Wtorek, 26 września 2017

Odcinam pępowinę - rozmowa z mistrzem świata didżejów, Steve'em Nashem

Osoby grające na gramofonach niczym nie różnią się od ludzi, którzy całe życie poświęcili graniu na skrzypcach czy perkusji. Za granicą jest to nawet na uczelniach i w nauczaniu wczesnoszkolnym - dzieci używają gramofonów, bo to ciekawsze niż stukanie rytmów ołówkiem.

Ze Steve’em Nashem*, mistrzem świata didżejów, rozmawia Paulina Błaszkiewicz

Tagi: Miasta Kobiet Steve Nash didżej męska perspektywa Kacper Nowak Paulina Błaszkiewicz

25 stycznia 2017, aktualizowano: 27-01-2017




Skąd się wziął Steve Nash?
Chyba z dzieciństwa. Od dziecka interesowała mnie inna muzyka. Jak byłem w podstawówce, to moim ulubionym gatunkiem był hip-hop. W wieku dwunastu lat zrobiłem swoją pierwszą produkcję. Później stworzyliśmy z kumplami ze szkoły muzycznej czteroosobowy zespół. Zaprosiliśmy dwóch raperów i zagraliśmy pierwszy koncert - połączyliśmy żywe instrumenty z raperami. Od dawna już miałem takie przekonanie, że wszystko fajnie z tym hip-hopem, ale coś mi się w nim nie do końca podoba.

Co takiego?
Muzyka. Oczywiście były bity, które mnie urzekały. O.S.T.R. czy też Noon robili w tamtych czasach świetne produkcje, ale było też bardzo dużo rzeczy, które odstawały. Chciałem coś zmienić, by ta muzyka lepiej brzmiała. W liceum podjąłem decyzję, że pójdę na Akademię Muzyczną do Łodzi na kierunek fortepian.

Najpierw chciałeś zdobyć solidne wykształcenie muzyczne?
Tak, ale już na pierwszym roku znowu musiałem dokonywać niecodziennych połączeń. Poznałem Macieja Milczarka, który był producentem techno/house. Jak zaczęliśmy razem chodzić na zajęcia, to znów wróciłem do muzyki elektronicznej. Połowę dnia spędzałem więc na zajęciach, a połowę w domu, robiąc muzykę.

Takiego dobrego systemu planowania dnia trudno się nauczyć, zwłaszcza na studiach, gdzie jest mnóstwo różnych rozrywek. Kiedy Ty się tego nauczyłeś?
Ładnych parę lat wcześniej, w domu.

W Twoim domu była muzyka?
Moja mama jest pianistką i chyba stąd się to u mnie wzięło. To ona zaprowadziła mnie na pierwszą lekcję muzyki. Myślę, że to dosyć mocno usystematyzowało moje życie, choć dzieciństwo miałem raczej ciężkie. W czasie, kiedy moi koledzy grali w piłkę, ja miałem egzaminy na głowie i po osiem godzin dziennie siedziałem przy fortepianie.

Anna Maria Jopek w jednym z wywiadów powiedziała, że jej dzieci muszą się uczyć gry na instrumencie, ale prędzej czy później jej za to podziękują.
Chyba tak to działa. Ja też dziękuję mamie, że obrałem taką drogę, bo poza tym, że nauczyłem się muzyki, to nauczyłem się planowania. Po wykonaniu ciężkiej pracy wszystko, co teraz robię, jest przyjemnością.

Powiedziałeś, że gdy koledzy grali w piłkę, Ty grałeś na fortepianie. Czy było jednak coś czego mogli Ci zazdrościć?
Tak. Moja mama od 26 lat robi największy festiwal muzyki sakralnej w Polsce - Guade Mater. Dzięki temu od dziecka uczestniczyłem w najlepszych koncertach. Jako mały chłopiec miałem okazję spotkać się z wieloma fantastycznymi kompozytorami i wykonawcami, co miało ogromny wpływ na moją dalszą twórczość. Poza tym na każdym etapie mojego muzycznego życia starałem się podnosić pewne umiejętności do satysfakcjonującego poziomu. Wiedziałem, że muszę dobrze grać na fortepianie, by zrozumieć, że to mi się później przyda w tworzeniu muzyki. Okazuje się, że producentów muzycznych z muzycznym wykształceniem nie ma w Polsce aż tak wielu.

