Sobota, 16 grudnia 2017

Anna Skrobiszewska: Moja droga do szczęścia

Zawsze czułam się dobrze prowadząc dom i zajmując się dziećmi. Nie myślałam o tym, by robić karierę jako aktorka, malarka czy dziennikarka. Wiedziałam, że spełnię się w bliskości z ukochaną osobą.

rozmawia Paulina Błaszkiewicz, zdjęcia Tomasz Czachorowski

Tagi: Anna Skrobiszewska jej portret Republika Grzegorz Ciechowski Paulina Błaszkiewicz

30 listopada 2017, aktualizowano: 30-11-2017

Wiesz, jakie jest pierwsze słowo, które wypowiadają ludzie, gdy słyszą „Anna Skrobiszewska”?
Wdowa?


Tak. Co myślisz, gdy mówią o Tobie „wdowa po Ciechowskim”?
W ogóle nie identyfikuję się z tym słowem. W Polsce wdowa to ktoś, kto płacze po zmarłym małżonku do końca życia. To jest niezgodne z moją naturą. Nie wpisuję się w tradycję nakazującą wdowom umierać w żałobie, choć teraz wiem, że wiele osób tego ode mnie oczekiwało. Jestem optymistką, kocham życie. Nie potrafiłabym całe życie płakać. Zostało mi to chyba z dzieciństwa.

To znaczy?
Kiedy byłam małą dziewczynką i płakałam, to miałam migreny. Ból głowy mobilizował mnie do tego, by nie płakać. Wdową zostałam w wieku 33 lat, z dwójką dzieci i w trzeciej ciąży. Zawsze myślałam o tym, co się działo na bieżąco. Śmierć Grzegorza była dla mnie szokiem, ale to doświadczenie - poza tym, że pokazało mi, jakie życie potrafi być nieprzewidywalne - sprawiło też, że jeszcze bardziej skupiam się na „tu i teraz”.

Wróćmy na chwilę do tego, co było. Mogłabyś dokończyć zdanie: Poznaliśmy się…?
Poznaliśmy się po jednym z koncertów. On był dorosłym facetem, starszym ode mnie o dwanaście lat, a ja nastolatką. Byłam fanką wpatrzoną w swojego idola. Zbliżyliśmy się do siebie, gdy zaczęłam się opiekować Weroniką - jego wówczas półroczną córką ze związku z Małgorzatą Potocką. Na początku miałam tylko pomagać przy dziecku, ale wkrótce z nimi zamieszkałam. To taka historia trochę jak z „Kopciuszka”.

Jak wyglądała wtedy Twoja codzienność?
Grzegorz pracował w domu. Rano po śniadaniu pił kawę i szedł do studia do piwnicy. Małgorzata była w domu gościem, a ja zajmowałam się domem i dzieckiem. Dużo czasu spędzałam z Grzegorzem. To nas do siebie zbliżyło. On pochodził z tradycyjnego domu i aby tworzyć, potrzebował spokoju i stabilizacji. Uważał, że szczęśliwy dom to najlepsze, co można dać dzieciom.

A Ty?
Mieliśmy podobne priorytety. Zawsze czułam się dobrze, prowadząc dom i zajmując się dziećmi. Nie myślałam o tym, by robić karierę jako aktorka, malarka czy dziennikarka. Wiedziałam, że spełnię się w bliskości z ukochaną osobą.

Z zajętym mężczyzną?
Wtedy nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. To był dla mnie piękny, ale i bardzo ciężki czas. Romans z żonatym facetem to nie jest komfortowa sytuacja, ale czy można tak naprawdę o czymś decydować, gdy spotyka się swojego idola, z którym zaczyna się tworzyć bliską relację? Z drugiej strony byłam przekonana, że pakuję się w coś, co nie ma żadnej przyszłości.

