Sobota, 25 listopada 2017

Fot.: Tomasz Czachorowski

Marta Bitowt z Pogotowia dla Zwierząt: Jestem ich głosem

Pamiętam przypadek, kiedy dowiedzieliśmy się, że facet wykończył swojego psa, a mi z ironią i miną zwycięzcy powiedział: „Widzi pani, nie ma pieska, uciekł podczas spaceru” - wspomina Marta Bitowt w rozmowie z Dominiką Kucharską.

Dominika Kucharska

Tagi: Pogotowie dla Zwierząt Marta Bitowt pseudohodowla w Dobrczu Dominika Kucharska

27 marca 2017, aktualizowano: 27-03-2017

Zdjęcia z pseudohodowli w podbydgoskim Dobrczu obiegły cały kraj. Ty byłaś na miejscu. Po tym, co zobaczyłaś, wierzysz jeszcze w ludzi?
Nie ukrywam, że zwątpiłam w człowieczeństwo, ale po pospolitym ruszeniu i ogromie pomocy, jaka do nas dotarła, ta wiara wróciła. Na rzecz zwierząt działam od wielu lat, ale to, co zobaczyłam w Dobrczu, było najgorszym widokiem ze wszystkich dotychczasowych.


Na zewnątrz wszystko wygląda normalnie, a za drzwiami koszmar?
Te pozory dodawały tragizmu. Dotarliśmy tam po zgłoszeniu od weterynarza, do którego drugi raz trafił ten sam pies, znów w tragicznym stanie. Zarówno pierwsi, jak i drudzy właściciele wskazali, gdzie kupili zwierzę. Pojechaliśmy na miejsce i zobaczyliśmy całkiem ładny dom z ogrodem i garażem, w którym stał drogi samochód. W korytarzu powitał nas zadbany buldożek leżący na czystym posłaniu, a my stawiając kolejne kroki widzieliśmy coraz większą tragedię. W każdym pokoju psy i koty były dosłownie poupychane. Leżały we własnych odchodach, w prowizorycznych boksach zrobionych ze starych mebli i kartonów. Te boksy były nasiąknięte moczem. Niektóre zwierzęta siedziały w klatkach tak małych, że nie mogły się odwrócić. W tym syfie leżały suczki po cesarskim cięciu, z ropiejącymi ranami, ledwo żywe jedno- czy dwudniowe mioty. Smród był nie do zniesienia. Szczypał w oczy. Co jakiś czas musieliśmy wychodzić na zewnątrz, aby zaczerpnąć powietrza. Te zwierzęta nie miały takiej możliwości, one w tym żyły. Wszystkie ubrania, która miałam na sobie tej nocy, trafiły do śmieci. Nie dałoby się tego doprać.

Ile zwierząt tam zastaliście?
Początkowo dostaliśmy informację o 40 i rzeczywiście w pokojach na pierwszy rzut oka było mniej więcej tyle zwierząt. Jednak zaniepokoiło nas ogrodzenie na podwórku. Po co ktoś miałby grodzić się na własnej posesji? Zaczęły się przepychanki, bo właścicielka nie chciała nam dać kluczy od furtki. Gdy wreszcie je zdobyliśmy i otworzyliśmy pomieszczenie gospodarcze, ujrzeliśmy kolejne około 80 zwierząt, a za garażem upchnięte kilkanaście kotów. Zadzwoniliśmy po pomoc, bo wiedzieliśmy, że sami nie damy rady. Musieliśmy wynieść wszystkie zwierzęta. Niektóre z nich nie żyły. Psy z długim włosiem podnosiliśmy z kopułą przyklejonych odchodów. Pracowaliśmy do nocy. Na miejsce zjechało blisko 25 osób z różnych fundacji i organizacji. W sumie odebraliśmy 170 zwierząt.

Jak po czymś takim wraca się do codzienności, idzie do pracy?
Jestem osobą o mocnych nerwach, naprawdę opanowaną. To nie była pierwsza interwencja, podczas której było nerwowo, bo raczej nie trafiamy do osób, które witają nas z otwartymi ramionami. W Dobrczu działała adrenalina. Czuliśmy złość, chcieliśmy jak najszybciej zakończyć to piekło, ale był moment, kiedy się rozkleiłam. W jednej z mikroskopijnych klatek siedział bulterier - duża rasa, potrzebująca ruchu. Wokół biegali ludzie, mnóstwo się działo, a on patrzył w martwy punkt pustym, zrezygnowanym wzrokiem… Jakby czuł, że nie spotka go już nic dobrego. Wtedy popłynęły łzy, ale szybko trzeba było wracać do pracy. Po tygodniu od interwencji dostaliśmy 7600 mejli w sprawie adopcji. 45 chętnych na jednego zwierzaka.

