Sobota, 25 listopada 2017

Fot.: Alicja Werner

Agnieszka Twardowska: Nie przeżywam dziko sukcesów

Obawiałam się, że w stolicy będą na mnie patrzeć z góry, tymczasem więcej nieprzychylności doświadczyłam od osób ze swoich stron niż w tej tak zwanej „warszawce” - mówi Agnieszka Twardowska* w rozmowie z Dominiką Kucharską.

Dominika Kucharska

Tagi: Miasta Kobiet Agnieszka Twardowska The Voice of Poland Dominika Kucharska

27 marca 2017, aktualizowano: 27-03-2017

Cześć, Twarda.
Cześć! Rzadko już ktoś tak do mnie mówi.


A ten pseudonim to tylko od nazwiska? Sprawiasz wrażenie raczej delikatnej i wrażliwej niż twardej.
Pozory mylą (śmiech). Na pewno twardo stąpam po ziemi. Mam ogromny dystans do wielu rzeczy i w tym tkwi moja siła. Nieraz sama siebie zaskakuję takim podejściem na chłodno. Jestem dziewczyną z małego miasta, od dziecka marzyłam o muzycznej karierze, więc teoretycznie powinnam szaleć z radości mogąc występować przed ogromną publicznością i śpiewać w telewizji. A ja wracam z Warszawy do domu i wszystko toczy się jak gdyby nigdy nic. Mój dystans działa w dwie strony - nie przeżywam dziko sukcesów, tak samo jak i potknięć. Po prostu robię swoje.

To nietypowe, co mówisz. Artyści kojarzą się z emocjonalną bombą.
Ten dystans wyniosłam z domu. zawsze dobrze się uczyłam, jednak rodzice częściej mówili mi: „ok, ale pamiętaj, że zawsze możesz więcej” zamiast: „jesteś najlepsza”. Tak samo było z muzyką. Gdy wracałam z jakiegoś festiwalu, a nieskromnie dodam, że z reguły wracałam z nagrodą, to nawet nie miałam minuty na gwiazdorzenie i przedłużanie tej artystycznej aury samozachwytu, która panuje na takich imprezach. Siostry szybko ściągały mnie na ziemię, krzycząc, że mam posprzątać w pokoju (śmiech). Zresztą tak jest do dziś. jestem im za to wdzięczna.

A nie wkurzało Cię to?
Nieraz myślałam, że skoro na konkursie tak mnie wychwalano, to czemu w domu nie? Jednak szybko mi przechodziło. Wiedziałam, że cała rodzina się cieszy, ale też chce, żebym była nadal ich Agnieszką.

http://m.7dni.pl/2017/03/orig/10185-359461.jpg

Jesteś w pierwszej dziesiątce polskich artystów najczęściej wyszukiwanych przez Google w 2016 roku. Taka informacja może strzelić do głowy, a Ty przyjęłaś to ze stoickim spokojem?
Dowiedziałam się o tym przez przypadek. Leszek Stanek umieścił screen z tym zestawieniem na Instagramie i oznaczył mnie na tym. Pomyślałam, że to bardzo fajna wiadomość, której w życiu się nie spodziewałam, bo nie śledzę takich statystyk.

I tyle?
No i wróciłam do świętowania, bo akurat było Boże Narodzenie, a w naszej rodzinie to wyjątkowy czas. Spotykamy się, śpiewamy, gramy. Trwa to kilka dni, od rana do wieczora.

Pochodzisz ze Strzelna. W tak małym miasteczku jest miejsce na rozwijanie artystycznego talentu?
W miasteczkach czy wioskach to praca u podstaw. Potrzebny jest nauczyciel pasjonat, skłonny do poświęcania swojego czasu, a często też wykładania pieniędzy z własnej kieszeni. Gdyby nie pani Grażyna Adamska, która mnie i inne śpiewające dzieci zabierała na przeróżne konkursy, to pewnie byśmy dziś o tym nie rozmawiały. Przez 15 lat prawie w każdy weekend jechaliśmy na przegląd czy festiwal. Natomiast muzyka otaczała mnie od urodzenia, cała moja rodzina jest bardzo muzykalna. Pierwszy publiczny występ na rynku w Strzelnie zaliczyłam w przedszkolu. Pani od wokalu musiała mi podtrzymywać mikrofon, bo sama nie dałabym rady. Miałam wtedy 6 lat.

