Sobota, 25 listopada 2017

Pewność siebie od małego - rozmowa z terapeutką, Barbarą Nasarzewską

Jeśli rodzice ciągle powtarzają: „Mogło być lepiej, z czego tu się cieszyć?”, to dziecko zaczyna z góry zakładać, że wszystko jest ponad jego siły.

Z terapeutką Barbarą Nasarzewską* rozmawia Jan Oleksy

Czym jest ta pewność siebie, o której tak dużo się mówi?
Składa się na nią poczucie wartości, samoocena i świadomość, czyli akceptacja siebie. To stan, w którym czuję się dobrze ze sobą zarówno fizycznie, jak psychicznie. Fizycznie - czyli akceptuję, że mam takie nogi, takie uszy, takie włosy, a psychicznie - że jestem taka troszkę postrzelona albo może bardziej spokojna. Akceptuję, że w niektórych sytuacjach się śmieję, a w innych wycofuję. Czuję się dobrze z całym swoim dobrodziejstwem inwentarza - dostrzegam, że mogę być cudowna, fajna, ale mam też swoje ograniczenia, gorsze dni. Jest to taki pakiet „na dobre i na złe”. Daję sobie prawo do sukcesów, ale też do błędów i porażek.


Jak osiągnąć taki w miarę idealny stan?
Jedni to po prostu mają, inni - nie. Pytasz, czy ktoś może być tego sprawcą i co można później z tym zrobić?

Dam przykład: jeżeli kobieta uważa, że ma za grube nogi, to już nigdy nie będzie pewna siebie?
A jakie to są za grube nogi? Kto o tym decyduje? Dla jednego będą w sam raz, a dla innego nie. Jak mam poczucie pewności siebie, to moje nogi są takie, jakie są i jest OK. Jednakże niestety nie jest to takie proste. Istnieje określony kontekst społeczno-kulturowy, każdy z nas wychowuje się w jakimś środowisku i ono nas stymuluje. Pierwszym środowiskiem jest rodzina, a wyznacznikiem rodzice - ich sądy, opinie i przekonania. Jeśli rodzice są pewni siebie, to uczą też tego swoje dzieci.

Niektórzy nie uczą…
Moje doświadczenie jako terapeuty pokazuje, że jeżeli nie dostaliśmy tego od rodziców, to potem - wraz z rozszerzaniem się strefy oddziaływań - każda krytyka nauczyciela czy negatywna ocena kolegi będzie wzmacniać nasz brak pewności siebie.

Na co rodzice muszą zwracać uwagę w procesie wychowawczym? Co mogą robić, a czego nie powinni?
Dzieciom z pewnością nie pomaga brak uwagi, nieokazywanie uczuć lub permanentna krytyka, zarówno ta jawna, jak i ukryta. Nieobiektywne ocenianie też jest złe, co nie znaczy, że rodzice w ogóle nie mogą oceniać jakiegoś postępowania. Jeżeli jednak są ciągle niezadowoleni i stale powtarzają: „Mogło być lepiej, z czego tu się cieszyć”, to źle wpływają na dziecko. Ono czuje, że musi sprostać ich wymaganiom. A jak nie może, to zaczyna z góry zakładać, że wszystko jest ponad jego siły. Negatywnie działa również porównywanie: „Zobacz, twoja starsza siostra grzecznie siedzi, a ty się ciągle wiercisz”. Dlaczego tak wielu z nas nie lubi np. swojego kuzynostwa? Bo dawniej słyszeliśmy przy każdej okazji: „Spójrz, Marysia od cioci Hani taka grzeczna, umie się zachować, a ty?”, „Dlaczego ty się nie mogłeś nauczyć tak jak Marek?”. Marek nic nam nie zrobił, ale użycie go do krytycznych porównań potem się mści.