Nie myślisz, że taki ogrom chętnych był spowodowany tym, że na adopcję czekały rasowe zwierzęta, a nie kundelki i dachowce?
Oczywiście, że tak było. Przecież interwencji, po których mamy zwierzę do adopcji, jest mnóstwo. Sęk w tym, że to z reguły stare, zaniedbane, brzydkie psy czy koty, które na dodatek mają poranioną psychikę, bo na przykład całe życie spędziły na łańcuchu albo były maltretowane. Wtedy trudno znaleźć im dom. Zresztą nawet w przypadku zwierząt z pseudohodowli, gdy odbierałam telefony i mówiłam chętnym, że owszem, jest to zwierzę w typie jakiejś rasy, ale wymagające leczenia, to wiele osób rezygnowało.

http://m.7dni.pl/2017/03/orig/77f54-359471.jpg
W SALONIE PSIEJ PIĘKNOŚCI „RUFI”, NALEŻĄCYM DO EWY I MARTY WESELSKICH, ZORGANIZOWANO AKCJĘ POMOCOWĄ DLA ZWIERZĄT Z PSEUDOHODOWLI W DOBRCZU. PANIE, OPRÓCZ ZBIÓRKI DARÓW, NIEODPŁATNIE WYPIELĘGNOWAŁY TEŻ KILKA PSÓW.

Na wsiach zwierzęta cierpią bardziej niż w miastach?
Na pewno w miastach świadomość społeczna jest większa, co nie znaczy, że nie zdarzają się przypadki łamania praw zwierząt. Całe szczęście - sąsiedzi z reguły nie udają, że nie widzą, gdy dzieje się coś złego. Dzwonią, informują. Natomiast na wsi to, jak ktoś traktuje zwierzę, jest jego sprawą, sąsiad się nie wtrąca, a często sam robi tak samo. Panuje ogólne przyzwolenie na to, że pies jest uwiązany przez cały dzień, nie jest leczony i karmi się go resztkami. Tam zmiany światopoglądowe zachodzą wolniej. Poza tym łatwo zauważyć, że w środowiskach, w których występuje patologia i ludzie nie radzą sobie sami ze sobą, nie radzą sobie także ze zwierzętami.

Jak ludzie krzywdzą zwierzęta? Znajoma opowiadała mi, że jej sąsiadka z bloku wyjechała na kilka tygodni, ale psa zostawiła w domu. Dwa razy dziennie ktoś do niego przychodził, ale przez resztę czasu psiak wył. Nie mieściło mi się to w głowie.
Ta sąsiadka i tak postąpiła „humanitarnie”, bo znam przypadki, kiedy ludzie wyjeżdżają i zostawiają zwierzęta same sobie. W Polsce była taka głośna sprawa. Na posesji zostawiono kilkadziesiąt zwierząt. Początkowo sąsiedzi słyszeli ujadanie, ale z dnia na dzień ono cichło. W końcu jeden z nich zdecydował się donieść o tej sytuacji, ale było już za późno. Znaleźli tylko ciała. Śmierć głodowa u wszystkich…

A jak to wygląda na naszym lokalnym podwórku?
Odbierałam psa spod Koronowa. Właściciele trzymali go na metrowym łańcuchu. Pies był stary i, jak usłyszałam, „na dodatek głupi”. Załatwili sobie więc młodego psa, a tego chcieli zagłodzić na śmierć. Szło im całkiem nieźle, bo gdy przyjechałam, zwierzę ważyło 14 kilo i nie było w stanie utrzymać się na nogach. Okno ich kuchni wychodziło wprost na tego psa. Zapytałam, jak mogą codziennie przygotowywać tu posiłki, patrząc, jak wykańczają inne stworzenie? To była rodzina z dziećmi, które kiedyś się wyprowadzą i też będą tak postępować. W tym przypadku właściciele zostali ukarani. Musieli zapłacić 600 złotych. To wyjątek, bo wiele z takich spraw jest umarzanych. Dziś ten psiak waży 40 kilogramów.

