Piątek, 16 listopada 2018

Sama miłość nie wystarczy, czyli rozmowa o mitach wychowawczych

Rodzic powinien się cieszyć, gdy dziecko przychodzi i mówi, że wystarczy mu trójka z matematyki. To znaczy, że jest świadome i potrafi zakomunikować swoje potrzeby. Poradzi sobie w życiu!

Tomasz Skory

Tagi: Miasta Kobiet mama dziecko wychowanie mity wychowawcze jak wychowywać dziecko

26 października 2018, aktualizowano: 26-10-2018

Z dr Anną Szymanik-Kostrzewską* rozmawia Tomasz Skory




Skąd się biorą mity wychowawcze?
By odpowiedzieć na to pytanie, warto cofnąć się trochę w czasie. W XIX wieku mieliśmy w zasadzie jeden najpopularniejszy sposób wychowywania dzieci - model autorytarny, czyli zasadę „rodzic ma zawsze rację”. W XX wieku, gdy „okazało się”, że dziecko jednak coś rozumie i do czegoś jest zdolne, na popularności zaczął zyskiwać model autorytatywny. Rodzic już nie tylko wymagał od dziecka pewnych rzeczy, ale też wyjaśniał mu, dlaczego tak jest, zaczął z nim dyskutować i brać pod uwagę jego zdanie. Pod koniec XX wieku dziecko stało się coraz ważniejsze - co więcej, niektórzy zaczęli wychodzić z założenia, że samo umie się wychować! Pojawił się model permisywny, na bazie którego wyrosły niektóre z obecnych mitów. I gdy z początkiem XXI wieku dziecko znalazło się w centrum zainteresowań rodziców i badaczy, nagle pojawiło się mnóstwo „ekspertów” od wychowania, którzy wykoślawiają pewne prawdy i mówią rzeczy nieraz ze sobą kompletnie sprzeczne.

Jednak niewielu ekspertów, a już pewnie żaden rodzic nie powie, że jego dziecko nie jest dla niego najważniejsze. A przekonanie, że „dziecko jest najważniejsze na świecie”, traktuje Pani w swoich badaniach właśnie jako mit. Dlaczego?
Mity wychowawcze mają to do siebie, że choć wydają się nam logiczne, to ich przełożenie na wychowanie niekoniecznie wychodzi dziecku na dobre. Przykładowo: to prawda, że dzieci są dla rodziców bardzo ważne, być może najważniejsze. Ale czy najważniejsze na świecie? Jeśli tak, to znaczy, że rodzice powinni rezygnować z własnych potrzeb, byle tylko zaspokoić potrzeby dzieci. W przypadku tych najmłodszych jest to zrozumiałe - małe dziecko nie zaczeka, gdy jest głodne, a rodzic wytrzyma i pół dnia. Ale im dziecko jest starsze, tym bardziej się okazuje, że zaspokajanie jego potrzeb kosztem rodzica przekłada się negatywnie na relację - chociażby dlatego, że rodzic jest cały czas zmęczony, sfrustrowany i wcale nie cieszy się obecnością dziecka.

Nie brakuje jednak mam gotowych rzucić wszystko dla dziecka. I twierdzących, że tak powinno być.
Jeżeli im to pasuje, to nie widzę problemu. Ale nie wszystkim to odpowiada. U nas w Polsce da się zauważyć coś takiego, co nazywamy stereotypem matki Polki. Nikt tego dokładnie nie zbadał, ale wszyscy mniej więcej wiedzą, na czym to polega. Chodzi o kobietę, która poświęca się dla rodziny, zagryza zęby i twierdzi uparcie, że jest jej z tym cudownie i się w tym spełnia. Jak jest naprawdę, tego jednak nie wiemy. Natomiast coraz częściej się okazuje, że ten stereotyp hamuje rozwój i szczęście. Bywa, że matki Polki nie dają rady. Następuje przeciążenie rolą i taka kobieta w pewnym momencie stwierdza, że jej życie jest nic niewarte, ponieważ polega na gotowaniu, praniu, sprzątaniu i - za przeproszeniem
- podcieraniu dzieciom pup.