Ten zawód sporo dziś znaczy. To chyba duża zmiana, bo jeszcze kilkanaście lat temu nikt nie wspominał o producentach muzycznych.
Tak, to się zmieniło. Wcześniej producent był kojarzony jako człowiek, który miksował płytę. Nie było osoby, która tworzyłaby muzyczny wizerunek jakiegoś zespołu, do której odzywają się wokaliści i mówią: Słuchaj mam pomysł, chcę nagrać płytę, czy możesz mi pomóc?

Jakie możliwości ma producent muzyczny? Pamiętam jak w 2005 roku niejaka Mandaryna, postanowiła zostać wokalistką i wydać płytę. O ile w radiu jakoś to brzmiało, to problem pojawił się, gdy wyszła na scenę na festiwalu w Sopocie i zaśpiewała na żywo…
Mamy bardzo duże możliwości. Producenci muzyczni to ludzie, którzy potrafią pracować z dźwiękiem i przetwarzać go w taki sposób, by go poprawić, ulepszyć albo nawet zmienić. Mandaryna jest tutaj świetnym przykładem, bo ona nie potrafiła śpiewać, a człowiek, który odpowiadał za jej nagranie, miał na tyle duże umiejętności, że był w stanie zrobić nie najgorzej brzmiącą piosenkę.

To jedna z rzeczy, którą producent może zrobić. Może też, tak jak Ty, stworzyć niecodzienny projekt Steve Nash & Turntable Orchestra. Pamiętasz pierwsze spotkanie z muzykami Toruńskiej Orkiestry Symfonicznej? Trudno mi to sobie wyobrazić: Przychodzi 24-letni chłopak do grupy konserwatywnych muzyków. Jak zareagowali?
Bardzo entuzjastycznie. Dla nas wszystkich - dla mnie, dla orkiestry i dla didżejów - ta współpraca była czymś w rodzaju takiego myślowego przeskoku technologicznego. Pamiętam, jak poszliśmy na spotkanie z dyrektorem, który do końca chyba nie wiedział, o czym my tak naprawdę rozmawiamy. Chwilę później nagraliśmy pierwszy utwór pt. „Mazurek” i zaczęła się praca. Pierwszy koncert był dla mnie totalnym zaskoczeniem. To było niekonwencjonalne połączenie, chociażby z tego względu, że jak orkiestra gra, to gra, a my wypuszczamy dźwięk z głośników… Moi didżeje nigdy nie byli w filharmonii, więc możesz sobie wyobrazić, jak to odległe światy się ze sobą spotkały.

Jest taki stereotyp didżeja - chłopaka, który coś robi za konsoletą, ale ma niewielkie pojęcie o muzyce.
Jest dużo rzeczy, które mnie w tym zawodzie irytują. Dlaczego tak się mówi albo myśli o didżejach? Bo duża część środowiska didżejskiego właśnie tak wygląda - to ludzie, którzy nie wiadomo, co robią, a dziś didżejem można zostać bardzo łatwo. Wystarczy postawić sobie komputer, ściągnąć program do didżeingu i już. Ale jest jeszcze coś takiego jak turntablizm, sztuka grania na gramofonach.

Laik tego nie wie…
Tak, ale warto pokazywać ludziom, że osoby grające na gramofonach niczym nie różnią się od ludzi, którzy całe życie poświęcili na granie na skrzypcach czy perkusji. Za granicą jest to bardzo rozpropagowane. W Stanach jest to nawet na uczelniach. Kilka tygodni temu miałem okazję być na konferencji w Berlinie i była tam mowa o wczesnoszkolnym nauczaniu muzycznym, gdzie używa się gramofonów, padów perkusyjnych, bo to ciekawsze niż zwykłe stukanie rytmów ołówkiem.

Widziałam w sieci Twój miks do jednej z piosenek Dawida Podsiadły. To zupełnie coś innego. Co Steve Nash może zaoferować innym artystom?
No właśnie coś innego. Lubię robić każdą muzykę, nie boję się żadnej stylistyki muzycznej i podejmuję nowe wyzwania. Cały czas eksperymentuję, zmieniam swój wizerunek muzyczny. Nie chciałbym tylko zrobić czegoś, co by mnie cofnęło. Zrobienie kultowej płyty, czyli tzw. do radia, wiąże się z tym, że trzeba obrać jakąś konkretną drogę i się jej trzymać. Myślę, że muszę poszerzać swoje odmienne horyzonty i wyjść z czymś, co zaskoczy ludzi słuchających muzyki elektronicznej. Na płycie Steve Nash & turntable Orchestra chcę pokazać słuchaczowi swoje wszystkie umiejętności muzyczne.