Sprawy są umarzane, bo to tylko zwierzę?
Oczywiście, takie sprawy są traktowane jako mniej ważne. Często słyszymy, że coś trudno udowodnić. Ktoś zagłodził czy skatował psa, ale się nie przyznaje. A przecież zwierzę się nie wypowie. My jesteśmy jego głosem, dlatego w sprawie występujemy jako pokrzywdzony.

Ludzie, którzy znęcają się nad zwierzęciem, chociaż próbują się Tobie tłumaczyć?
Z reguły słyszę stek kłamstw. Stwierdzenia: „To mój pies i mogę sobie z nim robić, co chcę”, podczas interwencji też powtarzają się jak refren w piosence. Niestety, rzadko pojawia się refleksja. Podkreślam, że nie zawsze wchodzimy na posesję i zabieramy psa czy kota. Często staramy się edukować. Gdy z właścicielem idzie się dogadać, a nie ma pieniędzy, to przywozimy karmę, badamy zwierzę. W Dobrczu właścicielka pseudohodowli twierdziła, że przecież jej zwierzęta wyglądają dobrze. Powiedziała, że kilka dni chorowała i stąd ten brud. Sęk w tym, że musiałaby chorować kilka lat, żeby doprowadzić to miejsce do takiego stanu. Zdarza się, że w trakcie interwencji ludzie wyzywają nas od złodziei, bo zabieramy ich „ukochane”, choć ledwo żywe zwierzę. Spotykamy się też z agresją.

Oberwałaś kiedyś?
Dotychczas zdarzało się tylko, że musiałam bardzo szybko biec, bo na przykład goniono nas z łomem w ręku. Za to moja koleżanka miała mniej szczęścia. Zostałyśmy wezwane na interwencję. Standard - psy na łańcuchach, trzymane na dworze, bez budy przy minus 15 stopniach. Gdyby sąsiedzi ich nie dokarmiali, to pewnie zdechłyby z głodu. Przyjechałyśmy na miejsce. Ja zadzwoniłam do drzwi i wyjaśniłam spokojnie, kim jesteśmy, a druga inspektorka robiła zdjęcia psom. Jak właściciel to zobaczył, wpadł w szał, podbiegł do niej, złapał za włosy i zaczął tłuc pięścią po twarzy.

Co?!
Od tego czasu nigdy nie wyjeżdżamy na interwencję w pojedynkę, choć inspektorzy z innych rejonów tak robią. Po tym doświadczeniu wiem, że dwie osoby to minimum.

Trudno mówić o edukowaniu ludzi z terenów wiejskich, skoro nadal w pewnych kręgach polowania są traktowane jak luksusowe hobby. Najnowszy film Agnieszki Holland pt. „Pokot” wymierza policzek środowisku myśliwych. Coraz głośniej rozbrzmiewa krytyka wobec osób, które mordują zwierzęta dla zabawy.
Myślistwo jestem w stanie zaakceptować tylko w jednym przypadku - gdy plemię poluje, żeby przetrwać. A jeśli robi się to dla przyjemności czy snobizmu - a tak z reguły się dzieje, bo to rozrywka popularna między innymi w środowisku lekarzy czy prawników - to z mojego punktu widzenia mamy do czynienia ze skrajnym okrucieństwem i próbą łatania jakichś braków. Wchodzenie na teren zwierzęcia i strzelanie do niego dla trofeum nie mieści mi się w głowie. Żyjemy w czasach, kiedy wybór rozrywek jest tak szeroki, że czerpanie satysfakcji z zabijania nie powinno mieć miejsca.

Dla mnie lekarz, który jeździ na polowania, to niepojęty paradoks. W pracy ratuje życie, a po pracy je odbiera.
Nie wrzucam wszystkich do jednego worka, ale spotkałam wielu lekarzy, którzy byli bardzo zdolni, jednak nie mieli serca do ludzi, a co dopiero do zwierząt. Inną kwestią jest to, że część osób wybiera ten zawód nie z powołania, ale dla konkretnych korzyści czy ambicji. Przekonałam się o tym na własnej skórze. Pod koniec zeszłego roku trafiłam do szpitala i po powrocie do domu miałam jedną refleksję - w lecznicy lepiej traktujemy chomika ze świądem, niż mnie potraktowano w szpitalu.

