Sobota, 15 grudnia 2018

Daję z siebie wszystko - rozmowa z wioślarką Katarzyną Zillmann

Trzeba umieć zdrowo rywalizować. Ale, aby tak się stało, ważny jest cel i plan na siebie.

Rozmawia Jan Oleksy, fot. Julia Kowacic

Tagi: Miasta Kobiet sport wioślarstwo jej pasja

25 września 2018, aktualizowano: 25-09-2018

Z Katarzyną Zillmann*, mistrzyni Europy w wioślarstwie, rozmawia Jan Oleksy


Proszę tylko nie nazywać mnie kajakarką!

Wcale nie mam takiego zamiaru. Dlaczego o tym mówisz?
Bo ludzie często mylą wioślarstwo z kajakarstwem, a to jest strasznie irytujące.

Różnica jest zasadnicza, to inna dyscyplina.
Wioślarz płynie tyłem, kajakarz przodem, używamy innych partii mięśni, łączy nas jedynie woda, bo nawet wiosła i łódki są skrajnie różne…

Trudniej płynąć do tyłu, bez lusterka wstecznego?
Tak jest efektywniej, można się zaprzeć nogami, założyć dźwignię, ale niestety co jakiś czas trzeba się odwracać, by mieć jakieś punkty odniesienia, wiedzieć gdzie skręcić, dokąd dopłynąć. Jest to trochę niebezpieczne, bywają kraksy na torach regatowych.

Wioślarz musi umieć pływać?
To podstawa, bo wypadki na wodzie się zdarzają. Z reguły jak się człowiek uczy wiosłować,
to prędzej czy później musi się wywrócić. Doświadczeni wioślarze powtarzają: „trzy razy się wywrócisz i później będzie już OK”. Mnie się zdarzyło to dwa lata temu na zgrupowaniu klubowym w Kruszwicy. Najczęściej przydarza się to, gdy człowiek zbyt pewnie się poczuje albo jest skrajnie zmęczony. U mnie coś nie zagrało, puknęłam w odsadnię, wiosło wyleciało mi z ręki, trochę pobalansowałam i się wywróciłam. Więc tak, trzeba umieć pływać!

Nawiązuję tym pytaniem do wydarzenia z kwietnia zeszłego roku, kiedy uratowałaś tonącego, który skoczył z mostu.
Później się dowiedziałam, że skoczył z mostu. Byłam już po godzinnym treningu na Wiśle na mojej jedynce, a jego zobaczyłam w momencie, kiedy jeszcze utrzymywał się na wodzie, ale prąd wciągał go pod barkę.

I wskoczyłaś do zimnej wody?
Usłyszałam wołanie o pomoc, więc co miałam zrobić? To był odruch bezwarunkowy.

Miałaś później kontakt z uratowanym?
Spotkałam się z nim w karetce. Był bardzo wyziębiony, miał chyba poniżej 30 stopni, ja zresztą też. Dopiero jak doszedł do siebie, to podziękował. Mieliśmy skontaktować się na Facebooku, ale jego konto zniknęło. Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło.

Wioślarstwo jest dyscypliną niszową. Dlaczego akurat ją wybrałaś? Wpływ rodziców? Mała Kasia podczas zabawy wydłubała sobie łódkę z kory…
…nie było jak w bajce. Rodzice nie mieli z tym nic wspólnego. Nie byli typami sportowców, a mnie zawsze ciągnęło do sportu. Duży wpływ miał na mnie bratanek-rówieśnik, z którym się wychowywałam. Razem biegaliśmy, graliśmy w piłkę nożną, braliśmy udział w zawodach międzyszkolnych. Jest w tym także duża zasługa wuefistki Ireny Stachery z podstawówki nr 16, która odkryła mój talent sportowy, a także mojej Szkoły Mistrzostwa Sportowego o profilu wioślarskim i kolarskim. Jednak to przez bratanka trafiłam w 2009 roku na trening wioślarski. Trener Tomasz Lisewski od razu widział we mnie idealną wioślarkę. Wziął mnie na 10-dniowe zgrupowanie, choć wcześniej nie miałam z wiosłami nic do czynienia. Po obozie wystartowałam na swoich pierwszych mistrzostwach Polski młodzików i choć łapałam przysłowiowe „raki”, to jednak zdobyłam medal. Wtedy pojawiło się marzenie o igrzyskach. Mojemu pierwszemu trenerowi bardzo wiele zawdzięczam, dużo ze mną wycierpiał, bo byłam dość ciężkim przypadkiem.

