Piątek, 16 listopada 2018

Fot.: Katharsis II

Antarktyda wciąga – rozmowa z Hanną Leniec

Miałam przed sobą wyzwanie: w rok pokonać raka i wrócić do takiej formy, żeby popłynąć na trzy-cztery miesiące w rejs wokół Antarktydy. Chciałam być pełnowartościowym członkiem załogi, a nie tylko pasażerem.

Rozmawia Tomasz Skory, zdjęcia Katharsis II - Wyprawa Arctic Circle 60.pl

Tagi: Miasta Kobiet Hanna Leniec żeglarstwo walka z rakiem

6 sierpnia 2018, aktualizowano: 08-10-2018

Z Hanną Leniec*, drugą oficer jachtu Katharsis II, rozmawia Tomasz Skory


W kwietniu zakończyła Pani rekordowy rejs wokół Antarktydy. Tak blisko i tak szybko nie opłynął tego kontynentu jeszcze nikt. To wielki sukces.
Tak, choć przyznam, że dla mnie największym sukcesem było samo popłynięcie w ten rejs. Pierwotnie miał się on rozpocząć w grudniu 2016 roku, ale parę dni przed wylotem do RPA - miejsca startu - dowiedziałam się, że mam raka piersi. Wcześniej w miarę regularnie się badałam, ale i tak było to już dość zaawansowane stadium. Nie mogłam czekać z leczeniem. Wiedziałam też, że nie zwalczę raka w dwa-trzy tygodnie.

Co było dalej?
Wtedy Mariusz (Mariusz Koper, kapitan Katharsis II - przyp. red.) podjął decyzję, że musimy tę wyprawę przełożyć. I to o rok, bo na Antarktydę można popłynąć tylko w szczycie astronomicznego lata. Miałam przed sobą wyzwanie: w rok pokonać chorobę i wrócić do takiej
formy, żeby móc popłynąć na trzy-cztery miesiące w bardzo trudnych dla organizmu warunkach. I - co było dla mnie bardzo ważne - żebym była pełnowartościowym członkiem załogi, a nie tylko pasażerem przyglądającym się temu wszystkiemu.

Musiała być więc Pani w pełni sił…
Przeszłam operację oszczędzającą. Myślę,że gdybym jeszcze trochę poczekała i nie przebadała się przed wyprawą, to guz by się rozrósł i miałabym usuwaną całą pierś. Na szczęście udało się tego uniknąć. W styczniu zaczęłam chemioterapię, równolegle spotykałam się z rehabilitantem. Po niektórych chemiach byłam tak słaba, że musieliśmy odwoływać te spotkania. Jednak ciągle gdzieś z tyłu głowy miałam myśl, że czas leci i trzeba się mobilizować.

Jakie emocje towarzyszyły Pani w tym okresie?
Lubię mieć wszystko poukładane i zaplanowane - wyznaczam sobie cele, a potem je punkt po punkcie realizuję. A tu nagle się okazało, że cały mój plan muszę schować do szuflady i zacząć dostosowywać się na bieżąco do nowej sytuacji. To był duży szok. Ale nie załamałam się. Nie pytałam, dlaczego mnie to spotkało. Postanowiłam potraktować chorobę jak kolejne wyzwanie, sprawę do załatwienia. Na pewno bardzo dużym wsparciem była dla mnie postawa Mariusza. Oprócz tego, że razem pływamy, prywatnie jesteśmy parą. Pamiętam, jak powiedział wtedy, że nie chce realizować takiego marzenia beze mnie i nie wyobraża sobie zostawić mnie samej na te kilka miesięcy. To było niesamowite, bo do tego rejsu przygotowywaliśmy się mentalnie kilka lat, od kilkunastu miesięcy bardzo intensywnie, a on wszystko zawiesił i powiedział: „Bez ciebie nie płynę”.

