Piątek, 21 września 2018

Fot.: Marcin Stróż

Michał Baryza: Mam plan na siebie

Wszyscy mnie pytają, czy wykorzystałem swoje 5 minut, a ja ciągle powtarzam, że moje 5 minut będzie tak długo trwało, jak długo będę chciał.

Z Michałem Baryzą*, finalistą „Top Model”, rozmawia Jan Oleksy

Tagi: michał baryza top model wyspa jan oleksy męska perspektywa

11 grudnia 2017, aktualizowano: 11-12-2017

Gwiazda „Top Model” otworzyła w Toruniu salon piękności Wyspa. To dość niezwykłe…
Jestem zawieszony między Toruniem a Warszawą, gdzie często mam pokazy, sesje zdjęciowe, kampanie reklamowe. Wiadomo, że w modelingu raz jest praca, a raz jej nie ma, więc w międzyczasie jako fizjoterapeuta pomagam ludziom na Wyspie.


Dlaczego akurat Toruń?
Można powiedzieć, że wróciłem do tego miasta ze względu na sentyment, wspomnienia szkolne, przyjaciela. Stąd też blisko do mamy, mieszkającej w Konecku, z którego pochodzę.

Tytuł „Top Model” pomaga w prowadzeniu biznesu?
Pomaga, choć dziwna jest ludzka mentalność. Wielu uważa, że jak ktoś jest modelem, to tylko dobrze wygląda, a w głowie ma pustkę. Mam tego świadomość.

Czyli jesteś w gorszej sytuacji niż przeciętniacy?
Z jednej strony, jest mi łatwiej, bo jestem osobą rozpoznawalną w Polsce, a z drugiej, ciągle muszę przekonywać, że mam fach w ręku i jako fizjoterapeuta specjalizujący się w masażu pomagam wielu ludziom. Muszę udowadniać, że „Baryza jest jednak dobry…”.

…a nie tylko przystojny?
Dobrze czuję się za parawanem, kocham swoją pracę, a wyglądam jak cała rzesza młodych ludzi.

Kobiety są innego zdania.
Proszę spojrzeć - połamany nos, blizny na twarzy…

Mówi się, że to dodaje uroku.
Niektórzy tak uważają, ale powtarzam, że jestem zwykłym człowiekiem, który dostał możliwość zaistnienia.

Właśnie, jak to się stało?
Całkiem przypadkiem. Założyłem konto na portalu maxmodels i tam wrzucałem zdjęcia z sesji, nieśmiało myśląc o modelingu. Szukałem swojej drogi. O programie „Top Model” dowiedziałem się od kolegi. Namawiał mnie do udziału, ale nie chciałem się zgodzić. Gdy jednak niezależnie od tego dostałem od TVN-u zaproszenie na casting, postanowiłem spróbować. Nie chciałem odrzucić szansy, skoro twórcy programu sami mnie znaleźli.

Propozycja przyjęta?
Wówczas już od pół roku mieszkałem w Warszawie, a to mi dodawało odwagi. Na castingu było chyba 450 osób, czekałem 12 godzin, żeby wejść do jurorów złożonych z psychologów, ludzi z produkcji. O 1 w nocy poopowiadałem im o swoim życiu, o tym, co robię, czym się zajmuję. A że moja historia była barwna, to zaciekawiłem ich sobą, swoją osobowością.

Bardziej niż wyglądem? Nie „czaruś-laluś”, ale człowiek z historią…
Lubię życie w tempie, nie siedzę i „niech się dzieje wola Boża”. Raczej cały czas dokładam cegiełki i buduję… siebie. Po przyjeździe do Warszawy szukałem pomysłu na życie, myślałem o modelingu, a wylądowałem jako barman w klubie. Dobrze zarabiałem, nikt nie robił lepszego obrotu ode mnie. Z tej pracy się utrzymywałem, kupiłem motocykl, opłaciłem szkołę. To było prawdziwe życie. Do dziś mam ciarki, jak to wspominam. W życiu są wzloty i upadki. Jeszcze przed programem wyjeżdżałem za granicę do pracy, do Niemiec, Norwegii, bo zawsze chciałem mieć więcej niż inni i starałem się pomagać mamie. Musiałem nauczyć się tam wszystkiego, czego nie umiałem - języka, kładzenia płytek, tynku i dachu. Gdy przyjeżdżałem do domu, to byłem fachurą, który umiał coś wywiercić, przykleić, naprawić. Mam satysfakcję z tego, co sam zrobię.

Ta samodzielność spodobała się jurorom?
Przeszedłem do drugiego etapu. Ze względu na egzaminy w szkole, udało mi się przełożyć godziny castingu. Sam nie wierzyłem, że to możliwe. Zjawiłem się na umówioną godzinę 13 i czekałem do 1 w nocy na wejście, tym razem już do jurorów, których znałem z telewizji: Joanny Krupy, Piróga, Wolińskiego, Tyszki. Megastres, cały czas się denerwowałem. Wchodzi człowiek ze wsi, a tu takie nazwiska. Nie mogłem uwierzyć, że znalazłem się w grupie wybrańców. Jurorzy zdecydowali, że przechodzę dalej, tylko muszę zrzucić trochę kilogramów. Powiedzieli: „Masz na to dwa tygodnie, do następnego castingu”.