Co motywuje do pracy?
Na pewno cel, a w efekcie medal, najlepiej ze złota, i mistrzostwo olimpijskie, które daje tytuł najlepszy z najlepszych. To jest największa motywacja…

…z której wynika złoto w Glasgow?
Mistrzostwo Europy to nie jest priorytet, a szczebelek na drabinie do głównego celu, czyli olimpiady i po drodze mistrzostw świata w Plovdiv. To jest mój szczęśliwy tor, gdzie zdobyłam swoje pierwsze mistrzostwo świata młodzieżowe w czwórce podwójnej.

Stresująca jest rywalizacja z najlepszymi?
Przed zawodami jedni lubią sobie poprzybijać piątki, pokrzyczeć, pomotywować się, a ja wolę się skupić na celu, wyciszyć, uspokoić, żeby przed startem nie trzęsły mi się ręce. Jest ogromna presja, bo wiadomo, że cały rok trenujemy, by osiągnąć sukces.

Masz swój sposób na wyciszenie?
Mam plan w głowie, układam sobie scenariusz, co zrobię po zejściu na wodę, jak wejdę w blok startowy, jak się ustawię do startu… Powtarzam sobie, że jestem dobrze przygotowana.

Że jestem najlepsza?
To mnie nie kręci. Raczej to, że dawałam z siebie wszystko, solidnie trenowałam na ponad sto procent i że jestem gotowa do rywalizacji. Nie krępują mnie mistrzynie olimpijskie czy świata, z którymi startuję. Skupiam się wyłącznie na wykonaniu zadania.

Lubisz rywalizację?
Z chęcią rywalizacji trzeba się urodzić, a ponadto mieć trochę mocnego charakteru.

Uważasz, że masz?
Chyba tak, skoro udało mi się tyle osiągnąć. Nie miałam drogi usłanej różami, musiałam wszystko sama wywalczyć i pokonać wiele przeciwności losu, żeby dojść do tego, co mam.

A masz chwile zwątpienia, gdy chciałabyś rzucić wiosła i zająć się czymś innym?
Często takie czarne myśli się kłębią, ale trzeba je pokonać. Wiosłowanie to całe moje życie,zajmuje mi około 300 dni w roku. Zgrupowania, obozy, treningi, zawody…

W domu jesteś gościem, życie towarzyskie ogranicza się do grona przyjaciół sportowców?
Żyjemy trochę jak w zamkniętym kręgu i nieraz trudno wytrzymać ze sobą wiele dni w roku. Trzeba umieć się w tym odnaleźć, nie dać sobie za bardzo wejść na głowę i nie przejmować się drobiazgami.

Ważna jest rola trenera w stwarzaniu atmosfery?
Nasz trener Kuba Urban ma na głowie 12 kobiet, więc nie ma łatwego życia. Zastąpił trenera Marcina Witkowskiego, który w zeszłym roku odszedł do kadry niemieckiej. Realizujemy jego plan. Czasami z płaczem i kłótniami. Zdarza się, że rzucamy wiosłami, wyzywamy się, a zmęczenie powoduje, że puszczają nerwy. Po treningu najgorszy jest kwas mlekowy, który zalewa nasze ciała, a krew buzuje w uszach. Po prostu chce się umrzeć, żeby już tego nie czuć.

A po zawodach można paść i leżeć jak beton?
Po dużym wysiłku, na skraju wytrzymałości, nie można się położyć, bo jeszcze bardziej bolą wszystkie mięśnie i już się nie wstanie. Trzeba się ruszać, żeby kwas mlekowy rozprowadził się po organizmie. Robić cokolwiek, byle nie leżeć.

O czym myślisz podczas wiosłowania?
Trzeba myśleć o odpowiednim zawieszeniu ciała na wiośle, o poprawności ruchu wioślarskiego i o tym, żeby jak najlepiej wykonać zadanie. Nieraz konieczne jest stłumienie bólu, bo kontuzje się zdarzają. Mam parę przepuklinek - nieodłączny element wioślarstwa. Po starcie myślę nie tylko o sobie, bo w osadzie „szlakuję” łódkę, czyli jestem minikapitanem.