A reszta załogi jak zareagowała na tę wieść?
Dla wszystkich była to ciężka sytuacja, bo każdy dostosował jakoś swoje życie, pracę i harmonogram do tego rejsu. Trzeba było dogadać się z rodziną, część ekipy ma swoje firmy, niektórzy są normalnie zatrudnieni, a jeden z naszych załogantów jest nawet czynnym żołnierzem. Każdy jednak powiedział, że moje zdrowie jest najważniejsze i popłyniemy za rok. To było bardzo podnoszące na duchu. Na szczęście udało się wszystkim przeorganizować czas.

http://m.7dni.pl/2018/08/orig/4420f-359891.jpg

Terapeuci mówią, że choroba dezorganizuje wszystko, ale mimo to warto starać się żyć jak do tej pory. To chyba nie jest takie proste, gdy spędza się większość czasu na morzu?

Zwykle na wodzie spędzałam osiem-dziewięć miesięcy w roku. W tamtym czasie musiałam mieć przerwę. Ale na morze trafiłam już zaraz po operacji. Opiekował się mną wspaniały chirurg. Powiedziałam mu, że bardzo bym chciała zobaczyć się z załogą, która już była w RPA. Chyba zrozumiał, że tego potrzebuję i doda mi to energii, więc nawet ze szwami puścił mnie do Afryki. Na łódce byłam też zaraz po pierwszej chemii. Na co dzień miałam jednak więcej czasu na czytanie książek, kino lub spotkania ze znajomymi. Przemyślałam sobie różne rzeczy, poukładałam je w głowie. Obecnie ciągle gdzieś pędzimy, mamy coś do zrobienia. Choroba zmusza do tego, żeby zwolnić, przystanąć i zastanowić się nad priorytetami. Jedna pani doktor powiedziała mi: „Wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale ta choroba może przynieść coś dobrego”. I rzeczywiście, muszę się z nią zgodzić.

Koniec końców udało się przekuć tę sytuację w coś pozytywnego. Wyprawę dedykowano promocji profilaktyki raka piersi. Zaczęła Pani prowadzić kampanię „Badajmy się - Nie dajmy się”.
Pomysł na kampanię zrodził się spontaniczne. W trakcie przygotowań ogłosiliśmy naszą wyprawę na wszystkich portalach żeglarskich i nawet w ogólnopolskiej telewizji opowiedzieliśmy, że podejmujemy takie wyzwanie. Kiedy okazało się, że nie płyniemy, ktoś zapytał: „Jak to teraz odkręcimy?”. Powiedziałam, że nic nie musimy odkręcać. Wyprawa jest przełożona, a nie odwołana, no i powód jest znany. Chłopacy zapytali mnie: „Ale to tak wprost powiemy, że chorujesz?”. Odpowiedziałam, że pewnie - opowiem o tym! Bo rak to nie jest coś, czego się powinniśmy wstydzić. To może spotkać każdego. Nakręciliśmy więc filmik w szpitalu, na którym mówimy, że jestem chora. Nagranie pojawiło się na naszej stronie internetowej i na żeglarskich portalach. Postanowiliśmy wykorzystać ten czas i pokazać na moim przykładzie, że walcząc z chorobą, można mieć dalej marzenia. Pomyślałam, że jeśli choćby pięć osób się dzięki temu zbada, to i tak warto.

Ale odzew był dużo większy.
To było niesamowite! Odezwało się do mnie wiele kobiet. Niektóre pytały o różne rzeczy, np. jak właściwie wygląda ta „chemia”. Tłumaczyłam wszystko: że są to kroplówki, jak się po nich czułam itd. Uważam, że im więcej będziemy mówić o tej chorobie, tym mniej się będziemy jej bać. I więcej się badać.

Słyszałem, że w szpitalu onkologicznym też była Pani takim dobrym duchem…
Zawsze starałam się być uśmiechnięta i przekazywać tę pozytywną energię innym kobietom. W szpitalu spędza się dużo czasu, ale ja myślałam sobie: „pogadam tam z dziewczynami, wymienimy się doświadczeniami”. Wszystko jest kwestią podejścia. Są kolejki, dużo ludzi, system wygląda jak wygląda, ale coś dobrego też można z tego wyciągnąć. Jak przyszłam na ostatnią chemię i powiedziałam do dziewczyn: „Trzymajcie za mnie kciuki, bo jak będą dobre wyniki, to dzisiaj ostatni koktajl przyjmuję”, to jedna z nich odpowiedziała: „Słuchaj, to głupio zabrzmi, ale żałuje, że za tydzień już Cię nie będzie”. Taki nietypowy komplement (śmiech).

