania filmików - w każdej chwili da się kogoś w ten sposób skompromitować. Nastolatek może zostać nagrany, gdy przebiera się na WF albo jak opowiada o swoich tajemnicach koleżance, która dla prowokacji wrzuci to do sieci lub pokaże na forum klasy. Takie przypadki kończą się załamaniami nerwowymi. Dawniej funkcjonowały jedynie wędrujące plotki, czyli coś o zupełnie innej sile działania. Gdy jeżdżę na różne wykłady i zajęcia, to często promuję nowe technologie, ale pokazuję też ich mroczną stronę.

Rodzice nadążają za tymi zagrożeniami?
Na pewno nie wszyscy. Na zajęciach z wykorzystania internetu, które prowadzę czasami w szkołach, zdarza się, że dzieciaki śmieją się i komentują bezradność rodziców. Na dodatek potrafią bez trudu obejść choćby filtry rodzicielskie. Starsze pokolenie co prawda ma w pamięci głośne kampanie o niebezpiecznych kontaktach wirtualnych, spot z tekstem: „Cześć, jestem Wojtek, też mam dwanaście lat”. Jednak grooming - czyli najprościej mówiąc uwodzenie dzieci przez internet - to niejedyny problem. Warto spojrzeć na szerszy kontekst. Niedawno pewna szesnastolatka powiedziała mi: „Ale po co nam dyskusje o wartościach? My już to wszystko przerobiliśmy w praktyce. Już w gimnazjum posmakowaliśmy wielu rzeczy i nic nie jest dla nas tabu. Seks? Zawsze można to wpisać w wyszukiwarkę i ma się dostęp do różnych stron. Nic nie jest tajemnicą, nic nas już nie zaskakuje…”

… i nic nie robi na nas wrażenia?
Tak. Pojawia się taka jałowość życia i przekonanie, że wszystko się wie. Paradoksalnie taki świat jest dla młodych ludzi trudny i przytłaczający. Przy okazji borykają się z nadmiarem informacji. Nastolatki czują, że muszą ciągle klikać i klikać, by pozostać na bieżąco, a i tak rośnie w nich jedynie poczucie bycia w tyle. I są niestety z tym same, bo taką mamy rzeczywistość - rodzice pracują do wieczora, czasem na dwóch etatach. Mało kogo stać na to, żeby wyżyć z jednej pensji i ja to rozumiem. Chcę jedynie pokazać, jak ważne jest, by rodzice byli czujni i nie tracili kontaktu z dzieckiem. Z młodzieżą można się dogadać, tylko trzeba próbować nadążać za tym, co się dzieje oraz być szczerym, wyrozumiałym, konsekwentnym. Warto też pokazywać dzieciom swoje pasje, żeby wiedziały, że naprawdę istnieje na tym świecie wiele ciekawych miejsc, zjawisk, zajęć. Laptop i smartfon to nie wszystko.

Swój doktorat poświęciłaś jednej z metod pracy z młodzieżą - biblioterapii. Co to takiego?
To metoda terapeutyczna, w której oprócz standardowej rozmowy stosuje się też materiały czytelnicze i audiowizualne, bazując na uczuciach autora lub postaci. Podam taki przykład z praktyki: pracowałam kiedyś z piętnastolatką, która miała za sobą m.in. wiele ryzykownych zachowań seksualnych, ale nie zdawała sobie sprawy z zagrożeń, jakie się z tym wiążą. Korzystałyśmy więc z książki „Chcę żyć!: Historia Nadine - nosicielki wirusa HIV”. Ta opowieść wywarła na niej ogromne wrażenie. Przełożyło się to później na jej decyzje życiowe.

Z jakich innych materiałów korzystasz?
Z prozy, poezji, fragmentów filmów, ulotek, broszur. Bardzo lubię pracować z tekstami psychoterapeutki Anny Dodziuk, Érica-Emmanuela Schmitta, bajkami i przypowiastkami Bruno Ferrero czy Athony’ego de Mello. W pracy z gimnazjalistami często fenomenalnie sprawdzały się książki Joanny Fabickiej o dojrzewaniu nastoletniego Rudolfa Gąbczaka. Wykorzystuję też kanon literatury biograficznej, dotyczącej uzależnień - na przykład „Pamiętnik narkomanki” albo „My dzieci z dworca ZOO”. Wiele razy młodzież po lekturze książki lub obejrzeniu w domu filmu rozpoczynała długie spory na temat tego, jakie pokłosie dają narkotyki. Dopiero wtedy wychodziło na jaw, jak mało o tym wiedzą.

