Czwartek, 23 listopada 2017

Leżenie i pachnienie się skończyło, królewno. Teraz jesteś MATKĄ.

Magda nazywa to słodko-gorzkim przekładańcem, bo na drobny przytyk do jej „lenistwa” mama znajdzie miejsce nawet w miłej rozmowie. Lenistwem jest więc mrożenie obiadków dla małego, wyjście na siłownię czy… powrót do pracy.

Dominika Kucharska

Bydgoszcz, wtorkowe popołudnie. Do autobusu wsiadają dwie panie, na oko po sześćdziesiątce. Rozmawiają donośnie. - Moja synowa to leń śmierdzący. Wnusia nawet roku nie ma, a ta zarządziła, że do restauracji raz w tygodniu będą wychodzić, bo od gotowania musi odpocząć. Ja codziennie gotowałam i nie marudziłam - mówi jedna z nich. Na kolanach trzymają świeżo ścięte astry i gałązki mięty. Resztki ziemi pod paznokciami zdradzają, że najpewniej wracają z działki. - Bo dziś matki są w ogóle leniwe - dodaje druga. - Ja całą młodość poświęciłam dla dzieci. Zostałam w domu, a mogłam szybciej wrócić do pracy. Awansem mnie chcieli przekupić i emerytura byłaby wyższa. Ale z obcą bym dzieci nie zostawiła.


Przez kolejne dwa przystanki opowiadają, że najlepsze lata poświęciły na wychowywanie, sprzątanie, gotowanie. „Teraz kobiety mają łatwiej, a nic im się nie chce w domu robić” - to zdanie przewija się kilka razy. Rząd dalej siedzi blondynka. Obok w spacerówce jej córeczka w skupieniu gryzie gumowego misia. Kobieta spogląda to na dziecko, to w okno. W końcu nie wytrzymuje. Odwraca się do działkowiczek i siląc się na uprzejmość pyta: - Skoro panie mają żal do świata, że tyle poświęciły, to skąd oburzenie, że synowa raz w tygodniu chciałaby nie musieć gotować?

Na twarzach emerytek rysuje się zdumienie. - Bezczelnie tak podsłuchiwać! - odpowiadają bojowo. Szykuje się ciąg dalszy wymiany zdań, ale sygnał otwieranych drzwi studzi emocje. To ich przystanek, ruszają więc do wyjścia.

A ty co taka padnięta

Ania - 33-letnia nauczycielka polskiego - też marzy, aby po jej ripoście zapadła cisza. Ma w głowie sto celnych odpowiedzi, ale zamiast je wygłaszać, staje na baczność, gdy tylko usłyszy sygnał domofonu. Podskakuje jak tresowana - nawet gdy jej półroczny synek śpi, a ona wreszcie ma chwilę oddechu - bo może to akurat teściowa.

- Zacznę od tego, że to świetna babcia. Kocha wnuki, jest pomocna, ale dla mnie nie ma litości. Gdy zostałam matką, odebrała mi prawo do bycia zmęczoną - mówi Ania. - Doskonale pamiętam, kiedy to się zaczęło. Michaś miał wtedy 2 miesiące. Byłam wykończona, niewyspana... Gdy zmrużył oczy, usiadłam w fotelu i też zasnęłam. Wtedy wpadła ona: „A ty co taka padnięta? Leżenie i pachnienie się skończyło, królewno. Teraz jesteś matką”. Liczyłam na zrozumienie, babską solidarność, a stanęłam pod ostrzałem - wspomina. Ania usłyszała, że jej teściowa chodziła do pracy, w drodze do domu biegła na zakupy, potem podawała obiad, a do tego musiała prać tetrowe pieluchy. „Jakbyś chociaż przez tydzień tyrała tak jak ja, to mogłabyś mówić, że jesteś zmęczona”. Pola do dyskusji nie było.

Podobnie jak przy aferze o karnet na siłownię. Ania kupiła go, żeby wrócić do formy po ciąży, mieć chwilę dla siebie. Plan był prosty - gdy mąż wraca z pracy, ona wyskakuje na godzinkę ćwiczeń. Teściowej - która notabene lubi przypominać, jak to ciąże zniszczyły jej figurę - nie mieściło się to w głowie. Wykład o egoizmie i tym, że matce nie przystoi stawiać zgrabnego tyłka nad dziecko, trwał pół godziny. Mąż Ani interweniował, gdy dowiedział się, czemu ta płacze w łazience. Na wiele się to nie zdało, poza tym, że teściowa wytyka „lenistwo” swojej synowej ciszej i bez świadków.