Czy walkę z chorobą da się porównać w jakimś stopniu do walki z żywiołem, jakim jest woda?
Myślę, że tak, choć słowo „walka” nie do końca jest dobre. To nie była walka, tylko zadanie do wykonania, coś, przez co musiałam przejść. Tak samo nigdy nie mówię, że z oceanem się walczy, tylko że chce się go przepłynąć. I zarówno zmagając się z chorobą, jak i ze sztormami, trzeba mieć dużo pokory i włożyć w to wiele pracy.

http://m.7dni.pl/2018/08/orig/f5a05-359889.jpg

W 2009 roku wypadła Pani za burtę w nocy na Atlantyku. Później powiedziała Pani, że od tego dnia obchodzi urodziny dwa razy w roku. Pokonanie raka to teraz trzecia okazja?[/b
(śmiech) Nie, już nie, ale rzeczywiście ta data - 6 grudnia - nabrała szczególnego znaczenia. W 2016 roku Mariusz planował startować w rejs właśnie tego dnia, o ile pozwoliłaby pogoda. I jak się dowiedziałam na konsylium lekarskim, że 6 grudnia będę operowana, to aż zamarłam. Dopadła mnie symbolika tych dat. Nie obchodzę trzeci raz urodzin, ale na pewno zapamiętam ten dzień.

[b]Czy po roku, gdy wznowili Państwo przygotowania do rejsu, czuła się już Pani pełnoprawnym członkiem wyprawy?

Na to pytanie powinna odpowiedzieć załoga, ale myślę, że tak. Już same przygotowania były ogromnym sprawdzianem z logistyki i brałam w nich udział pełną parą. Po wypłynięciu wszyscy złapaliśmy jakiegoś wirusa. Mój organizm był najsłabszy i choroba najbardziej dawała mi się we znaki. Wtedy rzeczywiście Mariusz musiał za mnie parę razy wyjść na wachtę, ale to był krótki epizod. Później do końca rejsu chodziłam na wszystkie wachty.

Dziewięć osób razem przez cztery miesiące - nie zaczęli Państwo sobie wchodzić na głowę? Nie było kłótni?
Wyruszyliśmy jako fajna ekipa i tak samo ten rejs zakończyliśmy. Po dopłynięciu do portu nie rozeszliśmy się w swoje strony, tylko poszliśmy na piwo do jachtklubu w Hobart. Zaskoczyło to innych żeglarzy, których tam spotkaliśmy. Nie mogli uwierzyć, że po tak długim czasie dalej chcemy ze sobą przebywać. W trakcie rejsu były jakieś drobne napięcia, nie da się tego uniknąć. Ale staraliśmy się utrzymać atmosferę, chować swoje humory. Bardzo ważne były dla nas wspólne obiady. Wszyscy siadaliśmy do stołu - poza jedną osobą, która musiała być na zewnątrz - i rozmawialiśmy, każdy mógł powiedzieć, co mu leży na wątrobie. To był rytuał, który bardzo nam pomagał.

Jak radzili sobie Państwo z zimnem?
Odczuwalna temperatura była bardzo niska, ale po kilku wcześniejszych wyprawach wiedzieliśmy już, jak się ubierać i czego potrzebujemy. W 2011 roku byliśmy na Półwyspie Antarktycznym, w 2012 roku na Grenlandii i przepłynęliśmy Przejście Północno-Zachodnie, a w 2015 roku na Morzu Rossa. Wiedzieliśmy więc np., że potrzebujemy obuwie o trzy-cztery numery większe, bo po jachcie się niewiele chodzi i nie będzie to przeszkadzać, a można na nogi włożyć dwie-trzy grube skarpetki. Albo że żadne supernowoczesne rękawice goreteksowe nie sprawdzą się w takich warunkach i lepiej jest zabrać gumowe rękawice ze sklepu narzędziowego. Wody nie przepuszczą, a są na tyle duże, że można włożyć pod spód grubą wełnianą rękawicę.

