Sobota, 25 listopada 2017

Siła spokoju - rozmowa z Katarzyną Meger, prezeską Bydgoskiego Klastra Przemysłowego

Czasem jeszcze bywa tak, że do mojej firmy przychodzi ktoś z jakąś typowo techniczną sprawą i zaczynając ze mną rozmowę rozgląda się, czy na pewno nie ma w pobliżu pana, który wszystko wyjaśni.

rozmawia Lucyna Tataruch

Tagi: katarzyna meger galmed bydgoski klaster przemysłowy lucyna tataruch jej portret

13 listopada 2017, aktualizowano: 13-11-2017

Gdy umawiałyśmy się na to spotkanie, nie była Pani przekonana do wywiadu…
No właśnie, wspomniała pani o okładce. Nie do końca mnie to przekonuje.


Moim zdaniem powinna Pani na nią trafić. Stoi Pani na czele Bydgoskiego Klastra Przemysłowego - klastra kluczowego dla gospodarki Polski. I mówi Pani przy tym: „Wolę pozostawać w cieniu”. Dlaczego?
Wychodzę z założenia, że jeśli coś w życiu osiągamy, to ciężką pracą. Ona się obroni, nie ma potrzeby, by się z tym obnosić czy specjalnie pokazywać. Nie interesuje mnie lans, ale dobrze - spróbujmy i zobaczymy, co z tej rozmowy wyniknie.

Ciążka praca czasem bywa niewidoczna i przez to niedoceniana.
Nie zawsze musi być widoczna. Ważne, że jest wykonana. Poza tym, jeśli się konsekwentnie idzie swoją drogą, to w końcu i tak osiąga się sukces. Chociaż oczywiście zależy jeszcze, czym on dla nas jest.

Nie jest Pani chyba zbyt ekstrawertyczną osobą.
Zdecydowanie nie. Mam wrażenie, że większość kobiet na wysokich stanowiskach jest znacznie bardziej otwarta i przebojowa niż ja. Dla mnie wyzwaniem są choćby wystąpienia publiczne. Na szczęście aktywność w klastrze wymusza na mnie wewnętrzny rozwój. Dzięki temu do pewnego stopnia już się z tym oswoiłam. Zdarza mi się stawić czoło widowni złożonej z dziesiątek osób i jakoś sobie radzę. Nadal jednak nie jest to mój ulubiony sposób spędzania czasu.

Współcześnie bardzo mocno premiuje się przebojowość - szczególnie wśród kobiet. Nie chcemy już stać w tyle.
Tak, ale proszę też zauważyć, że nadal kobiety nie zawsze są traktowane tak samo poważnie, jak ich koledzy. Mężczyznom ciągle jeszcze dużo więcej się wybacza. Zresztą, może właśnie stąd to moje podejście - szacunek wolę zdobywać tym, co robię, i nie chcę wystawiać się na oceny w innych kategoriach.

Czego nam się nie wybacza?
Na przykład tego, że poświęcamy się pracy kosztem rodziny. W przypadku mężczyzn wydaje się to normalne, w przypadku kobiet jest wręcz nie na miejscu. Ostatnio nawet czytałam coś na ten temat w gazecie: 70 procent mężczyzn twierdzi, że powinnyśmy pracować zawodowo, na pełnym etacie. Jednocześnie ponad połowa nadal uważa, że obowiązkami domowymi mają zajmować się głównie kobiety, bo przecież „to już nie jest praca”. A gdzie tu jeszcze miejsce na realizowanie swoich zainteresowań? Zawsze któraś sfera w takim schemacie ucierpi, a najczęściej cierpią wszystkie po trochu. Ja mam to szczęście, że partner pomaga mi w domu, np. gotuje. Ale szczerze mówiąc, jestem przekonana, że robi to, bo lubi. Gdyby było inaczej, pewnie ja musiałabym zajmować się kuchnią (śmiech). Otacza nas wiele stereotypów. Ja ich nie podzielam, ale spotykam się jeszcze z opiniami, że mężczyźni pomagający w domu są mniej męscy.