Przeczytałem niedawno wywiad z Michałem Żebrowskim w jednym z pism. Znany aktor na pytanie, czy od dzieciństwa był pewny siebie odpowiedział, że nie, bo nigdy nie słyszał pochwał, nie był zagłaskiwanym dzieckiem.
Nie znam życiorysu Żebrowskiego, ale podejrzewam, że był inteligentnym, przystojnym i utalentowanym chłopcem, co widać teraz w jego dorosłym życiu. A gdyby jednak wyglądało to inaczej? Załóżmy, że był niezbyt bystry, nieatrakcyjny, nie miał ukrytych marzeń. Jeśli oznajmiłby wtedy, że chce zostać aktorem, mógłby zostać wyśmiany, a to tylko wzmocniłoby niepewność. Ale Żebrowski miał wiele atutów. Może też dostał w domu inną pomoc, mimo że go nie chwalono? Albo czuł np. w szkole, że jest mądry i sobie poradzi? To mogło zbudować w nim przekonanie o sobie i stawało się impulsem do podjęcia określonych działań.

Łatwiej chyba jednak po prostu chwalić dziecko?
Trzeba to robić umiejętnie, bo przesadne chwalenie może wyrządzić krzywdę. Nie można w kółko dziecku powtarzać: „Jesteś genialna, ładna, mądra”, bo to rodzi postawę roszczeniową: „jestem ładna, więc mi się należy”, „Jestem mądra, więc zawsze wiem lepiej”. Chwalmy za bardzo konkretną rzecz, np.: „Zobacz, jak ładnie poskładałeś ubranko, tak szybko nauczyłeś się tabliczki mnożenia, jestem z ciebie dumna”.

Dajmy też dziecku prawo do błędów?
Oczywiście. W dziecko trzeba się wsłuchiwać i podążać za nim. Przypominają mi się słowa amerykańskiej psychoterapeutki Virginii Satir: „Będąc rodzicem, bądź ogrodnikiem, pielęgnuj, podlewaj, doglądaj, pozwól roślinie urosnąć, a nie bądź rzeźbiarzem, który tylko dłutem nadaje kształt według swojej wizji”. Zbyt często strofujemy: „Nie dotykaj, nie zjeżdżaj, uważaj”. Robimy to w dobrej wierze, ale kiedy dziecko ma się nauczyć tych wszystkich rzeczy o życiu? W terapii czasem stosuję technikę relaksu autogennego, w której pacjenci mogą cofnąć się do przeszłości i być dziećmi - wskoczyć do kałuży, pobrudzić się, porysować po ścianie. Zdarza się, że jest to bardzo emocjonalne doświadczenie - te osoby płaczą, bo mogą coś zrobić poza wyznaczonym schematem; uświadamiają sobie, że w przeszłości nie pozwalano im robić tego, czego chciały. Miały robić tylko to, co powinny.

Mam osobiste doświadczenia związane z chwaleniem dziecka. Moja mama ciągle mówiła: „Ty tego nie umiesz robić, nie dasz rady”. Później poskutkowało to tym, że nie wierząc w swoje siły, wybrałem dziwną drogę, poszedłem do lichego technikum. Okazało się, że byłem dobry, polonistka mnie chwaliła. Postanowiłem zdawać na studia…
Ktoś cię wsparł, sygnały przyszły ze świata.

Dopiero na studiach, porównując się z kolegami, pomału zaczynałem nabierać pewności siebie. Jednak po pewnym czasie zaczęło mi odbijać w drugą stronę. Stawałem się pyszałkiem! Dawna skromność gdzieś uleciała?
Nabrałeś pewności siebie, zacząłeś się tym zachwycać, woda sodowa uderzyła ci do głowy. I popadłeś z jednej skrajności w drugą. Zarówno pierwsza, jak i druga wizja siebie były nieprawdziwe. Życie jest pośrodku. Jeżeli ktoś zacznie upajać się sobą i dostanie małpiego rozumu, to daleko na tym nie zajedzie. Na dodatek, jeśli mu coś nie wyjdzie, to osoby, które wcześniej w niego nie wierzyły, od razu powiedzą: „No przecież to było do przewidzenia. Gdybyś nas słuchał, to byś wiedział…”.