I kilkanaście lat później trafiłaś na przesłuchania do programu „The Voice of Poland”. Zaczarowałaś jury i publiczność…
Wiele dobrego spotyka mnie w życiu w wyniku zbiegu okoliczności. Tak też było w tym przypadku. Zostałam poproszona o zaśpiewanie na ślubie, bo dziewczyna, która miała wystąpić, rozchorowała się. Dodam, że była ona uczestniczką poprzedniej edycji „The voice…”. Okazało się, że wśród gości weselnych są osoby pracujące przy tym programie. To od nich dowiedziałam się, że trwają przesłuchania. Namawiali mnie, bym się zgłosiła. Nie miałam nic do stracenia, ale też niczego się nie spodziewałam. Gdy dotarłam do kolejnego etapu przesłuchań, tego pokazywanego w telewizji, to pomyślałam, że fajnie byłoby, gdyby chociaż jedna osoba się odwróciła, ale jak nie, to trudno.



Odwrócili się wszyscy.
To było niesamowite. Z odcinka na odcinek mówiłam sobie, że już wystarczy, że to już za dużo. Najbardziej szalony był czas, gdy dotarłam do odcinków na żywo. Od środy siedziałam w Warszawie na próbach, a w sobotę po programie pakowałam się i wracałam do Strzelna. W domu robiłam scenariusz na zajęcia na studiach i w poniedziałek jechałam do Bydgoszczy na praktyki. Całkowicie odcinałam się od emocji, kamer czy sesji zdjęciowych, które były dla mnie bardzo stresujące… Wiedziałam, że muszę być gotowa na studia i tyle (śmiech). To pozwalało mi nie zwariować, nie ulec presji, która była ogromna.

Marek piekarczyk w trakcie programu powiedział, że masz bezcenny dar przekazywania uczuć. Jak to się ma do Twojego podchodzenia do wszystkiego na chłodno?
On mówił o mnie na scenie i rzeczywiście, gdy śpiewam, to daję upust emocjom. A co do uczuciowości, to bardzo łatwo się wzruszam. Mam to po tacie. Potrafimy ronić łzy z totalnie dziwnych powodów. Mój tata jest rolnikiem i wzrusza go na przykład, gdy patrzy na gospodarstwo, które jest w rodzinie od pokoleń. Wzruszamy się bardzo często.

A co masz po mamie?
Spokój i opanowanie. Dzięki temu jakoś to równoważę.

Po „The Voice…” był kolejny program telewizyjny. W „Twoja twarz brzmi znajomo” musiałaś wcielać się w przeróżne postaci. To wyzwanie nie tylko wokalne, ale i aktorskie…
Tak i to ogromne! Znów szłam na casting nie licząc na nic. Gdy okazało się, że się dostałam, spanikowałam. Myślałam nawet o rezygnacji. Jeszcze nigdy w życiu się tak nie bałam. Samo wyjście i zaśpiewanie to był pikuś w porównaniu z otoczką z tym związaną. Przeprowadzka do Warszawy, nauka choreografii, wcielanie się w kogoś innego, wywiady… Tu mój dystans przegrał z czarnymi myślami. Ale okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Na planie nie było rywalizacji, a za to mnóstwo zabawy. To była dla mnie sceniczna szkoła życia. Wiem, że skoro to przetrwałam i szło mi całkiem nieźle, to dam sobie radę z innymi wyzwaniami.

W której z ról czułaś się najlepiej?
Zdecydowanie wcielając się w Christinę Aguilerę. Platynowe włosy, biały mundurek, szpilki - to było ekstra. Czułam się superkobieco, co dodawało mi pewności siebie, mimo świadomości, że to nie do końca ja.

Artyści i celebryci, z którymi współpracowałaś, w jakiś sposób Cię zaskoczyli?
Wszyscy okazali się wyluzowanymi, normalnymi ludźmi. Poza tym byli bardzo pomocni. Więcej nieprzychylności doświadczyłam od osób ze swoich stron niż w tej tak zwanej „warszawce”. Obawiałam się, że w stolicy będą na mnie patrzeć z góry, że ktoś będzie próbował wykorzystać mój brak doświadczenia w branży. Jednak nie spotkałam się z niczym takim. Pracowałam z wieloma artystami, o których różnie się pisze, wiele się im zarzuca. Tymczasem nie zapomnę, jak Kasia Zielińska po każdym nagraniu pytała, czy już może biec do domu do dziecka. Uświadomiłam sobie, jak krzywdzące są opinie, że dla tych osób najważniejsze jest bywanie czy zdjęcia na ściankach. To element ich pracy i tyle.

Udział w kolejnym programie telewizyjnym na pewno przysporzył Ci popularności, ale nie obawiałaś się, że jednocześnie Cię zaszufladkuje? Że będziesz dziewczyną z programów TV?
Obawiałam się, ale też wiedziałam, że to pomoże mi przebić się z moją muzyką. Dodatkowo zdawałam sobie sprawę z tego, że dużo się nauczę. Znam mnóstwo świetnych muzyków, naprawdę wyjątkowych, o których wiedzą tylko bywalcy przeglądów piosenki, pubów i wesel. Niestety, sam talent w większości przypadków nie wystarcza. Trzeba się pokazać, żeby ktoś nas dostrzegł. Mnie po tych dwóch programach jest dużo łatwiej, ale wiem też, że już wystarczy. Teraz w pełni skupiam się na swojej muzyce.