Zostając przy stereotypach, Pani branża nie kojarzy się z kobietami.
Przemysł jest domeną mężczyzn, ale muszę przyznać, że pojawia w nim się coraz więcej kobiet. Podam choćby taki przykład: spotykam dziewczyny, które na pierwszym stopniu studiów kończą bioinżynierię medyczną. Potem - widząc, że będą miały problem ze znalezieniem pracy - wybierają na drugi stopień mechanikę i budowę maszyn, co zwiększa ich szanse zatrudnienia w firmach przemysłowych. Nawet wykładowcom na uczelniach zdarza się jeszcze mówić, że takie kierunki nie są dla kobiet, a jednak często to właśnie studentki mają lepsze wyniki. Pewnie na każdym kroku muszą podwójnie udowadniać swoje umiejętności i to daje im dodatkową motywację.

Zdarzyło się kiedyś, że ktoś podważył Pani kompetencje, tylko dlatego, że jest Pani kobietą?
Wcześniej to się zdarzało, ale od dłuższego czasu nie ma już takich sytuacji. Część osób pewnie się do mnie przyzwyczaiła (śmiech). Chociaż… czasem bywa jeszcze tak, że do mojej firmy przychodzi ktoś z jakąś typowo techniczną sprawą i zaczynając ze mną rozmowę rozgląda się dookoła, czy na pewno nie ma w pobliżu pana, który wszystko wyjaśni.

Jak Pani na to reaguje? Ma Pani ochotę od razu udowodnić, kto tu jest specjalistą?
Nie, już nie. Bardziej mnie to bawi. Ostatecznie i tak będzie musiał ze mną porozmawiać. A jak nie, to nie zrobi interesu i tyle.

Siła spokoju.
Staram się. Raczej nie jestem osobą, która tupie nogą i krzyczy.

Pani firma produkuje sprzęt medyczny. Skąd ten kierunek w Pani życiu?
Firmę 30 lat temu założył mój ojciec, a ja pracuję w niej od ponad 20 lat. Tak naprawdę od początku traktowałam ją jak swoją, tylko że teraz jest to już usankcjonowane prawnie. Dla taty ten biznes zawsze był jak kolejne dziecko, bardzo mu zależało na tym, żeby ktoś z rodziny go przejął. Mój brat jest artystą, miał inne plany, a ja z kolei spędziłam już tutaj tyle swojego życia, że było to dla mnie naturalne.

Pani ojciec oddał firmę bez żalu?
Cały czas tu pracuje, zajmuje się sprawami technicznymi, czyli tym, co najbardziej lubi. Wiele urządzeń sam zaprojektował i nadal ich dogląda. Poza tym, jest typem pracoholika, nie mógłby siedzieć w domu. Mamy za sobą 20 lat intensywnych kłótni w różnych sprawach, ale wydaje mi się, że uszanował sukcesję. Natomiast wiem, że jak przyjdzie moment podejmowania kolejnych inwestycyjnych decyzji, to na pewno będzie chciał w tym uczestniczyć.

Jak to się stało, że objęła Pani funkcję prezesa klastra przemysłowego?
Od początku istnienia klastra angażowaliśmy się w jego działania jak firma. W sumie nawet bardziej ja się tym zajmowałam niż mój ojciec. Plany były ambitne. Już wtedy mieliśmy rozwijać przemysł w regionie - nawiązywać współpracę z zagranicznymi organizacjami, prowadzić projekty badawczo-rozwojowe, organizować szkolenia techniczne. Możliwości było dużo, ale brakowało chętnych do podejmowania konkretnych inicjatyw i takiej pozytywistycznej pracy u podstaw. Za namową ówczesnego dyrektora biura w 2007 roku dołączyłam więc do zarządu, a potem w 2010 zastąpiłam poprzedniego prezesa. Nie działam jednak sama, raczej tworzymy kolektyw. I tak naprawdę, jako zarząd jedynie moderujemy to, co dzieje się w klastrze. Za działalność operacyjną odpowiada obecny dyrektor biura.