Zrzuciłeś?
Zawziąłem się, skoro dostałem taką szansę. Zgubiłem 9 kilo. Udało się, zostałem wybrany z pięćdziesiątki, jako jeden z najlepiej poruszających się na wybiegu. Wygrałem pokaz. Cały czas myślałem sobie: „To się nie dzieje naprawdę”. Dostałem apartament i znalazłem się w elitarnym gronie 25 najlepszych, potem w zwycięskiej trzynastce i w „Domu Top Model”. Wtedy dotarło do mnie, że to jednak prawda.

I że teraz trzeba walczyć o finał?
W „Domu” to już walczyłem o swoje, nie szukam problemów. Jestem ugodowy, każdemu staram się pomagać. Jedni uprzykrzają nam życie, a drudzy ułatwiają. Ja należę do tych drugich. Zawdzięczam to mamie. Bycie w trzynastce mobilizowało mnie, by do każdego zadania podchodzić profesjonalnie, słuchać uwag i szukać sposobu na przekonanie do siebie jurorów. To była walka, każdy chciał być najlepszy.

Każdy chciał wygrać.
Żeby dobrze wypaść, należało nawiązać dobre kontakty z każdym uczestnikiem, a to jest niemożliwe. Ja w programie byłem zawsze z tyłu, trochę wycofany.

Nie wchodziłeś w żadne koalicje?
Właśnie. Zamknięci w domu nie mogliśmy oglądać telewizji, czytać gazet, używać telefonu komórkowego. Cały czas tylko z sobą. 52 kamery, mikrofony, intymność tylko w łazience Niektóre dziewczyny przeżywały załamanie nerwowe. Dla nich byłem pocieszycielem i mentorem, wyciągałem je z dołków, oddawałem swoje minuty na telefoniczne rozmowy z rodziną, pocieszałem, jak mogłem: „Dziewczyny, nie płaczcie, dacie radę, to tylko miesiąc”.

Miesiąc w zamknięciu z tymi samymi ludźmi? Można oszaleć!
Co ciekawe, to właśnie między facetami panowała bardziej niezdrowa rywalizacja niż między dziewczynami. Wydaje mi się, że mam umiejętność obserwacji ludzi, więc wolę „prześwietlić’’ kogoś, zamiast słuchać tego, co mówi. Często ludzie kłamią, udają kogoś, kim nie są. Po co mam słuchać kłamstw, skoro od razu wiem, kim ta osoba jest? W programie dokładnie poznałem, kto jest pozerem, a kto jest naturalny.

I z tą wiedzą docierałeś do finału?
Odpadały kolejne osoby, a ja zostawałem, ciesząc się, że dane mi jest poznać sławnych ludzi. Już na tym etapie uznałem to za swój sukces. A dochodziły kolejne niespodzianki. Jednym z konkursowych wyróżnień był wyjazd na Fashion Week do Portugalii. Miałem tam trzy pokazy mody. Do końca zmagań została ze mną już tylko Osi i Marta. Dwie kobiety i ja.

Zaczęły się największe emocje?
Na finał polecieliśmy na Fuertaventurę, to był mój pierwszy lot samolotem. Duża frajda dla człowieka, który całe życie siedział w Konecku, a teraz z Krupą, Pirógiem i Tyszką pije sobie zimne drinki przy 30-stopniowym upale. I wtedy rozłożyła mnie angina, a następnego dnia miałem zaplanowaną sesję zdjęciową na okładkę „Glamour”. Zdychałem, gorączka, drgawki, w nocy dostałem delbetę w tyłek. Rano jakoś się pozbierałem, dałem radę, wszystko poszło świetnie i… wróciłem do łóżka.

Wykrzesałeś siły, żeby nie zmarnować szansy. Były jeszcze jakieś zgrzyty?
Dzień przed finałem. Siedzę wieczorem na Fuercie na plaży, by pomyśleć, przeanalizować dzień, i nagle z tyłu słyszę czyjś głos: „Wiesz, że przegrasz, nie musisz się już starać”. Co jest grane? Czemu ktoś mówi mi coś takiego? W głębi serca widziałem się już jako zwycięzca. Następnego dnia stało się tak, jak miało się stać. Zwyciężyła Osi Ugonoh. Pomyślałem: „Drugie miejsce, jesteś dżentelmenem, dałeś kobiecie wygrać”. Uznałem to mimo wszystko za swoją wygraną. Pogratulowałem Osi, tak jak uczyła mnie mama.

I tak wygrałeś, bo byłeś pierwszym mężczyzną w Polsce, który dotarł do finału „Top Model”. Wybrano Osi, ale wydaje mi się niesprawiedliwe, by facet konkurował z dziewczyną…
Moim zdaniem powinny być dwie kategorie, bo trudno walczyć z kobietą.