I nagrywasz płytę. Jak Ci idzie?
Powoli dochodzę do momentu, gdy materiału jest tyle, że spokojnie mogę z niego wybierać. Na tym mi zależało. Nie chciałam się spieszyć, a potem żałować. W końcu pierwszą płytę wydaje się tylko raz (śmiech). Ma mi otworzyć drogi, a nie zamknąć. Chcę, żeby była w pełni moja, taka, jaką sobie wymarzyłam.

Będzie soulowo?
Będzie różnie. Na pewno będzie trochę electro, ale w wersji soft, oczywiście nie zabraknie ballad, które lubię najbardziej. Nie nagrywam bardzo niszowej płyty, bo nie o to mi chodzi. Zależy mi na pogodzeniu ambitnej muzyki z dźwiękami, których po prostu przyjemnie się słucha. Sama wybieram takie kawałki.

Kogo słuchasz?
Jakbyś zobaczyła moją playlistę, to uznałabyś, że mam rozdwojenie jaźni (śmiech). Teraz w aucie słucham Bisza. Relaksuję się przy płytach Lianne la Havas, w kółko męczę też ostatnią płytę Adele. Naprawdę słucham przeróżnych rzeczy. Jedyne, czego nie zniosę to country.

A przeżywające dziś renesans disco polo? W „Twoja twarz brzmi znajomo” wcieliłaś się w samego Zenka Martyniuka!
To była czysta zabawa. Na pewno nie należę do osób, które, gdy usłyszą na weselu „jesteś szalona”, wychodzą. Trudno byłoby mi przetrwać całą imprezę z taką muzyką, ale kilka piosenek mnie nie odstrasza.



Przymierzasz się do przeprowadzki do Warszawy?
Na razie udaje mi się godzić mieszkanie w Strzelnie, studiowanie w Bydgoszczy i dojazdy do stolicy. Biorę pod uwagę, że kiedyś będę musiała się tam przeprowadzić, ale chcę to odwlekać najdłużej, jak się da. Uwielbiam wracać do domu, do tej ciszy. Warszawa ze swoimi korkami i pędem wciąż mnie przytłacza.

Ludzie rozpoznają Cię na ulicy?
To przychodzi falami. Po programach zdarzało się, że ludzie podchodzili do mnie, wiedzieli, kim jestem. To było szalenie miłe, bo przecież nie było mnie w tych mediach aż tyle. Rozczula mnie też to, ile wiadomości dostaję, ile osób czeka na moją płytę, śledzi moje poczynania. To naprawdę super.

Jesteś zdolna, atrakcyjna. Zajęta?
Tak. Jestem w szczęśliwym związku. Mój chłopak daje mi dużo wsparcia, cierpliwie znosi moje życie w rozjazdach. I na tym skończmy temat (śmiech).

Tak mocno strzeżesz swojej prywatności?
Obiecałam sobie nie mówić o tym w wywiadach. Chcę, aby moje życie prywatne pozostało naprawdę prywatne.

Czyli ustawki nie wchodzą w grę?
Wiesz, że ja do końca nawet nie wiem, jak to wygląda.

Gwiazda umawia się z plotkarskim pismem czy portalem. Oni wiedzą, gdzie i o której godzinie się pojawi, a ona ma gwarancję, że ktoś o niej napisze. I biznes się kręci…
To dla mnie kosmos. Dziwna sytuacja. Nie wyobrażam sobie robić takich rzeczy.

Gdzie chciałabyś być za rok?
W trasie koncertowej ze swoim repertuarem. Marzy mi się, aby kiedyś dotrzeć do takiego etapu, na jakim jest Kayah. Oj, chciałabym być jak Kayah! Nie chodzi mi o zdolności wokalne, bo w tej sferze nigdy jej nie dorównam. Mam na myśli to, że jej repertuar jest tak ambitny i zróżnicowany, a jednocześnie usłyszysz go w radiu. Bez znaczenia, co robi muzycznie, wszyscy wiedzą, że jest to dobre.

http://m.7dni.pl/2017/03/orig/fd6a3-359462.jpg


*Agnieszka Twardowska



ma 24 lata, pochodzi ze Strzelna, dotarła do ćwierćfinału „The Voice of Poland”, brała udział w programie „Twoja twarz brzmi znajomo”, koncertuje ze swoim zespołem oraz solo, m.in. z Polską Orkiestrą Muzyki Filmowej, studiuje na UKW (kierunek - edukacja artystyczna w zakresie sztuki muzycznej).

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City