Jakie ma Pani korzyści z tej działalności?
Niematerialne (śmiech). Pełnię tę funkcję społecznie. Myślę, że wiele kobiet ma skłonność do angażowania się w różne niekomercyjne działania. Chyba częściej niż mężczyźni pomijamy bezpośredni zysk... Chociaż koledzy z klastra pracują na takich samych zasadach, jak ja, więc to pewnie jednak zależy od człowieka.

A proszę zdradzić, kim chciała zostać mała Kasia?
Astronomką.

Naprawdę? Cudowne marzenie. Co się z nim stało?
Rodzice dość szybko mi uświadomili, że w tym zawodzie trudno będzie o pracę. Czasy też były inne. Zawsze jednak interesowało mnie to, co dzieje się gdzieś tam, daleko. W dzieciństwie uwielbiałam patrzeć w gwiazdy. Do dziś zresztą to lubię, mam np. różne aplikacje w telefonie z mapami nieba. Czytam też książki popularnonaukowe dotyczące astronomii czy astrofizyki. Sięgam po nie częściej niż po beletrystykę.

Na Facebooku widziałam też, że Pani pasją jest fotografia.
Tak, tę pasję dzielę z partnerem. Rozwijam się w niej głównie dzięki niemu, bo on ma dużo większe ambicje. Dla mnie to po prostu przyjemność. Jeździmy razem w plenery, szukamy sobie tematów i fotografujemy przyrodę. Interesuje mnie makrofotografia. Przyznam, że ma to też dla mnie wartość terapeutyczną, bo np. nie lubię pająków (śmiech). Jak zrobię jakiemuś zdjęcie, to sobie go przybliżam i w ten sposób się z nim oswajam. Czasem to działa w odwrotną stronę - one czym są większe, tym brzydsze - ale, mimo wszystko, próbuję.

Niebo, przyroda - to Pani odskocznie od codzienności w przemyśle?
Tak. Uciekam z miasta, choć zawsze byłam typowym mieszczuchem - nie miałam nawet rodziny na wsi. Jednak jakiś czas temu przeprowadziliśmy się do domu, przy którym biegają jelonki i bażanty.

W domu też ma Pani kierownicze stanowisko?
Zupełnie nie (śmiech). Tworzymy partnerski związek i dogadujemy się, chociaż oczywiście zdarzają się różnice zdań.

Czego dotyczą?
Na przykład mojego zaangażowania w klaster, bo to jednak pochłania dużo energii. Czasem mojego podejścia do córki, spędzania czasu wolnego. Jak to w związku.

Ile Pani córka ma lat?
24. Jest już dorosłą, pewną siebie i przekonaną o swojej wartości kobietą.

Ma to po mamie?
Raczej pośrednio. Ona jest bardzo uparta (śmiech). Poza tym, kiedy była w wieku szkolnym, nie poświęcałam jej wystarczająco dużo czasu i chyba też przez to zrobiła się bardziej niezależna. W jakiś sposób przełożyło się to pewnie na jej podejście do życia. Starałam się być wymagającą matką, choć nie zawsze było mi łatwo, bo rozwiodłam się z jej ojcem i przez długi czas wychowywałam ją sama. Miałyśmy burzliwe lata, ale teraz już dobrze się dogadujemy.

Córka idzie w Pani ślady?
Oj, nie. Robi to, co sprawia jej przyjemność, i nie zwraca przy tym szczególnej uwagi na to, co ja bym dla niej wybrała (śmiech). Ale może i dobrze. Idzie własną ścieżką, jest zdecydowanie bardziej przebojowa niż ja.

*Katarzyna Meger



pełnomocniczka ds. systemów jakości, dyrektorka Wytwórni Sprzętu Medycznego Galmed, od stycznia 2017 roku właścicielka firmy. Od 2007 roku zasiada w zarządzie Bydgoskiego Klastra Przemysłowego, od 2010 roku na stanowisku prezesa.


Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City