Często wspominasz o swojej mamie. To ważna kobieta w Twoim życiu? Otworzyła Cię?
Mama raczej mnie zamknęła. Gdy tworzyłem Wyspę, to mnie hamowała, ostrzegała, że wpakuję się w bagno. Twierdzi, że jest realistką. Dzięki niej nauczyłem się być w życiu twardym facetem…

Twoje sukcesy jej nie przekonują?
Cieszy się, ale tego nie pokazuje. Mama bardzo dobrze mnie wychowała, za co jej dziękuję. Zresztą nie tylko ona. Dużo pomagałem dziadkom i wujkowi w pracy na roli. To mnie też kształtowało. Dziś, gdy ktoś się dziwi, jak to możliwe, że model jest w stanie przez osiem godzin masować, odpowiadam: „Jakby cię w pewnym momencie odciągnęli od wideł, to też miałbyś taką siłę” (śmiech).

Nie udajesz gwiazdy.
Kiedyś założyłem buty New Balance, poszedłem w nich do snopków, a zdjęcie wstawiłem do internetu. Strasznie mnie zhejtowali, że tak się ubrałem w pole.

Hejty to niestety normalne zjawisko związane z popularnością.
Na początku mama przeglądała wszystkie komentarze i się nimi przejmowała, mnie też to ruszało, ale w pewnym momencie odpuściłem. Zrozumiałem, że jak chcę być w show-biznesie, to jestem na to skazany. Dzisiaj krytyka mnie bawi. Czasami lubię z premedytacją szokować, bulwersować, zaskakiwać swoim ciałem, wywołując fale hejtu. Śmieszy mnie, ile komentarzy może wywoływać kawałek mojego ciała! Nawet półtora miliona odsłon.

Jednak nie wszyscy są krytyczni.
Opowiem niedawną historię. W tym roku wybrałem się na swoją trzecią pielgrzymkę do Częstochowy. Postanowiłem zostawić wszystko i pójść ze swoimi intencjami. W drodze miałem dużo czasu i swobodę myśli, ale największym zaskoczeniem były setki próśb, jakie dostałem: o modlitwę w intencji żony, męża, dziecka, chorej mamy, zdania egzaminu… Próśb było tak wiele, że po prostu pomodliłem się za wszystkich, a kiedy już doszedłem na Jasną Górę, to odpisywałem, albo przynajmniej wysyłałem serduszko.

Ludzie obdarzyli Cię dużym zaufaniem.
Nie mam pojęcia, dlaczego tak jest.

Jak sądzisz, czy w pełni wykorzystałeś swoją szansę?
Wszyscy pytają mnie, czy wykorzystałem swoje 5 minut, a ja ciągle powtarzam, że moje 5 minut będzie tak długo trwało, jak długo będę chciał. Jestem człowiekiem, który buduje swoją markę przez całe życie.

I to konsekwentnie. Koneck, Toruń, Bydgoszcz, Kalisz, Warszawa… a teraz Nowy Jork?
Uczyłem się kiedyś w VIII LO w Toruniu, później poszedłem do szkółki piłkarskiej do Bydgoszczy, następnie do Kalisza na fizjoterapeutę, do Warszawy z myślą o studiowaniu na AWF. Obecnie robię magistra wychowania fizycznego w Pruszkowie. Cały czas podnosiłem poprzeczkę, przenosiłem się do coraz większych miast. Teraz Polska jest dla mnie za mała. Chciałbym rozwijać modeling w naszym kraju, ale to jest możliwe dopiero wtedy, jeżeli zrobisz zawrotną karierę i zawojujesz świat.

Jak Anja Rubik?
Ona zrobiła dobrą robotę, ciężko na swój sukces pracowała. Też mam plan na siebie. Jak wiadomo, plany się zmieniają, ale trzeba konsekwentnie dążyć do celu.

Trzymam kciuki.
Dziękuję, czuję, że są szczere.

Szczere, bo lubisz pomagać słabszym, zbierasz datki na dom dziecka, spotykasz się z dziećmi niepełnosprawnymi w szkole specjalnej, czytasz im bajki… Jesteś dobrym człowiekiem.
Staram się. Sam mam dobrze, więc chciałbym, żeby inni też tak mieli. Wiem, że dzieciaki będą zadowolone, jak zrobimy im paczki na święta.

A za co siebie lubisz najbardziej?
Myślę, że za sportowego ducha zdrowej rywalizacji. Przez 12 lat grałem w piłkę w Aleksandrowie Kujawskim na pozycji bramkarza. Sport nauczył mnie cierpliwości, odpowiedzialności i systematyczności.


*Michał Baryza



lat 26, wzrost 189 cm, waga 81 kg, model, który zyskał popularność po udziale w „Top Model”. Był pierwszym mężczyzną w Polsce, który dotarł do finału, regularnie ćwiczy na siłowni, lubi sztuki walki, jest miłośnikiem piłki nożnej, pasjonuje się motocyklami. Działa charytatywnie, znajduje się na liście dawców szpiku. Jego idolami są mama i Arnold Schwarzenegger. W październiku ubiegłego roku otworzył w Toruniu salon piękności Wyspa.

http://m.7dni.pl/2017/11/orig/faaa5-359685.jpg

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City