Dlaczego?
Grzegorz mówił, że zostawiając matkę swojego dziecka, zostawia też Werę. Nie chciał tego. Pierwsze małżeństwo mu nie wyszło, a w drugim związku miał stworzyć dom. Na pewno nie chciał nikogo krzywdzić, ale wychodziło tak, że krzywdziliśmy siebie oboje. To trwało kilka lat. Byłam samotna, sama w święta i sylwestra, jako ta trzecia. Później próbowałam z tym walczyć, pokazać mu, że jestem niezależna. Rozstawaliśmy się wiele razy, a za chwilę i tak do siebie wracaliśmy. Wszystko zmieniło się przypadkiem, gdy mój wujek z Nowego Jorku zgłosił naszą rodzinę na loterię wizową. Pewnego dnia przyszła do mnie koperta z biura imigracyjnego z informacją, że wygrałam i mogę lecieć do Stanów. Wcale mnie to nie zachwyciło, emigracja to też samotność i jakiś rodzaj ucieczki. Pomyślałam jednak, że nie mam nic do stracenia.

Chyba jednak trochę miałaś?
Wiedziałam, że wyjeżdżając do Stanów zostawiam Werę. To było trudne, bo my byłyśmy bardzo zżyte, ale postanowiłam, że wyjadę na zawsze. Porozdawałam wszystkie swoje rzeczy, chciałam się odciąć. To był czas powstawania płyty „Siódma pieczęć” Republiki. Kiedy powiedziałam Grzegorzowi o swoim wyjeździe, wszystkie teksty napisał w kilka dni. Pamiętam, że wziął mnie do studia. W powietrzu unosił się zapach perfum, których używał intensywnie. Moczył ręce w tym zapachu i wszędzie go za sobą zostawiał…

Czym pachniał?
Fahrenheitem Diora, był jakiś zapach Ives Saint Laurenta, słynny Jazz, ale nieważne. W studiu roznosił się jego zapach połączony z papierosami. Założył mi słuchawki, włączył muzykę w świetnej jakości, usiadł naprzeciwko mnie i obserwował. Gdy posłuchałam tych piosenek, to pomyślałam, że teraz dla wszystkich to będzie jasne. To były: „Reinkarnacje”, „W ogrodzie Luizy”- nasze historie. Prawie cała płyta jest o nas.

Chciał Cię w ten sposób zatrzymać?
Tak, jestem tego pewna. Poprzez muzykę chciał wpłynąć na moją decyzję. Nie liczyłam na tak szybki ruch z jego strony, ale on od razu zadzwonił do menedżera, by załatwiał koncerty w Stanach. Wyjechałam, próbowałam układać tam sobie życie na nowo. Dwa miesiące później mój wujek przyleciał do Polski. Dostał od Grzegorza list i kasetę dla mnie. Otworzyłam kopertę z napisem „Ania” dopiero po dwóch dniach, kiedy jechałam metrem. Grzegorz napisał wiersz, z którego później powstała piosenka „13 cyfr” - o tym, jak tęsknota za mną go niszczy, jak nie potrafi żyć beze mnie. To było piękne i bardzo smutne. Po dwóch miesiącach przyleciał i na lotnisku zapytał, czy zostanę jego żoną. To był dla mnie szok. Całe życie na to czekałam, a wtedy nie wiedziałam, co mam zrobić. Grzegorz ciągnął za sobą też ten rock’n’rollowy styl życia, a to kłóciło się z tym, jak wyobrażałam sobie dom. U niego i Małgorzaty zdarzały się różne używki i ja o tym wiedziałam. Bałam się, że przeniesie to do naszego związku, ale powiedział, że zrobi wszystko, żebyśmy byli razem.

Była afera, gdy wszystko się wydało?
Jeszcze jaka! To były czasy, kiedy w Polsce ukazał się pierwszy tabloid „Halo”, 1994 rok.