Balansujesz między dwoma światami. Pracując w lecznicy widzisz świat, w którym ludzie dbają o zwierzę i traktują je jak członka rodziny. Pracując w Pogotowiu dla Zwierząt stykasz się z okrucieństwem…
To prawda, ale w obu tych światach realizuje swoją pasję. Wspólnym mianownikiem są zwierzęta, a odkąd pamiętam, były dla mnie najważniejsze i mnie do nich ciągnęło. Inne dzieciaki grały w gumę, a ja w wieku 11 lat zgłosiłam się na wolontariat do bydgoskiego schroniska (śmiech). Moja mama wspomina, że zawsze poszukiwałam kontaktu z przyrodą bardziej niż z innym człowiekiem. Pod tym względem się zmieniłam, bo teraz jestem dość towarzyska, choć osoby, którymi się otaczam, w większości też działają w prozwierzęcych stowarzyszeniach. Poza tym od 23 lat nie jem mięsa, a od półtora roku jestem weganką. Nie używam niczego z prawdziwej skóry, nie kupuję kosmetyków testowanych na zwierzętach.

Weganka, ekolożka, a do tego aktywnie walcząca o prawa zwierząt - dla wielu Polaków jesteś na równi z kosmitką.
To fakt, ludzie boją się takich kobiet. Najśmieszniejsze, że mój wygląd odbiega od stereotypowego wizerunku osoby mającej bzika na punkcie ochrony zwierząt czy ekologii. Normalnie się ubieram, mam normalną pracę. Lubię to rysujące się na twarzy zdziwienie, gdy zaczynam opowiadać, że regularnie zakładam gumiaki i jeżdżę po gospodarstwach uczyć ludzi, jak należy traktować zwierzęta. Jestem dowodem na to, że nie trzeba mieć dredów i mieszkać w namiocie, aby mieć taką pasję, jaką mam ja. Lubię przełamywać te stereotypy. Lubię też karmić innych wegańską kuchnią, pokazywać jej różnorodność. Pochwalę się, że już parę osób za moją sprawą zrezygnowało z jedzenia mięsa.

A przeszkadzają Ci osoby, które to robią?
Absolutnie nie! To osobista decyzja każdego z nas. Za to ja dość często czuję się atakowana przez tzw. mięsożerców pytaniami: „Czemu tego nie jesz?”, „Po co się tak męczysz?”. W wieku 11 lat podjęłam taką decyzję i się tego trzymam.

Czyli byłaś jeszcze dzieckiem. Jak zareagowali na to Twoi rodzice?
Początkowo uznali, że to chwilowy bunt. Byłam krnąbrna, więc zamiast naciskać, woleli to przeczekać. Nie przeszło (śmiech). Pamiętam, że mama kilka razy chciała mnie zmusić do zjedzenia mięsa, ale potrafiłam siedzieć przez 2 godziny przy stole i nie tknąć nawet kawałka. Po jakimś czasie rodzice sobie odpuścili. Mięso przestałam jeść po tym, jak w telewizji zobaczyłam dokument, w którym pokazywano transport krów do rzeźni i to, co się z nimi dzieje już na miejscu. Dla 11-latki było to wstrząsające.

http://m.7dni.pl/2017/03/orig/169b7-359469.jpg

Masz swoje zwierzęta, czy te, którymi się zajmujesz w lecznicy i Pogotowiu dla Zwierząt, już Ci wystarczą?
Mam swoje zwierzęta, a nawet opiekunkę do nich, gdy natłok pracy nie pozwala mi się nimi należycie zająć. Część z nich pochodzi z interwencji, więc często mają jakieś problemy. Jeden kot nie robi do kuwety, inny bywa agresywny, jest też pies bez łapy. A do tego mam też zwierzaki na „tymczasie”.