Szybko ci się znudziło

U Magdy - pracowniczki marketingu, mamy półtorarocznego Stasia - dominuje coś, co ona sama nazywa słodko-gorzkim przekładańcem, bo na drobny przytyk do jej „matczynego lenistwa” znajdzie się miejsce nawet w miłej rozmowie. - Dziwnie się słucha tego od własnej mamy. Ma 67 lat i w wielu kwestiach jest nowoczesna, ale gdy urodziłam dziecko, okazało się, że tylko jedna wizja macierzyństwa jest dopuszczalna - wspomina.

„Za łatwo odpuszczasz. To ciężka praca” - padło z ust mamy Magdy, gdy ta oznajmiła, że po tygodniach prób poddaje się i zamiast piersią będzie karmić butelką. - Bardzo chciałam karmić naturalnie. Płakałam, bo było mi wstyd, czułam, że nawaliłam jako matka. Płakał, a wręcz darł się wniebogłosy też mój syn, najprawdopodobniej z głodu - mówi trzydziestolatka. Ten docinek utkwił w głowie Magdy, bo doskonale pamiętała, jak jej mama wspominała, że sama miała problem z karmieniem piersią.

Lenistwem okazało się też to, że zamiast codziennie gotować oddzielny obiadek dla dziecka, Magda raz w tygodniu przygotowuje kilka większych porcji jedzenia i mrozi je w małych pojemniczkach. Dzięki temu ma więcej czasu na zabawę z synkiem, a on codziennie dostaje inne danie. - Tu już nie wytrzymałam - przyznaje Magda. - Serio, używanie zamrażarki w XXI wieku to lenistwo?! Ostro się o to pokłóciłyśmy. Usłyszałam, że jak dziecko zacznie chorować, będzie to tylko moja wina, bo nie chciało mi się w kuchni dłużej postać.

Kolejnym punktem zapalnym okazał się powrót Magdy do pracy. - Staś miał 9 miesięcy. Mama nie mogła pojąć, że przyjęłam tę propozycję i już rozmawiałam z kilkoma niańkami. Słyszałam, jak szepcze pod nosem, że szybko się znudziłam siedzeniem z dzieckiem. Z chęcią zostałabym dłużej na zwolnieniu, ale to nie te czasy, kiedy dyrektor trzyma miejsce dla pracownika. Tłumaczyłam jej to, a w odpowiedzi słyszałam tylko: „Przecież nic nie mówię”.

Pewnie nienakarmione

Podobne boje toczy Kasia. 28-letnia bydgoszczanka urlop macierzyński skończyła jeszcze szybciej niż Magda. Do pracy w korporacji wróciła już po 6 miesiącach. - Na każdym kroku musiałam się z tego tłumaczyć i odpowiadać na pytanie, czemu nie chce być z moim dzieckiem dłużej w domu. Uważam, że podjęłam dobrą decyzję. Realizuję się zawodowo, a przecież ta sfera naszego życia jest też bardzo ważna. Po pracy wracam stęskniona i może krócej, ale z pewnością efektywniej wykorzystuję czas, który mam dla małej - mówi Kasia.

Nie zmienia to faktu, że macierzyństwo od samego początku, poza cudownymi emocjami, nieodzownie kojarzy się jej też z poczuciem winy. - Otoczenie starało się mnie w nie ciągle wpędzać. Byłam oceniana na przykład za to, że moja córka płakała na spacerze. Obce kobiety na ulicy zawracały mi uwagę, ze dziecko pewnie nienakarmione albo nieprzewinięte. Regularnie oceniają mnie też te najbliższe, bo mam odwagę powiedzieć: jestem zmęczona zajmowaniem się dzieckiem, potrzebuję wyjść na spacer, na siłownię czy zakupy. Trochę czasu minęło zanim nauczyłam się o tym mówić wprost - przyznaje. - W naszym społeczeństwie wciąż funkcjonuje stereotyp „matki Polki”, która nie ma prawa dbać o siebie, myśleć o przyjemnościach czy chcieć spędzić czas inaczej niż tylko z dzieckiem. Macierzyństwo to cudowny dar, ale po urodzeniu nie przestajemy być przecież kobietami! - dodaje.

http://m.7dni.pl/2017/06/orig/43b09-359540.jpg

SKĄD W KOBIETACH, KTÓRE DZIŚ SĄ BABCIAMI, TAK OGROMNA POTRZEBA KRYTYKI MŁODYCH MATEK?