Trafiłaś tam?
Tak, jako ta trzecia, ale nie to było najgorsze. Grzegorz wrócił i powiedział o wszystkim Małgorzacie. Wpadła w szał. Potłukła niemal wszystkie szklane rzeczy w ich domu. Mama Grzegorza do dziś nie może odżałować rodowej porcelany, którą jej podarowała. W pył poszły też wszystkie lustra, szyby w kredensach. Później jej kartą przetargową było dziecko, ale Grzegorz i tak wyszedł z tego domu, tylko w jesiennej kurtce. Nie wziął nic. Przez jakiś czas nie mógł nawet pracować, bo ze studia nic nie zostało.

Zaczynaliście od zera?
Tak, kilka lat minęło, zanim się wszystko wyprostowało. Weronika zaczęła do nas przyjeżdżać dopiero po pewnym czasie, z workami ubrań do prania. To była jedna z prób upokarzania mnie, ale to nie zmienia faktu, że od tego momentu przeżyliśmy ze sobą wspaniałe osiem lat. Urodziła się Hela, potem Bruno, no i zaszłam w ciążę z Józią.

Prawdziwa sielanka. To co się właściwie stało w grudniu 2001 roku?
Mieliśmy przeprowadzkę. Chcieliśmy wybudować dom. Kupiliśmy działkę pod Warszawą i by być blisko budowy, wynajęliśmy dom na osiedlu. Wprowadziliśmy się w poniedziałek. Grzegorz podłączał sprzęt - wieże, telewizję itd. Ustawił wszystko, usiadł i powiedział, że źle się czuje. Wiedziałam, że coś jest nie tak, bo on nigdy nie czuł się źle. Spojrzałam na niego i zapytałam tylko, czy mam wezwać pogotowie. Nie chciał, zdecydowaliśmy, że sami pojedziemy do najbliższej przychodni. Grzegorz pożegnał się z dzieciakami i wyszliśmy. Z badań nie wynikało nic. Powiedziano nam, że nie jest to zawał, ale pewne parametry są podwyższone. Dostaliśmy skierowanie do szpitala, a tam Grzegorza do gabinetu zawieziono już na wózku, bo nie był w stanie iść. Minęły chyba dwa dni, zanim lekarze stwierdzili, co mu jest. Tomografia wykazała tętniaka. Lekarz wezwał mnie na szóstą rano w piątek i zakomunikował nam, że Grzegorz ma śmiertelną chorobę i mamy podjąć decyzję o operacji. Dostaliśmy dwie godziny do namysłu, ale wielkiego wyboru nie mieliśmy. W pewnym momencie Grzegorz powiedział: „Ty decyduj”. Jego stan stale się pogarszał. Do tego był to okres tuż przed świętami i w szpitalu było mniej lekarzy niż zwykle. W końcu oboje podjęliśmy decyzję o operacji.

Musieliście być przerażeni…
Ja w swoim optymizmie nie myślałam, że może się coś stać. Grzegorz chyba miał większą świadomość powagi sytuacji, ale nie chciał o tym mówić. Przed operacją, która trwała cały dzień, powiedzieliśmy sobie: „To na razie”. Wieczorem kazano mi jechać do domu. O godzinie 20.30 zadzwonił lekarz z informacją, że wszystko się powiodło i trzeba czekać, aż organizm się wybudzi. Byłam wymęczona tymi dniami, zasnęłam. O 22.30 znowu zadzwonił lekarz i powiedział, że sytuacja się skomplikowała. Usłyszałam, że wystąpił rozległy zawał i nastąpiła śmierć mózgowa. To były dla mnie kompletnie nieznane terminy, a lekarz dodał tylko, że nawet jeśli stan Grzegorza się poprawi, to będzie żył w śpiączce. Odłożyłam telefon i powiedziałam do mamy: „On już nie żyje”. Czułam intuicyjnie, że jego już nie ma. Powiedziałam, że jest podtrzymywany przy życiu. O 8.35 zadzwonił telefon ze szpitala, że nastąpił zgon. Nic nie pamiętam z tamtych świąt. Wiem, że byłam na zakupach, kupiłam coś dzieciakom i udawałam, że jest Wigilia.

