Poniedziałek, 21 maja 2018

Fot.: Monika Buńkowska

Anioł, który ćwiczył kung-fu

Inspiruje mnie to, jak mój syn układa sobie życie po tym, co się stało. Pokazuje, że po śmierci bliskiej osoby można się pozbierać. Nawet jeśli się ma tylko 10 lat. Dużo się od niego uczę - mówi Julia Rozworowska, mama 10-letniego Krzysztofa, z którym tworzy projekt „Mój tata mieszka w innym świecie”.

rozmawia Mariusz Sepioło; zdjęcia Monika Buńkowska

Czym się Pani zajmuje?
To złożona sprawa.


Jak to?
Można powiedzieć, że porządkuję ludzkie relacje. Jestem agentką ubezpieczeniową, mam też certyfikat trenera biznesu. Współpracuję z firmami, szkolę ludzi, jak sprzedawać, ale także odnajdywać się w trudnych sytuacjach. Żeby móc z kimkolwiek rozmawiać o jego problemach, najpierw trzeba być pogodzonym ze sobą. Certyfikat trenera to tylko dokument, najważniejsze jest życiowe doświadczenie i to, czy potrafimy je wykorzystać.

Jak Pani je wykorzystuje?
Traktuję każdy dzień jak nowe wyzwanie. Kiedy się budzę, zawsze staję przed wyborem. Albo będę zła, bo na dworze pada deszcz, albo stwierdzę: niech pada, przynajmniej będę miała czysty samochód. Staram się, żeby „szklanka zawsze była do połowy pełna”. Co nie znaczy, że nie mam chwil zwątpienia, spadków formy. Zdarzało mi się kłócić z losem. Na przykład wtedy, pięć lat temu…

…kiedy zginął Dariusz, Pani mąż, tata pięcioletniego wówczas syna, Krzysztofa.
Został wyłowiony z Brdy. Trzy tygodnie po tym, jak w tej samej rzece utopił się Irlandczyk, który przyjechał do Polski na mecz piłki nożnej. Trwało Euro 2012. Wokół tego Irlandczyka zrobiło się wielkie medialne zamieszanie. O Darku nie mówił nikt.

Co się wydarzyło?
Do dziś tego nie wiem. Nie chcę o tym mówić. Było wiele hipotez. Ja wierzę, że był to nieszczęśliwy wypadek. Tego dnia Darek miał odebrać Krzysia z przedszkola. Nie przyszedł.

Jak powiedziała Pani o wszystkim synowi?
Nie powiedziałam mu od razu. O tym, co się stało, dowiedziałam się we wtorek wieczorem. W środę rano razem z panią psycholog opracowywałam sposób przekazania Krzysiowi tej wiadomości. Chciałam sobie wszystko poukładać. W końcu usiadłam przed nim i powiedziałam: „Wydarzyło się coś, co sprawi, że tatuś zawsze będzie z tobą. Będzie widział, jak się bawisz, śmiejesz się, jak broisz”. Krzyś zapytał: „Ale jak to?”. Wtedy powiedziałam prawdę. Krzyś był już na etapie, w którym rozumiał, co to znaczy. Innym dzieciom wydaje się, że jeśli ktoś nie żyje, to znaczy, że śpi i za chwilę otworzy oczy. Może zabrzmi to głupio, ale chwilę przed wypadkiem zdechł ukochany kot Krzysia. I dlatego syn już wiedział, że kiedy ktoś umiera, to już nigdy nie otworzy oczu.

Co było dalej?
Najgorsze były pierwsze trzy miesiące. Pojawiały się łzy. Musiały być. Krzyś płakał na lekcjach religii, kiedy coś mu się skojarzyło, albo przy okazji Wszystkich Świętych. Takie momenty są do dzisiaj, choć z biegiem czasu jest ich mniej. Potem zaczął opowiadać różne ciekawe historie i fantazje. Mówił np.: „Chciałbym być wiatrem, bo nigdy bym nie umarł”. Albo: „Zostawię włączoną bajkę w telewizorze, żeby tata mógł sobie później obejrzeć”. Na początku tych historyjek tylko słuchałam. Potem zaczęłam je spisywać. Tak powstał nasz wspólny projekt „Mój tata mieszka w innym świecie”. Razem napisaliśmy książkę i prowadzimy stronę na Facebooku, na której publikujemy krótkie teksty.