„My dzieci z dworca ZOO” i „Pamiętnik narkomanki” opisują lata 70. Teraz narkotyki to już chyba nie są głównie brudne strzykawki pełne heroiny.
W niektórych środowiskach nadal się to pojawia. Współcześnie - przez tę jałowość życia, o której wspomniałam - ludzie szukają bardzo wielu bodźców. Brakuje im jakiegoś silnego kopa i stąd bierze się chęć sięgnięcia po coś mocniejszego. Ci, którzy mają więcej pieniędzy, idą w rzeczy związane z kokainą, a inni - w tym właśnie młodzież - eksperymentują z dopalaczami, MDMA itp. Oczywiście cały czas bardzo popularna jest też marihuana, obok wielkiej medialnej dyskusji, czy powinna być legalna czy nie…

Jakie jest Twoje stanowisko w tej sprawie?
O tym celowo wprost nie opowiadam. Moje stanowisko gdzieś tam pewnie wypływa w toku współpracy z młodzieżą i niech tak zostanie.

Jak młodzież traktuje Cię na tych zajęciach o narkotykach? Nie patrzą z miną pt. „Co ty tam wiesz”?
Niektórzy próbują mnie zaginać specjalistycznymi nazwami z internetu, np. „kanabinole” czy „tetrahydrokanabinol” albo recytacją składu chemicznego jakiejś substancji. Wtedy pytam wprost: „Ale po co to robisz? Nie o to w tym chodzi”. Często też rodzą się dyskusje, ktoś zaczyna opowiadać o tym, co spotkało znajomego, który bierze. Po jakimś czasie większość z nich zauważa, że prawie każdy zna kogoś, kto ma problem z uzależnieniem - czy to od narkotyków czy innych substancji. To otwiera im oczy. Nagle chłopak z ostatniej ławki, który wcześniej próbował cwaniakować, uspokaja się, bo przypomina mu się, że ma w domu ojca alkoholika, a ten jak tylko popije, to bije… Ja również nigdy się nie wybielam, co ułatwia nam kontakt. Mówię o swoim życiu i doświadczeniach. Przez to jestem w ich opinii nawet taka trochę bardziej odlotowa (śmiech).

To znaczy?
Dawniej byłam wokalistką metalowych i rockowych kapel, długo grałam z zespołem Gate, o którym było dość głośno. Miałam okazję zaznać tego, co określa się mianem starego dobrego rock’n’rolla - choćby na trasie koncertowej. Nasz skład to byli akurat bardzo dojrzali i odpowiedzialni ludzie, do dziś tacy są, ale jednak widywałam też różne zachowania i miałam kontakt z rozmaitymi środowiskami.

Śpiewanie w kapeli metalowej kojarzy się ze zbuntowaną, „złą” młodzieżą.
Uwierz mi, bardzo cierpiałam, gdy ktoś tak powierzchownie to oceniał! (śmiech) Co poradzić - zawsze lubiłam czarny kolor. Moją fryzurę i styl porównywano czasem do Amy Lee, wokalistki Evanescence, albo do Anji Orthodox z Closterkeller. Zdarzało się, że słyszałam za plecami: „Jaka szatanistka!”. Szatanistka?! W tym czasie śpiewałam też w scholi kościelnej! Niektórzy nie mogli uwierzyć, że ja - taka dobra uczennica - mogę mieć prawdziwy wygar w głosie lub takie pokłady szaleństwa w sobie na scenie. Mówili: „Ta to musi być pod wpływem!”, a mnie po prostu niosła energia. Do dziś, gdy słyszę metal, to aż chce mi się wrzasnąć, a jak leci coś spokojniejszego, to zapłakać. Nie wstydzę się tego. Bunt może przecież wyrażać się w różny sposób - na czysto, poprzez twórczość. Tę stronę również staram się pokazywać młodym ludziom.