Nie powiedziałaś im?
Werze i mamie powiedziałam wprost, ale Hela i Bruno byli u znajomych. Bawili się z dziećmi w chowanego. W pewnym momencie Bruno usłyszał w radiu, że Grzegorz nie żyje. Nie wiedział, co się dzieje. Przybiegł do Heli, która zapytała ciocię, czy to prawda. Wtedy do nich pojechałam. Po drodze zastanawiałam się, co im powiedzieć. Sama nie mogłam tego zrozumieć, a wiedziałam, że muszę wypowiedzieć zdania, które oni zapamiętają na całe życie. Wymyśliłam bajkę o krainie ze śniegiem, za którą tata zawsze tęsknił. Musiał tam pójść, by nad nami czuwać i tam będzie na nas czekał. Hela zadawała dużo pytań, ale Bruno już nigdy na ten temat nie mówił. To, co przeżyliśmy potem, to nie była żałoba. To była strata. Grzegorz nie był częścią naszego życia. On był naszym życiem. Wszystko toczyło się wokół niego.

Powiedziałaś kiedyś, że zawsze czułaś, że Grzegorz po prostu jest. Poświęciłaś dla niego wszystko, sama nie miałaś własnego życia. Jak w takiej sytuacji buduje się na nowo poczucie sensu?
O wielu rzeczach nie musiałam wcześniej myśleć. Samochód, mieszkanie, ubezpieczenia - nagle okazało się, że teraz ja jestem za to odpowiedzialna. W jednej chwili stałam się dorosła i jednocześnie w jednej chwili wszystko straciło sens. Zrozumiałam, że nigdy nic nie będzie już tak, jak było. Wiem, że nie można przygotować się na niczyje odejście, ale wtedy postanowiłam, że przygotuję się psychicznie na odejście moich dzieci. Zaczęłam tak to sobie układać, by pamiętać, że nic nie jest wieczne. Zajęłam się codziennością, ale wiele osób uważało, że to źle.

Jak to?
Pytano mnie, jaki mogę mieć powód do radości, skoro spotkało mnie takie nieszczęście? A ja w tym buncie do całej sytuacji ubzdurałam sobie, że Grzegorz gdzieś żyje. Wiedziałam, że on nie wróci, ale udawałam to przed samą sobą. Non stop z dzieciakami słuchaliśmy jego piosenek. Przez to wszystko Józia urodziła się miesiąc wcześniej. Jej narodziny to była metafizyka. Na sali porodowej usłyszałam piosenkę „Zostawcie Titanica”, do której Grzegorz napisał słowa. Pomyślałam, że to znak i może zwariowałam, ale kiedy na nią spojrzałam, to widziałam twarz Grzegorza. To było niesamowite przeżycie. Wydaje mi się, że dzięki temu wszystko się rozładowało. Potem już chciałam oddalić moment żałoby. Stawiałam dodatkowy talerz przy śniadaniu, obiedzie, ale z drugiej strony wiedziałam, że Grzegorz musi odejść. W pewnym momencie zaczęłam tłumaczyć dzieciom, że musimy ułatwić tacie odejście, że damy sobie radę. Długo żyłam w otoczeniu rodziny i przyjaciół, wszystko toczyło się wokół tego, co Grzegorz zostawił. Chłopaki z Republiki też nie mieli pomysłu na siebie. Żyliśmy jak w komunie, do czasu, kiedy dwa lata później pojechałam do Torunia i spotkałam Wojtka.

I znów się zakochałaś?
W rozmowie momentalnie poruszyliśmy najistotniejsze tematy. Byłam zdziwiona, że potrafię tak dalece otworzyć się przed kimś. Opowiedziałam mu całe cierpienie, które sama przed sobą ukrywałam. Wiedziałam, że trafiłam pod dobry adres. Zaiskrzyło i chciałam, by to trwało dalej, żeby to nie był tylko piękny wieczór. Była wtedy sprzeczność między tym, co mówił, a tym jak patrzył - szczęśliwe oczy kontra smutne słowa. Z czasem udało mi się to zmienić.