Za to jesteś nielubiana?
Tak to nie działa, bo wszystkie mamy wspólny cel, ale bywa, że „szlakowej” się nie lubi. Dziewczyny z osady, którą prowadzę, muszą się dopasować do mojego stylu. To ja wydaję komendy, wyznaczam tempo płynięcia i rytm, koryguję szybkość, rozłożenie sił. Ważne, żeby czuły mój flow. Jestem też odpowiedzialna za porażki.

Gorycz przegranej? Płacz?
Ciężko się to przeżywa. Zamiast płaczu jest wściekłość, irytacja, bezradność, bo dajemy z siebie wszystko, a efektu nie widać. Nikomu tego nie życzę. Porażkę trzeba przeżyć, przeanalizować, poprawić błędy i brać się do roboty. Nie załamywać się i nie tracić wiary w siebie.

Stare przysłowie mówi, że dobry wioślarz to i na drzwiach od hangaru popłynie? Potwierdzasz?
Sprzęt jest niezwykle ważny, coraz doskonalszy, bardziej ergonomiczny, ale jest jedynie uzupełnieniem ciężko wypracowanej formy. To prawda, że nieraz decyduje on o zwycięstwie, ale najważniejsze są jednak umiejętności.

A te zdobywa się ciężkimi treningami. Siłownia to chleb powszedni?
Dla naszego trenera siła to podstawa. Ciężka siłownia przynajmniej trzy razy w tygodniu po dwie i pół godziny. Ale jest to tylko uzupełnienie dnia, bowiem rano czeka mnie długi wysiłek tlenowy. Trenujemy głównie na wodzie, ale swoją kondycję i parametry wydolnościowe poprawiamy na wiele sposobów: pływamy, ćwiczymy na siłowni, biegamy, jeździmy na rowerze szosowym, zaliczamy górskie szlaki.

Co Ci daje sport? Poczucie wyjątkowości?
Cieszy mnie to, że nie jestem zwykłym zjadaczem chleba, szarym człowiekiem. Chcę być kimś więcej, a tytuł mistrzowski daje poczucie elitarności, bycia w gronie medalistów. Sport daje mi także niezależność finansową. Nie muszę liczyć na kieszonkowe od rodziców i mogę żyć na całkiem niezłym poziomie. W sporcie spełniam swoje marzenia, a „Mazurek Dąbrowskiego” na podium w Glasgow
to pełnia szczęścia. Przed nami mistrzostwa świata i dopiero po nich będziemy mogły sobie pozwolić na jakieś wakacje.

Dokąd się wybierasz?
Możliwe, że w rejs jachtem po Adriatyku z ekipą wioślarską i pozawioślarską, albo polecę do USA, bo mam jeszcze przez 10 lat ważną wizę amerykańską przyznaną na mistrzostwa świata. Dzięki wioślarstwu można zobaczyć kawał świata. To dodatkowa zaleta uprawiania sportu.

23 lata, pasmo sukcesów, może odbić sodówa?
Myślę, że może… ale pracuję nad tym, żeby tak się nie stało. Sukcesy nie przyszły mi łatwo, w domu też nie miałam najlepszych warunków, żeby uprawiać sport, choć mama bardzo się starała. Musiałam liczyć na siebie. Bardzo pomagali mi trenerzy, wyciągali z różnych opresji, szczególnie w okresie buntu szkolnego. Strasznie nie lubiłam ograniczeń. Miałam wątpliwości, czy warto uprawiać wioślarstwo, ale mój trener Lisewski był konsekwentny, przekonywał, że mam potencjał, którego nie warto zaprzepaścić.

*KATARZYNA ZILLMANN
- torunianka, rocznik 1995, wioślarka, finalistka mistrzostw świata juniorów w czwórce bez sterniczki (2013) i mistrzostw świata młodzieżowców w ósemce ze sterniczką (2014), dwukrotnie zdobywała mistrzostwo świata młodzieżowców w rywalizacji kobiecych czwórek podwójnych (2015 i 2016). Wielokrotnie stawała na podium Pucharu Świata. Najważniejszy w karierze - srebrny medal Mistrzostwa Świata Seniorów Sarasota 2017, USA. W 2018 została mistrzynią Europy w czwórce podwójnej. Laureatka Złotych Karet „Nowości” i Nagrody Prezydenta Torunia.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City