Wtorek, 24 października 2017

Jedz, nie marudź

Pewnie harira sprzedawana w ramach „tygodnia arabskiego” w sieci popularnych marketów nie jest zła, ale nijak ma się do zupy serwowanej w gwarnej marokańskiej medynie. Bo jedzenie to nie tylko składniki, ale też ludzie, miejsca i związane z nimi historie.

Tomasz Skory

Tagi: felieton Tomasz Skory

27 marca 2017, aktualizowano: 27-03-2017

Hongkong, niewielka knajpka na rogu Temple Street. Choć każdego dnia słynną ulicę szturmują tysiące turystów, obsługa ni w ząb nie mówi po angielsku. W teorii nie ma takiej potrzeby - rolę menu pełnią tu obrazki i wystarczy wskazać palcem, na co się ma ochotę. Poza tym wszyscy klienci wyglądają na miejscowych, a nawet jakby zabłąkał się tu jakiś Europejczyk, wśród chińskich znaczków da się odszukać cennik zapisany arabskimi cyframi. Z niczym nie powinno być więc problemów.


Ale czasem musi się trafić kłopotliwy klient. Ot, choćby ja.

Porcje na obrazkach wyglądają solidnie, a nie jestem na tyle głodny, ani tym bardziej odważny, by zamówić cały talerz nie wiadomo czego. Okej, ta biała plama to na pewno ryż, a zielone paseczki to jakaś roślinność, ale bladobrązowe kulki mogą być ze wszystkiego. Gdy z witryny sąsiedniej restauracji łypią na mnie żywe kraby i homary, wolę zachować czujność. Lubię eksperymenty kulinarne, ale od owoców morza trzymam się z daleka.

Próbuję więc porozumieć się z kucharzem, by dociec, z jakiego stwora zrobione są pulpety. Pokazuję na migi kurczaka, krowę, rybę i w końcu kota, a kucharz śmieje się głośno, woła kelnerkę i sam chowa na zapleczu. Ponawiam kalambury, jednak w końcu kapituluję i daję kelnerce znać, że wezmę, co dają, ale chętnie kupiłbym pół porcji za połowę ceny. W ten sposób mniej ryzykuję. By nie było wątpliwości, rysuję nawet w jej notesie pół talerza i zapisuję połowiczną kwotę. Kelnerka kiwa głową ze zrozumieniem i znika w kuchni.

Spojrzeć w oczy śwince

Czasem jestem pytany, czy podczas swoich wojaży jadłem kiedyś coś „naprawdę dziwnego”. Zwykle odpowiadam, że nie wiem, bo dla jednych ślimaki będą już czymś nie do przełknięcia, a dla innych, by mieć o czym opowiadać, powinienem zajadać się robactwem, świnkami morskimi lub surowymi mewami.

Stara zasada żywienia się na obczyźnie mówi, że należy jeść to, co miejscowi, i tam, gdzie miejscowi, więc może podczas kolejnej wizyty w południowo-wschodniej Azji skuszę się w końcu na smażonego ptasznika. Z lokalnych przysmaków, których odważyłem się tam do tej pory spróbować, na uwagę zasługuje na pewno durian, czyli owoc o tak nieprzyjemnym zapachu, że jedzenie go w miejscach publicznych o słabej wentylacji jest surowo wzbronione. Nie było to przyjemne doświadczenie, ale nauczyło mnie, że jednak nie da się zabić każdego smaku colą.

Jakbym kiedyś w okresie świąt trafił na Grenlandię, może dałbym się też namówić na mikroskopijną porcję kiviaku - wspomnianych wyżej mew - ale świnek morskich nie miałem ochoty próbować.
Podczas wizyty w Peru, gdzie te puchate stworzenia uważane są za przysmak, jedna z restauratorek zapytała się mnie, dlaczego Europejczycy ich nie zjadają. Odpowiedziałem, że moi znajomi hodują świnki i wydaje mi się, że po takiej przekąsce trudno byłoby mi spojrzeć im w oczy. I znajomym, i świnkom.

Swoją drogą, w Peru podano mi raz obiad, który zajął wysoką lokatę na mojej liście zaskakujących potraw. Nie dlatego, że wśród jego składników znalazło się coś wyjątkowego - wręcz przeciwnie. Był to ryż z makaronem i ziemniakami. Tak, ryż z makaronem. I ziemniakami. Serwowane razem jako jeden pełnoprawny posiłek. Tu może warto wyjaśnić, że w Peru ziemniaki są traktowane inaczej niż u nas, bardziej jako warzywna przystawka niż podstawa dania, ale zestawienie ich z ryżem i makaronem mocno mnie wówczas rozbawiło.

Takich kulinarnych ciekawostek spotkało mnie znacznie więcej. Niemal w każdym zakątku globu coś mnie zaskoczyło, zniesmaczyło lub przypadło mi do gustu i nawet gdybym nie podróżował głównie po to, by zwiedzać, pewnie robiłbym to, aby od czasu do czasu zjeść coś ciekawego. Pewnie harira sprzedawana w ramach „tygodnia arabskiego” w sieci popularnych marketów nie jest zła, ale nijak ma się do zupy serwowanej wieczorami z wielkiego kotła w gwarnej marokańskiej medynie. Bo jedzenie to nie tylko składniki, ale też ludzie, miejsca i związane z nimi historie.

Jak smakują pomyje

Hongkong. Kelnerka wraca z pełnym talerzem klopsów i miską zupy, która w naszej dyskusji na migi w ogóle się nie pojawiła. Nie protestuję - i tak wywołałem już wystarczające zamieszanie - tylko zabieram się ostrożnie do jedzenia, zastanawiając się, czy bardziej ucierpi na tym mój portfel, czy układ pokarmowy. Klopsiki nie są złe, choć nie jestem w stanie powiedzieć z jakiego powstały mięsa. Zupa to zaskoczenie. Pływają w niej algi, morszczyny lub inne glony, a w smaku przypomina... w sumie nie wiem co. Zwykło się mówić, że zupa z wodorostów smakuje jak pomyje, ale tych nigdy nie próbowałem.

Po posiłku rzucam okiem na rachunek i mrugam ze zdziwienia. Za dwudaniowy obiad mam zapłacić tyle, co za „umówione” pół talerza. Marudzić nie będę, tak można eksperymentować!

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City