Co Państwa ciągnie w te zimne rejony?
Na pewno lubimy wyzwania. To jest coś, czego od czasu do czasu potrzebujemy. A poza tym, jak już się raz zobaczy Antarktydę lub Arktykę, te góry lodowe, niesamowitą przejrzystość powietrza… to wciąga. Nie jest łatwo, cały czas trzeba być w gotowości. Teraz np. mieliśmy 18 sztormów, w tym i takie, gdzie poza falami i silnym wiatrem, dookoła nas był lód. Ale pomimo różnych trudności, chce się tam wracać.

Nie była Pani jedyną kobietą na pokładzie.
Była z nami też Magdalena Żuchelkowska.

I nie było dla Pań ulgowego traktowania?
Nie, wszyscy robiliśmy to samo. Wiadomo, że nie zawsze mamy tyle samo siły, co najsilniejszy mężczyzna na pokładzie, ale czasem przydaje się też to, że jesteśmy mniejsze czy bardziej zwinne. Na jachcie nie ma podziałów ze względu na płeć, co najwyżej na predyspozycje. I każdy ma swoje atuty.

Patrząc na środowisko, to jednak więcej facetów żegluje.
Więcej, ale to się zmienia. Jak się przygotowywaliśmy do wypłynięcia, to akurat załapaliśmy się na regaty Volvo w Kapsztadzie. Z radością zauważyłam, że jest coraz więcej załóg mieszanych. A w 2015 roku, gdy płynęliśmy na Morze Rossa, to z kolei w Auckland trafiliśmy na te same zawody i była tam jedna załoga cała kobieca.

Co Panią przyciągnęło do żeglowania?
Wiem, że zaczęło się bardzo wcześnie… Tak, już w szkole podstawowej. Zawsze bardzo lubiłam wodę, mogłam siedzieć w niej godzinami i kiedyś wymyśliłam sobie, że pojadę na obóz żeglarski. Pojechałam do Funki, nad Jezioro Charzykowskie, a potem z jeziora nad Bałtyk, bo chcąc zrobić stopień sternika jachtowego, musiałam mieć wypływane 200 godzin w rejsach morskich. I jak już raz trafiłam na morze, to przepadłam zupełnie.

A jak trafiła Pani na pokład Katharsis II?
W 2009 roku byłam w Grecji, gdzie spotkałam Mariusza na Santorini. Akurat kończył rejs dookoła świata na swojej poprzedniej łódce i potrzebował pomocy, by przestawić jacht do Turcji. Pomogłam mu, a przy okazji dowiedziałam się, że szuka załogi do wzięcia udziału w regatach przez Atlantyk. Zawodowo nie zajmowałam się wtedy żeglarstwem, tylko pracowałam w audycie finansowym, ale zdzwoniłam do szefa, że płynę i wrócę później do pracy (śmiech).

W ostatnim ze swoich filmików zdradziła Pani, że ma teraz kolejne marzenie, niezwiązane tym razem z pływaniem…
Teraz przede mną i przed Mariuszem kolejne wyzwanie - planujemy ślub. Jest jeszcze drugie. Do tej pory ciągle mi się wydawało, że na wiele rzeczy jestem za młoda, ale czas leci. Zdaliśmy sobie sprawę z tego, że chcemy mieć dziecko. I że nie powinniśmy już tego za bardzo przekładać.

Nie boi się Pani, że z maluchem będzie uziemiona na lądzie?
Nie zamierzam dać się uziemić!(śmiech) Na razie jeszcze trochę muszę zaczekać, bo ogranicza mnie leczenie onkologiczne, ale jak tylko dostaniemy zielone światło, to będziemy się starać o dziecko. Jeśli będę dobrze wszystko znosić, to nie zamierzam siedzieć przez te dziewięć miesięcy w domu, tylko też dostosować to do mojego rytmu pływania i żeglowania. Ale zobaczymy, jak będzie, bo każda kobieta inaczej znosi ten czas. Na pewno nasze dziecko od małego będzie zabierane na wodę (śmiech).

*Hanna Leniec - kapitan jachtowy, instruktor żeglarstwa i płetwonurek. Pochodzi z Bydgoszczy, pierwsze żeglarskie szlify zdobywała na Jeziorze Charzykowskim. Zawodowo związana z doradztwem i audytem finansowym. Od 2009 roku pływa na jachcie Katharsis II. W kwietniu zakończyła rekordowy rejs wokół Antarktydy na południe od 60° S.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City