Idziesz ku nowemu, a nie na łatwiznę?
Nie lubię iść na łatwiznę. Wiesz, ja nie chcę być hipokrytą, bo nie wiem, co będzie w przyszłości - być może nagram właśnie taką płytę do radia, ale kieruję się dobrą muzyką. Nie robię chałtur, przestałem grać imprezy w klubach, które mnie zmęczyły. Doszedłem do momentu, gdy zrozumiałem, że działałem wbrew sobie. Trafiałem do lokali, gdzie muzyka kompletnie mi się nie podobała. Owszem są kluby takie jak NRD w Toruniu, Rura w Częstochowie czy Mózg w Bydgoszczy, gdzie można pokazać siebie, ale są też inne, gdzie przychodzi klientela i trzeba jej zrobić dyskotekę. Pamiętam, że w czasie, kiedy grałem w klubach, nasłuchałem się skrajnej muzyki. To był poligon doświadczalny.

Ciekawe doświadczenia.
Na studiach miałem też taki moment, że spotkałem managera Natalii Szroeder. Dostałem od niego propozycję, by pomóc w tworzeniu jej pierwszego koncertu. Byłem pianistą i dużo rzeczy skomponowałem. Zagrałem jeden lub dwa koncerty, ale zrezygnowałem, bo dowiedziałem się, że do zespołu ma dołączyć niejaki Liber. To był pierwszy taki moment w życiu, kiedy musiałem podjąć decyzję: Czy chcę iść w to, żeby mieć dobrze i nie wiadomo, co z tego będzie, czy to olać i robić swoje? To było na tydzień przed mistrzostwami świata didżejów.

Które wygrałeś. Umiesz też łączyć życie prywatne i zawodowe. Ze swoją dziewczyną Niną zrobiłeś spektakl dla dzieci.
Nie jest to proste, ale lubimy razem współpracować. Bardzo cenię zdanie Niny. Ona jest zawsze bardzo surowym krytykiem i czekam na jej opinię po koncercie. Dzięki tej szczerości możemy razem współpracować artystycznie. Mieliśmy okazję działać także przy innych przedsięwzięciach. Nina jest jedną z członkiń zespołu Line Akt - czwórka tancerzy, którzy tańczą na ścianach bloków na linach. Robiliśmy taki spektakl w Katowicach.

A gdzie się poznaliście?
W szkole. Nina też jest pianistką. Zawsze się lubiliśmy, później się długo nie widzieliśmy aż znowu się spotkaliśmy i tak to trwa do dziś.

Miłość od podstawówki…
No powiedzmy, że od gimnazjum (śmiech). Jesteśmy ze sobą pięć czy sześć lat i chyba dalej to się będzie toczyć. Mam bardzo fajną dziewczynę i na pewno dzięki niej robię różne rzeczy. Ona mnie w pewien sposób mobilizuje. To jest ważne w życiu mężczyzny, żeby trafić na taką kobietę, która będzie w stanie powiedzieć coś, co będzie bardziej wartościowe niż opinia kogokolwiek innego. Ja wiem, że często ryzykuję, bo mogę podjąć się wyzwania, któremu nie sprostam. Ostatnie rzeczy, za które się zabrałem, mogę odhaczyć jako udane, ale być może znajdę się w sytuacji, która mnie przerośnie i też będę musiał się z nią zmierzyć.

Obawiasz się tego?
Jestem świadomy, że moja sztuka może zostać zrozumiana inaczej niż chciałbym to przekazać. To trochę inna zabawa niż z poezją czy literaturą. Zawsze zastanawiam się nad tym, jakim językiem mówi mój kolejny utwór. Do tej pory byłem bardzo powściągliwy w publikowaniu swoich rzeczy.

Kiedy ukaże się Twoja debiutancka płyta Steve Nash & Turntable Orchestra?
Na przełomie lutego i marca. Założyłem sobie, że ostatnie poprawki wdrażam do 31 grudnia i później już koniec. To dla mnie ciężka rzecz, bo muszę odciąć pępowinę, rozstać się ze swoim dzieckiem, które rosło dwa lata. Teraz wysyłam je w świat.

*Steve Nash



naprawdę nazywa się Kacper Nowak. Ma 26 lat. Jest mistrzem świata didżejów. Mieszka i tworzy w Toruniu. Producent muzyczny, autor projektu muzycznego Steve Nash & Turntable Orchestra, absolwent Akademii Muzycznej w Łodzi, laureat Złotej Karety Nowości w kategorii kultura z 2016 roku. Jeden z członków Męskiego Grania - Orkiestra 2016. W 2017 roku ukaże się jego debiutancka płyta.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City