Fragment z Waszej książki: „Jest wiele terapii i indywidualnych metod radzenia sobie z traumą. Nie jestem od pisania o nich. Niech wypowiadają się specjaliści. Ja jedynie mogę napisać, jak było u nas. Ból i stratę czuło każde z nas. Każde z nas inaczej”.
Dopiero po otrząśnięciu się z szoku i odrzuceniu postawy „jestem najsilniejszą kobietą na świecie” dotarło do mnie, że informacja o śmierci taty Krzysia nie była kiepskim żartem. Dzisiaj już wiem, że żałoba nie przez przypadek trwa rok. Trzeba przejść przez różne etapy straty. Na przykład widzenie zmarłej osoby na ulicy to jest jeden z takich etapów. Ale emocje to jedno, a działanie to drugie. Mogłam się załamać, zamknąć w tej swojej tragedii przed światem. Jednak wtedy moje dziecko zamknęłoby się razem ze mną. Postanowiłam więc: będę żyć. Pokażę Krzysiowi, że można. On przeszedł przez ten trudny okres bardzo dzielnie. Z czasem sam nawet zaczął „szukać mi męża”. Oglądał się na ulicy za panami i sprawdzał, czy mają obrączki na palcu. W czerwcu tego roku ponownie wyszłam za mąż. Krzyś zaakceptował mojego nowego partnera. Zapytał nawet, czy może się do niego zwracać „tato”. Bo przecież ma „dwóch tatów, jednego tutaj, a jednego w niebie”.

Jak radziła sobie Pani jako samotna mama?
Na początku było mi ciężko. Krzyś mi pomagał. Wiele sam rozumiał, wydoroślał już jako pięciolatek. Do tej pory zostało mu umoralnianie mnie i mówienie o trudnych rzeczach w prosty sposób. Np.: „Mamo, nie musisz odbierać tego telefonu. Teraz jesteś ze mną”. Spacerowaliśmy wtedy po starym mieście i miałam sześć nieodebranych połączeń. Krzyś się zdenerwował: „Mamo, czy ci ludzie nie wiedzą, że nam przeszkadzają?”. „Nie wiedzą, Krzysiu”. „To im to powiedz!”. Dużo się od niego uczę.

Czego na przykład?
Szczerości i prostoty w tym, co się mówi i robi. Krzyś ma własne zdanie, a ja pozwalam mu je wygłaszać. Kiedy próbowałam go zarazić bieganiem i truchtaliśmy co rano dookoła bloku, za drugim razem, zmęczony i znudzony, rozbroił mnie stwierdzeniem: „Mamo, ja wiem, że chciałem być sportowcem, ale teraz chcę być po prostu szczęśliwym człowiekiem”. Krzyś wie, że wszystko może mi powiedzieć. Ale wie też, że jeśli nie chce się zwierzać, to nie musi. Nie jestem dla niego ani litującą się „matką Teresą”, ani kimś, kto układa mu życie na siłę. Mam wrażenie, że Krzyś, mimo swoich 10 lat, poznał już gorszą stronę życia. Wie, że w życiu nie jest tylko różowo, bardzo mu się to nie podoba. Walczy o to, by było nam lepiej. I żebym się nie poddawała.

Jak zaczął się Wasz projekt „Mój tata mieszka w innym świecie”?
Kiedyś jechaliśmy samochodem i zaczęliśmy rozmawiać o tych jego „złotych myślach”, które od jakiegoś czasu notowałam. Od razu wymyślił tytuł. Postanowiliśmy, że Krzyś będzie swoje przemyślenia nagrywał, a ja będę je spisywała. Brał więc dyktafon, wychodził na balkon i po prostu mówił. Na przykład tak: „Każdy człowiek powinien mieć rodzinę. Nie zawsze jest tak, że jest taka z więzów krwi. Czasami jest ona z miłości. Można ją nazwać również rodziną z przyszycia. Ja osobiście mam bardzo dużą rodzinę. Mam babcię, mamę mojego taty. Ta babcia ma na imię Irena. Mieszka razem z dziadkiem Frankiem w Lipnie. Zawsze mówi do mnie mój aniołku. Mama mojej mamy jest już w niebie i pewnie słucha tam przez cały czas: Kawiarenki, tatatatam. Mam też babcię Marię - tzn. naszą sąsiadkę, która czasami się mną zajmuje. Gdy pokłóciłem się z mamą, to szłem, tzn. szedłem, do babci Marii i się skarżyłem na mamę. Niestety, zawsze mówiła, że mama ma rację i przestałem się skarżyć”.

A o czym jest książka?
O życiu. O codziennych sytuacjach i problemach, z którymi się spotykamy. Jest pisana z perspektywy Krzysia, 10-letniego chłopca. Ja jestem jedną z bohaterek. Narrator opowiada na przykład o rodzinie. Że to jest tak, jak z ruchem ulicznym: jeśli jedzie się niezgodnie z przepisami, to może dojść do kraksy. Tę metaforę, tak jak każdą inną, Krzyś wymyślił sam.