- Bierze się to z poczucia, że one w pełni poświęciły się swoim dzieciom - odpowiada socjolożka dr Joanna Janiszewska z UKW. - Rzeczywiście wiele z tych kobiet na kilka lat zrezygnowało z pracy, własnych pasji i przyjemności. Robiły wszystko z myślą o potomstwie, a nie otrzymały nic w zamian. To syndrom opuszczonego gniazda. Ich dzieci, którym one oddały tak wiele, wyprowadziły się, założyły rodziny, zajęły się własnymi sprawami. Cała energia życiowa, której tyle było skierowanej na wychowanie, nagle przestała być potrzebna. Co więcej, części z tych kobiet wydaje się, że ich poświęcenie nie zostało docenione. Takie odczucia mogą rodzić rozżalenie wobec współczesnych matek, które chcą czegoś więcej i nie podporządkowują całego życia dzieciom. Ale to także rozżalenie wobec samych siebie. Zdarza się, że te dzisiejsze babcie - patrząc na swoje córki czy partnerki swoich synów - mają pretensje do siebie, że one same nie potrafiły robić jeszcze czegoś. Gdy dzieci wyszły z domu, nic innego im nie pozosta- ło. Spotykają się z poczuciem bezsensu, a niestety na realizację pewnych marzeń czy rozwój kariery dziś może być już za późno. W związku z tym krytyka młodych matek bywa podszyta zwykłą zazdrością - wyjaśnia.

Socjolożka jest zdania, że spięcia, do których dochodzi między babciami a młodymi matkami, wynikają też z różnic w przekonaniach o tym, co jest dla dziecka najlepsze. W ciągu ostatnich lat tak wiele zmieniło się w tej sferze, że nieraz trudno o wspólny mianownik. - Obecnie mamy dostęp do szerszej wiedzy. Współcześnie zalecane metody wychowawcze często kłócą się z tymi praktykowanymi w latach 70. czy 80. I znów, jako że wychowanie małego dziecka to temat kobiecy, młodym matkom obrywa się od tych ze starszego pokolenia. Babcie mówią: „Jak dziecko dostało klapsa, to przynajmniej słuchało”. Dziś większość matek nie chce bić i pole do konfliktu gotowe - dodaje dr Janiszewska.

Następny powód do krytyki? Przepaść między funkcjonowaniem rynku pracy kilka dekad temu i obecnie. - Dziś pogodzenie roli dobrej pracowniczki i matki staje się wyzwaniem. Kobiety są rozdarte - wyjaśnia socjolożka. - Z jednej strony, ich powrót do pracy wymusza sytuacja ekonomiczna, bądź też po prostu nie chcą rezygnować na dłużej z kariery. Z drugiej strony, żyją z poczuciem, że w domu czeka na nie maleństwo. Nieraz mają piersi pełne mleka, a nie mogą nakarmić dziecka. To wszystko rodzi stres. Uważam, że świetne są rozwiązania szwedzkie. Tam każdy rodziców ma płatny urlop, który pozwala być z dzieckiem znacznie dłużej. U nas, decydując się na urlop wychowawczy, decydujemy się jednocześnie na to, że dostaniemy grosze, bądź nie zarobimy wcale. Trudno sobie wyobrazić, że po porodzie para świadomie zdecyduje się żyć tylko z jednej pensji, szczególnie że dziecko generuje dodatkowe koszty. Nie ma też żadnej gwarancji, że po urlopie macierzyńskim matka bez problemu znajdzie zatrudnienie czy wróci na dawne stanowisko. Pokolenie obecnych babć miało pod tym względem znacznie pewniejszą sytuację. Każdy z nas zna kobiety, które w jednym zakładzie przepracowały kilkadziesiąt lat, aż do emerytury, z przerwami na ciąże i wychowanie dzieci. Dziś taki scenariusz trudno brać pod uwagę.

Oczywiście do konfliktów na linii młoda matka-babcia dochodziło zawsze, ale - jak zauważa dr Janiszewska - teraz kobiety chętniej o tym rozmawiają, a co więcej - mają gdzie to robić. - Cieszy mnie, że kobiety nie udają, że wszystko jest świetne i macierzyństwo ma tylko jasne strony. Stąd wysyp stowarzyszeń czy warsztatów kierowanych do mam. Nie zapominajmy jednocześnie, że ogromne poświęcenie ze strony poprzednich pokoleń matek nie wynikało tylko z tego, że one same wybrały taką drogę życia. W wielu przypadkach zmuszała je do tego rzeczywistość i presja społeczna bycia wzorową „matką Polką”. Może, gdyby takie miejsca czy inicjatywy dla mam istniały, kiedy to one zajmowały się naszym wychowaniem, to dziś powstrzymywałyby swoją krytykę - dodaje.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City