Człowiek, który przekroczył rozsądne granice pewności siebie jest odbierany jako bufon?
Tak, bo jest za bardzo skupiony na sobie. Wprawdzie od lat 80. amerykańscy terapeuci twierdzą, że należy skupić się na sobie i być egoistą, ale dotyczy to pozytywnie rozumianego egoizmu. Chodzi o pracę nad sobą, czas na skupienie się na swoich zasobach, ale też na ograniczeniach. Im lepiej poznasz siebie, tym lepszym możesz być człowiekiem. Będziesz mógł dawać coś światu i sam od niego przyjmować. Taka transakcja wymiany i równowagi. Jednak wiele osób nadal błędnie interpretuje pojęcie „zdrowy egoizm”, przechodząc na ciemną stronę mocy. Zajmują się sobą i tylko sobą, traktując innych jako dodatek. Stawiają siebie ponad wszystkimi. Mówią: „Jestem genialny, niebywale mądry, elokwentny, ładny, błyskotliwy, ze wszystkim sobie poradzę”, a inni ludzie są w ich ocenie beznadziejni.

Nikt nie lubi takich osób.
Tak, ludzie się odsuwają, ale taka osoba interpretuje te zachowania opacznie. Jest przekonana, że to inni mają problem.

Co w takim razie robić, gdy dziecko ma zawyżone poczucie własnej wartości?
Rodzice powinni się zastanowić, jakie błędy wychowawcze popełnili. Wychowanie to trudna praca i nie ma tu mocnych. Może zbyt chwalili dziecko i ono myśli, że jest alfą i omegą? Powinniśmy nauczyć się inaczej zachowywać w stosunku do małego człowieka - tak, żeby poczuł, że nie jest pępkiem świata. Z dorosłym sytuacja jest jeszcze trudniejsza, bo mamy już do czynienia z narcyzem, któremu ludzie są potrzebni tylko do tego, by karmić jego ego. Ale to już jest zupełnie inna historia, wkraczająca w obszar dysfunkcji.

Rodzice nas wychowali na pewnego siebie człowieka, a potem idziemy do pracy, bierzemy ślub i… tracimy to poczucie pewności siebie. Tak też się zdarza?
Tak, pewność siebie nie jest nam dana raz na zawsze. Możemy przecież mieć gorszy czas, wczoraj jeszcze czuliśmy siłę i moc, a dzisiaj świat wydaje nam się beznadziejny i my też jesteśmy do niczego. Jeżeli potwierdzi to jeszcze ktoś inny - wysyłając jakieś sygnały zmniejszające poczucie pewności siebie, to spadek murowany. Dlatego tak ważna jest praca nad sobą, samoświadomość.

Warto być pewnym siebie w dzisiejszych czasach?
Gdy mamy zaufanie do siebie i możemy na sobie polegać, to żyje się nam łatwiej. Wiara w swoje możliwości powoduje dobre samopoczucie, a co za tym - idzie umożliwia osiągnięcie sukcesu w dorosłym życiu. Jeżeli nie mamy pewności i wiary w siebie to zawieszamy się na ludziach i oczekujemy od nich, że nam tę pewność siebie przekażą. Często dzieci, które nie mają pewności siebie, podkładają się w relacjach rówieśniczych, chodzą za kimś „ważnym”, noszą za niego teczkę, oddają śniadanie, żeby tylko być lubianym. Uważają, że ta ważność drugiej osoby na nie spłynie i będą mogły choć trochę grzać się w ich ciepełku.

Zatem poczucie własnej wartości jest nie do przecenienia?
Bez niego mamy w sobie lęk przed czymś nieokreślonym, co może nas spotkać, przyjść z zewnątrz. Człowiek bez poczucia własnej wartości może się zmęczyć, bo ciągle musi być czujny, kontroluje miny, zachowania. W słowach innych ludzi doszukuje się oceny swojej osoby. Pewny siebie człowiek to człowiek otwarty, kreatywny, empatyczny; taki, który potrafi sygnalizować swoje racje i potrzeby. Dobrze mu ze sobą i z innymi.

Barbara Nasarzewska



pedagog, terapeutka, mediator rodzinny, biegły sądowy, od wielu lat zajmuje się terapią indywidualną, rodzinną, działalnością szkoleniową i treningową. Mieszka i pracuje w Toruniu.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City