Piszecie o bardzo intymnych sprawach.
Zastanawiałam się, czy za kilka lat Krzyś nie uzna, że to, co napisaliśmy, było zbyt osobiste. Konsultowałam się z kilkoma psychologami. Jeden z nich powiedział np., że nasze pisanie jest dobrym sposobem na poradzenie sobie z traumą. Postanowiłam też porozmawiać o tym z synem. Stwierdził: „Napisaliśmy? No. To niech tak zostanie”. Dlatego zgłosiłam się do kilku instytucji, którym proponuję publikację. I czekamy. Wydanie książki nie jest takie łatwe. Szczególnie tak osobistej książki.

Co było najtrudniejsze podczas powstawania tekstów?
Trudne było pisanie opowiadania na jeden z konkursów literackich. Jest o tacie Krzysia i nosi tytuł „Gdyby anioły chodziły do szkoły”. Wcześniej słuchaliśmy wspólnie piosenki „Bieszczadzkie anioły” Starego Dobrego Małżeństwa. To leci tak: „Anioły są takie ciche/ Zwłaszcza te w Bieszczadach/ Gdy spotkasz takiego w górach/ Wiele z nim nie pogadasz”. Zainspirowaliśmy się, Krzyś bardzo się otworzył. Oboje ryczeliśmy jak bobry. Zaczęliśmy pisać. „Ulubiona piosenka mojej mamy mówi, że: Anioły są całe zielone i mieszkają w Bieszczadach. Mój nie mieszka w górach. I wcale nie jest zielony. Tego anioła poznałem dwudziestego piątego kwietnia 2007 roku. Choć wcale tego nie pamiętam. Byłem wtedy bardzo małym chłopcem. On był ode mnie o dwadzieścia osiem lat starszy. Był szczupły, o wiele ode mnie wyższy. Miał sto osiemdziesiąt siedem centymetrów wzrostu. Jego ciało było wysportowane. Ciężko nad tym pracował. Dużo biegał i ćwiczył sztuki walki (…). Teraz ten anioł, choć jest bardzo daleko, jest też bardzo blisko. Na co dzień być może nadal ćwiczy kung-fu, biega i gra na komputerze. Nikt tego nie wie. Ludzie mają różne anioły. Są ich pewnie miliardy”.

Swoje teksty publikujecie na Facebooku. Po co?
Liczymy na to, że nasza historia pomoże innym przepracować ich własne tragedie. Ostatnio napisała do nas mama dwóch dziewczynek, która też straciła męża. Wyraziła wdzięczność, że taki projekt w ogóle powstał. Mocno wierzę w to, że jeśli nosi się w sobie jakiś problem, to pisanie o nim pomaga. Warto to z siebie wyrzucić, podzielić się ze światem. Chcę zaznaczyć, że w naszych tekstach nie ma pouczania. Jest tylko opowieść. Tekst, z którym ktoś może, choć nie musi się utożsamić. Znaleźć własny sposób na przeżycie straty na podstawie cudzych doświadczeń.

A co pisanie książki dało Wam?
Krzysiowi dało to możliwość rozwoju. Bardzo się dzięki temu rozgadał. Oprócz tego mógł lepiej poznać tych, którzy pojawiają się w książce jako bohaterowie. Któregoś dnia zapytałam go, czy zna mojego drugiego męża na tyle dobrze, żeby o nim pisać. Poszedł więc do niego i zrobił z nim wywiad, żeby dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Mnie książka dała okazję do poznania mojego dziecka od zupełnie innej, nowej strony.

Kiedy dziś odebrała Pani telefon od Krzysia, nazwała go Pani - „mistrzu”.
Bo Krzyś jest takim moim mistrzem. Wszystko próbuje wiedzieć najlepiej. Oczywiście ma swoje wady. Sam jest leniuchem, a potrafi rozliczyć panią nauczycielkę z pięciominutowego spóźnienia. Inspiruje mnie to, jak układa sobie życie po tym, co się stało. Pokazuje, że po tragedii można się pozbierać. Nawet jeśli się ma tylko 10 lat

*Julia Rozworowska



agentka ubezpieczeniowa i certyfikowana trenerka sprzedaży. Mieszka w Bydgoszczy. Mama 10-letniego Krzysztofa, z którym tworzy projekt „Mój tata mieszka w innym świecie”. Wspólnie z synem napisała książkę oraz prowadzi fanpage na Facebooku o tej samej nazwie.

http://m.7dni.pl/2018/02/orig/402a3-359720.jpg

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City