Nie bałaś się?
Nie. To było magiczne i od razu wiedziałam, że strach nie powinien być przeszkodą. Takie przeczucia nie zdarzają się często. Jedynym znakiem zapytania były dzieci, ale one momentalnie pokochały Wojtka. Nie było nam łatwo na początku. Wojtek stał się wśród wielu naszych znajomych - moich i Grzegorza - wrogiem numer jeden. Otworzył mi oczy na wiele spraw. Dla niego to też było trudne. Cały czas go porównywano. Wiele razy, będąc gdzieś z nim, słyszałam od bliskich: „A pamiętasz jak Grzegorz był na tych urodzinach, co mówił?”. Zostawiłam przyjaciół, którzy nie mogli przestawić się na nową sytuację. To przykre - ludzie widzieli mnie szczęśliwą, ale uważali, że nie mam serca. Pytali, jak mogłam to zrobić, bo oni by w życiu tak nie zrobili. Poucinałam więc te relacje.

Bartek Prokopowicz, mąż zmarłej kilka lat temu Magdy Prokopowicz, założycielki fundacji Rak’n’roll, mówił, że jeśli ktoś chce go oceniać, musi pochodzić w jego butach. Myślisz, że to kwestie kulturowe sprawiają, że ludzie nie mają problemu ze wtrącaniem się w życie innych?
Tak, pod tym względem nasz kraj jest wyjątkowy. Wystarczy ruszyć w niedaleką podróż, by odkryć, że inni nie mają w oknach firanek. Jestem bliższa właśnie takiemu modelowi życia, czyli jestem kowalem własnego losu i nie mierzę innych własną miarą. Jasne, że romantyczne są opowieści o dwóch połówkach jabłka, ale myślę, że miłość to coś bardziej uniwersalnego niż uczucie do konkretnej osoby. To po prostu uczucie. Nie możesz tak samo kochać dwóch osób albo przelewać tych samych uczuć na kogoś innego. Nasz czas z Grzegorzem naturalnie dobiegł końca.

Teraz nadal jesteś szczęśliwa?
Bardzo, choć od tamtego czasu obiecałam sobie, że nigdy nie powiem tego tak stanowczo. Wiesz, pamiętam, że nic nie jest dane na zawsze. Grudzień to dla mnie taki miesiąc wspomnień. To też najpiękniejsze święta, chwila nostalgii i zastanawiania się nad sensem życia. Wiem, że nie możemy mieć niczego na własność. Ostatnio powiedziałam o tym swoim dziewczynom: „Wiecie, że nie możemy przywiązywać się do siebie za bardzo i jeśli ktoś odejdzie, to nie możemy za długo płakać?”.

I jaka była reakcja?
To trudne dla dzieci. Usłyszałam, że to, co mówię, jest okrutne. Moje córki zapytały mnie, jak mają mnie dalej kochać, skoro nie mogą najmocniej, jak umieją. Wytłumaczyłam im, że gdybym dalej była nieszczęśliwa, to dziś nie byłoby na świecie ich siostry Róży. Nieszczęście, które nas spotyka, jest tylko etapem i jednocześnie początkiem czegoś nowego. Nie można koncentrować się na cierpieniu, trzeba je zostawić i iść dalej. To jedyna droga do szczęścia.

*Anna Skrobiszewska



żona zmarłego w 2001 roku Grzegorza Ciechowskiego, lidera legendarnej Republiki. Mama czwórki dzieci: Heli, Bruna, Józi i Róży. Mieszka z drugim mężem i dziećmi w Toruniu.

http://m.7dni.pl/2017/11/orig/f7509-359666.jpg

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City