Młodzież wierzy Ci w ten „czysty” bunt?
Tak, bo niczego nie koloryzuję. Szczerość nigdy mi nie zaszkodziła. Opowiadam też, że widziałam, jak człowiek potrafi upaść. Jednego dnia z nim rozmawiasz, a drugiego leży w rynsztoku. To są bardzo smutne historie - dosłownie w taki sposób zginął mój kolega. Był tak pijany, że się przewrócił i utopił w kałuży… Te rzeczy potem pulsują w głowie. Budzą myśli: „Ja się z tym nie zgadzam. Nie chcę tak.”

Jesteś przeciwna wszelkim używkom?
Nie stosuję takich kategorycznych stwierdzeń. Wszystko jest dla ludzi - ale dorosłych, którzy znają konsekwencje i podejmują racjonalne decyzje. A z niektórych badań wynika, że u młodzieży między innymi brak rozwinięcia kory przedczołowej w mózgu może odpowiadać za podejmowanie nieracjonalnych decyzji i za niezrozumiałe zachowania.

Problem używek jest cały czas tak samo powszechny?
Z statystyk ESPAD wynika, że liczba nastolatków zażywających narkotyki nie wzrasta. Pojawiają się jednak nowe trendy. Z obserwacji wiem, że dzieciaki zaczynają pić coraz wcześniej. Alkoholem świętuje się np. egzamin szóstoklasisty. Na pewno też coraz więcej dziewczyn eksperymentuje z różnymi substancjami i alkoholem.

Weźmy taki często spotykany przypadek: nastolatka od poniedziałku do piątku funkcjonuje normalnie, chodzi do szkoły i nie sprawia żadnych problemów. Jednak co piątek dużo pije na imprezach. To już poważny problem? Alkoholizm?
Nie mogę jednoznacznie odpowiedzieć, czy to alkoholizm. Dziewczyna musiałaby wypełnić test i zadeklarować w nim pewne rzeczy. Istotne jest na przykład to, czy w tygodniu ma myśli związane z alkoholem, czy uzależnia od niego swoje kontakty i plany. Te testy dostępne są na stronie Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Tak to wygląda formalnie, jednak moim zdaniem w tej sytuacji istnieje już zagrożenie. Taka osoba może funkcjonować „od piątku do piątku”, ale w pewnym momencie zrobi się z tego „od piątku do środy”, potem jeszcze częściej. Pijane nastolatki narażone są też na różnego rodzaju sytuacje, w których niekoniecznie chciałyby uczestniczyć na trzeźwo. Niektóre z dziewczyn przyznają mi, że nie wiedzą, kiedy i jak doszło do ich pierwszego razu.

Jak one się z tym czują? To dla nich ważne?
Niektóre czują się z tym bardzo źle, zdarza się, że nie potrafią zidentyfikować, ile osób w tym uczestniczyło. Bywa i tak, że te sytuacje obracają się przeciwko nim, bo uczestnicy imprezy zaczynają je piętnować. Od słowa do słowa, pojawiają się wyzwiska. „Dziwka”, „Ona z każdym” i tak dalej…

To jest też bardzo poważny temat do przepracowania z chłopcami! Ktoś z nimi rozmawia o szanowaniu i niekrzywdzeniu koleżanek, także tych pijanych?
Mam nadzieję, że tak, sama również zwracam na to uwagę. To bardzo ważne: poszanowanie dla ciała drugiego człowieka i dla jego podmiotowości. Dobrze by było, gdyby zaufany przyjaciel w takiej sytuacji przynajmniej założył pijanej czternastolatce kurtę i odprowadził ją do domu, ale niestety życie czasem w smutny sposób weryfikuje, kto jest przyjacielem. Tak to na razie wygląda, czy tego chcemy czy nie. Inna sprawa: spotykam też dziewczyny, którym w takich chwilach alkohol pomaga dorobić do kieszonkowego…

Sponsoring?
Tak. Mam wrażenie, że picie dodaje im odwagi, bo inaczej nie dałyby sobie z tym rady. To też o czymś świadczy - są niby pewne siebie, wyzwolone, ale jednak muszą się odurzać, żeby to robić… Po filmie „Galerianki” był wręcz wysyp stron internetowych z nastolatkami szukającymi sponsorów. Sama miałam kiedyś uczennicę, która powiedziała mi wprost, że lubi luksusowe życie, ale rodzice nie są w stanie jej go zapewnić, więc będzie dążyła do tego innymi drogami. Jej koleżanki pokazały mi filmik, który umieściła w internecie - rozebrana do majtek przedstawiała tam swoje atuty. A to była bardzo inteligentna dziewczyna! Potem tłumaczyła mi w czasie pożegnania przed swoim wyjazdem za granicę, że ma plan - nie będzie tego robiła z wieloma facetami. Znajdzie jednego, który zapłaci za jej regularne towarzystwo. Przepraszała i powtarzała, że nic nie mogę zrobić, świadomie wybiera taki styl życia. Ostatecznie zerwała ze mną kontakt. Takich dziewczyn jest dużo.

