Poniedziałek, 20 listopada 2017

Rozmowa z Zofią Bernad: Muzyka tradycyjna broni się sama

W sobotę, 25 marca o godz. 19, zapraszamy na koncert Zofii Bernad w ramach jubileuszowego V Festiwalu ETHNIESY.

paf/Polska Press

Tagi: Miasta Kobiet Zofia Bernad Ethniesy MCK

20 marca 2017, aktualizowano: 20-03-2017

Wydałaś album „Tradycyjne pieśni Lubelszczyzny”. Dlaczego wybrałaś pieśni tego regionu?
Trochę dlatego, że urodziłam się w Lublinie i trochę dlatego, że… że dlaczego nie? Jest dużo publikacji, nagrań pieśni i muzyki instrumentalnej innych regionów, Lubelszczyzny jest niewiele. No i muszę dodać, że płyta nie powstałaby, gdyby nie stypendium prezydenta Lublina.


No i proszę: w wieku 23 lat trafisz do skansenu. Bo, pozwól, że Cię sprowokuję nieco, dla przeciętnego odbiorcy większego skansenu niż pieśni tradycyjne nie sposób sobie wyobrazić. A jeszcze pieśni tradycyjne Lubelszczyzny… No, może gdybyś nagrała coś spod Białegostoku.
Niestety, muzyka tradycyjna wielu ludziom wciąż kojarzy się tylko z Cepelią i zespołami folkowymi. Jeśli jednak ktoś wysłucha tego albumu, to, koniec końców, zobaczy, że to odbiega od skansenu i że jest to prawdziwsze. Starałam się jak najdokładniej odtworzyć melodie i tradycyjny styl wykonawczy.

Postawiłaś przed sobą trudne zadanie. Z jednej strony: musisz być w pieśni sobą. Czyli: 22-letnią kobietą wychowaną w epoce internetu i smartfonów. A z drugiej: musisz używać języka, który nie jest współczesny i maniery śpiewania, która nie jest współczesna. Jak udało Ci się to połączyć?
Pomagało mi to, że w pieśniach lirycznych, tych tradycyjnych, jest zawarte wiele uniwersalnych prawd. „Oj, gorzalinę piłbym dziewczynę lubiłbym/Żeby coś godnego, to się przytuliłbym” – to tekst jednej z pieśni. I powiedz teraz, który dzisiejszy chłopak nie myśli czegoś takiego?

Dyplomatycznie mówiąc: mogę się tylko domyślać.
I okazało się, że ja myślę dziś dokładnie tak, jak opisują to inne teksty. Oczywiście, nie pracuję w polu, nie mam potrzeby śpiewać pieśni obrzędowych, chrzcielnych. Śpiewam je na scenie, w dość sztucznych warunkach, gdzie dzieci się nie chrzci. Ale to, zdaje się, jedyny sposób, by zachować tę muzykę.

Myślałem o tym, co powiedział kiedyś Witold Broda, skrzypek, że nie pracował na roli, więc ma delikatniejsze dłonie i nie zagra nigdy tak jak stary skrzypek-rolnik z grubymi, dużymi palcami. I co teraz? Udawać, że nie ma smukłych dłoni człowieka z miasta? Tak na wsi kiedyś nikt by nie zagrał, więc może imitować? Z pieśniami nie jest tak samo?
Dla mnie sprowadza się to do tego, że musisz czuć, że śpiewasz o czymś, co cię dotyka. Notabene: Witek jest moim ojcem chrzestnym.

Jak ta o gorzałeczce?
Tak. Wybierając materiał posługiwałam się pięciotomowym zbiorem pieśni wydanym pod redakcją prof. Bartmińskiego z UMCS. Jest tam ponad pięć tysięcy pieśni. Część pieśni przesłuchałam na załączonych do poszczególnych tomów płytach, ale żeby mieć pełny ogląd, odwiedziłam też Instytut Sztuki PAN w Warszawie i tam odsłuchałam kolejnych kilkaset. Starałam się znaleźć jak najbardziej charakterystyczne, ciekawe, oryginalne melodie. No i na koniec, żeby wybrać spośród nich tych kilkanaście, filtrowałam je przez siebie: musiały jakoś mnie poruszyć, chodzi o melodię, rytm czy o tekst. W pieśni weselnej „Po roli wrone koniki” na przykład, tekst jest prosty, ale za to melodia, melizmaty, są przecudne, rozkoszuję się tym. Rozpływam się, śpiewając to, totalnie. Dodam od razu, że na płytę składają się pieśni liryczne, które śpiewam sama, pieśni obrzędowe – weselne, chrzestne, do których śpiewania zaprosiłam Hanię Linkowską, moją siostrę Anastazję Bernad i kolędy. Na płycie można też usłyszeć instrumentalistów: Krzyśka Butryna, Sylwię Piekarczyk i Piotra Deptułę. Wszystko po to, by – na ile to możliwe – pokazać całe spektrum możliwości Lubelszczyzny. Swoją drogą, siedząc w PAN-ie i odsłuchując stare nagrania, byłam zdumiona, nie spodziewałam się, że te pieśni mogą być aż tak piękne. 