Czyli?
Prowadzę dom tymczasowy dla psów, kotów, ale zdarzają się też króliki, ptaki, był nawet jeż. Poza tym jestem osobą, która odchowuje zwierzęta. Przez moje ręce przeszło już sporo maluchów. Bywam więc czasem i matką karmicielką. Kiedy trafia do mnie miot 4 czy 5 psiaków, to jestem wyjęta z życia. Nie spotykam się ze znajomymi, nie chodzę na siłownię czy na języki, nie dosypiam. Ale gdy po kilku miesiącach dostaję od nowych właścicieli zdjęcia tych moich dzieciaków i widzę, jak fajnie wyrosły, to wiem, że było warto.

Usłyszałaś kiedyś, że lepiej, gdybyś zaczęła pomagać biednym dzieciom zamiast zwierzętom?
Z tysiąc razy. Słyszę to od znajomych, ale i od obcych osób. Zawsze odpowiadam, że są organizacje, które zajmują się dziećmi, i takie, które pomagają zwierzętom - nie wszyscy mogą zajmować tym samym. Ostro oceniam ludzi. Mamy dwie ręce, dwie nogi, głowę, sami jesteśmy w stanie o siebie zadbać. Oczywiście są przypadki, kiedy człowiek potrzebuje wsparcia. To nie tak, że jestem pozbawiona empatii dla ludzi, ale przyznaję otwarcie, że do zwierząt mam większe serce, bo ich los jest zależny od nas. Wkurzam się, bo mam świadomość, że gdybyśmy traktowali je z szacunkiem, jak żywe stworzenia, to takich organizacji jak Pogotowie dla Zwierząt nie musiałoby być. Mogłabym po pracy usiąść na kanapie z kieliszkiem wina i niczym się nie przejmować.

Do czego jest Ci potrzebny drugi człowiek?
Kontakty z ludźmi są dla mnie odskocznią od codzienności, w której pierwsze skrzypce grają zwierzęta. Uwielbiam podróże, na które wyjeżdżam z przyjaciółmi, więc pielęgnuję ludzkie znajomości. Jednak postawiona przed wyborem - człowiek czy zwierzę wybieram zwierzę. Taka już jestem.

Na drugim planie stawiasz ludzi, a przez to często samą siebie…
To prawda. Bywam wykończona, padam ze zmęczenia. Moja pasja daje dużo satysfakcji, ale nieraz też podcina skrzydła, bo wiele walk przegrywam. Najbardziej boli, gdy pojawiamy się za późno. Pamiętam przypadek, kiedy dowiedzieliśmy się, że facet wykończył swojego psa, a mi z ironią i miną zwycięzcy powiedział: „Widzi pani, nie ma pieska, uciekł podczas spaceru”. W takich przypadkach mamy związane ręce. Tak, jak wspominałam, wśród moich znajomych przeważają osoby działające na rzecz zwierząt i widzę, że każda z nich coś poświęca. Większość nie ma dzieci, bo zwyczajnie brak na to czasu, ale mistrzami są ci, którzy mają rodzinę i potrafią to wszystko łączyć.

Pamiętasz, kiedy ostatni raz się wyspałaś?
Przed interwencją w Dobrczu (śmiech).

Nie boisz się wypalenia?
Wiem, że można się zagalopować. Mam znajomą, która od lat działa na rzecz zwierząt, a do tego pracuje i samotnie wychowuje dziecko. Od jakiegoś czasu jest cieniem samej siebie. Mówię, aby zwolniła, ale trudno zrezygnować z pomagania stworzeniom, które się tak kocha. Niestety, cierpiących zwierząt jest więcej niż rąk do pracy, a pokutuje myślenie, że osoby takie jak ja nie robią nic poza tym. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że działamy w wolontariacie, a poza tym normalnie pracujemy. Często spotykam się z postawą roszczeniową, a nawet z oburzeniem, gdy mówię, że możemy się pojawić na miejscu za parę dni, a nie już teraz.

I wtedy z tej miłej blondynki wychodzi wściekłość?
Nie, bo doceniam, że ludzie chcą pomóc. Tłumaczę spokojnie, dlaczego nie możemy rzucić wszystkiego i pędzić na miejsce. Ale nie zawsze ze mnie taka miła blondynka. Mówią, że jak się wściekam, to jestem jak popcorn w mikrofali (śmiech).


*Marta Bitowt



inspektorka z Pogotowia dla Zwierząt w Bydgoszczy. Pracuje w lecznicy dla zwierząt jako asystentka lekarza weterynarii. Uwielbia podróże i gotowanie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City