Jak oceniasz taki wybór?
Nie oceniam, wszystko zależy od psychiki takiej osoby. Są kobiety, które mają właśnie taką konstrukcję psychiczną i jest ona wystarczająco silna, by zmierzyć się np. z opinią społeczną. Ich samoocena na tym nie cierpi. Trudno jednak założyć, że tak się dzieje w przypadku nastolatek. To nie jest czas na podejmowanie takich decyzji. Pamiętam jeszcze jedną bardzo pewną siebie szesnastoletnią prowokatorkę z jednej edycji programu profilaktycznego. Bez przerwy opowiadała o seksie, mówiła o tym, co robi ze swoim dwudziestoparoletnim facetem, jakie pozycje lubi. Wokół niej na zajęciach siedzieli gimnazjaliści, którzy tylko się zakrywali w kroczu, żeby nie było widać, jak to na nich działa. Musiałam ją wykluczyć z grupy i zaprosić na rozmowę w cztery oczy. Okazało się, że jej bujne życie seksualne to efekt tego, co robił jej brat. Otóż… od dawna oddawał ją swoim kolegom za różne profity związane z narkotykami i ogólnie pojętym bezpieczeństwem na dzielni. Nie wiem, czy wygasły w niej już te wyższe uczucia, ale zupełnie nie zdawała sobie sprawy z tego, że coś jest nie tak w tej sytuacji. Myślę, że gdzieś głęboko miała naprawdę złamane serce. Niestety, nie wiem, jak dalej potoczyły się jej losy…

Dużo jest historii bez happy endu?
W pomocy terapeutycznej mówi się, że jak jedna z dziesięciu osób wyjdzie np. z nałogu, to już jest sukces. Jednak każdy ma szansę, wokół mnie jest wielu ludzi, którym się to udało. Współpracowałam choćby ze streetworkerem o ksywie Majster. Zaliczył on chyba siedem ośrodków i dopiero w ostatnim przeszedł pozytywnie odwyk, rzucił wszystko. Niestety konsekwencją jego trybu życia było zapalenie wątroby, a później wycięcie krtani. 1 października organizowany jest dla niego koncert charytatywny w Zespole Szkół Muzycznych w Toruniu. Zapraszam wszystkich! Gdyby ktoś chciał wesprzeć jego rekonwalescencję, to może również skontaktować się ze mną na Facebooku. Podziwiam takich ludzi jak on. Są dla mnie bardzo ważni i nie zapominam, że pojawili się na mojej drodze. Często proszę ich, by opowiedzieli młodzieży swoją historię.

Mówisz rodzicom o wszystkim, czego dowiesz się od ich dziecka?
Jeśli coś nie zagraża życiu dziecka, to nie mówię. Organizuję za to często spotkania z całą rodziną. Czasem tylko siedzę i mam ciarki, bo dyskusja tak się rozwija… Zdarza się, że potem słyszę: „Pani Magdo, dziękujemy. To była nasza pierwsza rozmowa z synem, odkąd stał się nastolatkiem”.

I łzy lecą?
Oczywiście. Chusteczki to podstawowe wyposażenie dla rodziców podczas takich wizyt. Ja też się wzruszam, ale jednak nigdy nie płaczę z nimi. Jestem tą osobą, która musi spojrzeć na wszystko z boku, bez emocji. Mówię jednak wprost o swoich odczuciach - żalu, współczuciu, smutku czy radości. Nie mam na sobie żadnej twardej skorupy. Też jestem człowiekiem i na szczęście ta praca nie daje mi o tym zapomnieć.


*dr Magdalena Cyrklaff



wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej i Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Terapeutka. Certyfikowana trenerka umiejętności interpersonalnych. Autorka książek, artykułów i programów kształcenia z zakresu m. in. pedagogiki, profilaktyki uzależnień, edukacji dorosłych.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City