Etnomuzykolodzy mają zazwyczaj kłopot z terminem „pieśń lubelska”, bo to zróżnicowany region: inaczej się śpiewa na zachodniej Lubelszczyźnie, inaczej pod Biłgorajem, zupełnie inaczej przy granicy z Ukrainą. Jak sobie z tym poradziłaś?
Starałam się wybrać pieśni charakterystyczne dla mikroregionów, wyróżniające się ciekawą skalą, melodią. I to, że są z różnych miejsc, to słychać. Kwestie geograficzne mogą mieć znaczenie pod kątem ewentualnych wpływów z sąsiednich regionów, czasem wpływ mają wydarzenia historyczne.

Na Lubelszczyźnie na pewno śpiewa się lżej. Czym jeszcze wyróżniają się pieśni z tego regionu?
Na pewno są bardzo różne – byłam zaintrygowana faktem, że mają tak odmienne skale. Co do śpiewu, kłopotem jest, że na archiwalnych nagraniach są zazwyczaj osoby starsze, które siłą rzeczy śpiewają cicho i nie ma co się tym sugerować, ale fakt: to nie Kurpie, tu nie ma śpiewu potężnego, który się wykształcił w puszczy kurpiowskiej przez setki lat, gdy przez całe lato zbierali jagody, grzyby i miód na dwór królewski.

Może to kwestia topografii tego miejsca – jest łagodne, nie ma wielkich gór, potężnych puszczy?
Tak, to prawda. To jest to, co mówi mój tata (Jan Bernad, dyrektor Ośrodka „Rozdroża”, kompozytor i nauczyciel śpiewu – przyp. red.), że śpiew zależy od topografii, od tego, przez co trzeba się przebić z głosem. A na Lubelszczyźnie mamy nasze lekkie pagóreczki i nie ma potrzeby cisnąć.

Od ilu lat śpiewasz?
Dokładnie to ciężko powiedzieć. Pamiętam, że gdy Fundacja Muzyka Kresów miała siedzibę przy ulicy Głębokiej, to tata zabierał mnie z przedszkola na próby pierwszego zespołu Fundacji. Wtedy nie miałam jeszcze odwagi śpiewać, ale bardzo chciałam. Chłonęłam to wszystko: rodzaj śpiewu, sposób pracy nad pieśnią. Wtedy też nauczyłam się podejścia do tej muzyki.

Czyli?
Podejścia bardzo poważnego, z pełnym szacunkiem. Oprócz codziennych ćwiczeń głosowych, osłuchania się z pieśnią, rozkładania jej na części pierwsze. Jak mówiłam: wtedy nie miałam śmiałości śpiewać. Gdy pierwszy skład przy Fundacji się rozpadł, bo ludzie pozakładali rodziny, pokończyli studia, tata wziął mnie i Anastazję na stronę i zapytał: „Dziewczyny, chciałybyście śpiewać?”. Byłam wtedy w podstawówce. Wzięłyśmy koleżanki ze szkoły i codziennie, pod okiem taty i Moniki Mamińskiej próbowałyśmy. Potem przyszły letnie szkoły muzyki tradycyjnej, nauka u różnych mistrzów śpiewu, głównie z zagranicy.

Odnośnie do tego podejścia. Razem z popularnością muzyki tradycyjnej pojawiło się mnóstwo wykonawców, którzy do pieśni podchodzą bez szacunku. Drażni Cię to?
Słuchając starych pieśni, mam często ciarki na plecach i uświadamiam sobie, że to, czego właśnie słucham, dla tych ludzi było niezmiernie ważne, że było to coś magicznego. Sądzę, że jeśli już zajmować się tą muzyką, to na całego, z pełnym kontekstem i świadomością tego, w co się wchodzi. Bo ta muzyka jest na tyle bogata, przejmująca, prawdziwa, że nie ma potrzeby nic do niej dodawać, ani nic jej odejmować. Jest na tyle silna, że zawsze się obroni.


***
Płyta „Tradycyjne pieśni Lubelszczyzny” jest zbiorem pieśni obrzędowych i lirycznych: pieśni bożonarodzeniowych, pieśni chrzcielnych oraz oczywiście pieśni o nieszczęśliwej miłości i pocieszycielce - gorzałce. Pochodzą one ze zbiorów Instytutu Sztuki Państwowej Akademii Nauk oraz Uniwersytetu Marii Curie – Skłodowskiej.


Źródło: www.kurierlubelski.pl

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City