Dzieci jednak dorastają…
I wyprowadzają się z domu. A załóżmy, że matka całe swoje życie poświęciła tylko dziecku - co jej w takiej sytuacji zostanie? Pojawia się syndrom pustego gniazda, czasem nawet utrata tożsamości, która była oparta tylko na byciu mamą. W takich przypadkach możemy się spodziewać depresji.

Zaspokajanie potrzeb dziecka kosztem rodzica przekłada się negatywnie na relację - chociażby dlatego, że rodzic jest cały czas zmęczony, sfrustrowany i wcale nie cieszy się obecnością dziecka.


Składową mitu, że nasze potomstwo jest najważniejsze, jest traktowanie dzieci jak inwestycji. Na czym to polega?
Dzieci to inwestycja, także materialna, która w myśleniu rodziców ma się zwrócić. Mama i tata inwestują w najlepsze zabawki, kosmetyki, jedzenie, posyłają dzieci do najlepszych szkół, przedszkoli, lekarzy, co ma się zwrócić tym, że dziecko będzie wyjątkowo zdolne, zdrowe, inteligentne i uspołecznione. Brzmi dobrze, w czym jest więc problem? W tym, że to niestety nie działa. Przykładowo: dla rodziców synonimem najlepszych zabawek zwykle jest ich cena. A wystarczy, że wrzuci się na coś logo Myszki Miki i cena idzie dwa razy w górę, co oczywiście nie przekłada się na jakość. Albo zabawka przekracza możliwości poznawcze malucha, który próbuje ją zniszczyć. Czasem dziecko wręcz woli bawić się kartonem. Założenie tego mitu jest takie, że skupiamy się na tym, co jest „najlepsze”, a nie na realnych potrzebach dziecka. To może obrócić się przeciwko niemu i zamiast wspaniałego, inteligentnego małego człowieka będziemy mieli dziecko przemęczone, wycofane, które obawia się wielu rzeczy.

Dziecko, które zawsze stawiane jest na pierwszym miejscu i dostaje wszystko, co najdroższe, szybko przyzwyczai się do rozpieszczania i zacznie tego oczekiwać…
Oczywiście! Tu już możemy mówić o innym popularnym micie, że rodzic musi zapewnić dziecku szczęście. Musi - znaczy jest za to szczęście odpowiedzialny. Ten mit jest bardzo niebezpieczny także dlatego, że idzie w parze z przekonaniem, iż rodzic powinien chronić dziecko przed doznawaniem przykrych emocji. Pierwsze skojarzenie to pewnie „wychowanie bezstresowe”, popularne pod koniec XX wieku i w dużej mierze szkodliwe. Próbując „ochronić” dziecko przed stresem, nie uczymy go, jak sobie z nim radzić. A przecież stres będzie mu towarzyszył przez całe życie.

Tak sobie myślę, że przykładem łączącym inwestowanie i uszczęśliwianie dziecka na siłę mogą być zajęcia dodatkowe. Rodzic zapisuje malucha na kolejne języki, tańce, baseny, a może czasem lepiej byłoby po prostu posiedzieć razem w domu.
Dokładnie. Znam taki przykład - dziecko, a właściwie już nastolatek, przyszedł do taty i powiedział mu, że z matematyki wystarczy mu trójka. Tata przychodzi do mnie i pyta, co ma z nim zrobić, bo przecież mógłby się nauczyć na piątkę. Odpowiedziałam mu, że powinien być wdzięczny sobie, jako wspaniałemu wychowawcy. Syn jest w stanie określić, że wystarczy mu trójka, i ma odwagę to głośno powiedzieć. Rodzic powinien się cieszyć, że ma tak świadome dziecko, które potrafi zakomunikować swoje potrzeby - ono sobie poradzi w życiu!

Kolejny mit mówi, że dziecko należy akceptować takim, jakim jest. Nawet jak na nas pasożytuje.Ten mit jest niebezpieczny właśnie dlatego, że zakłada akceptowanie wszystkiego, nie tylko cech niezależnych od dziecka. A więc też negatywnych zachowań, które należy redukować, jak lenistwo, krnąbrność czy okrucieństwo.


Dobrze, gdy dziecko rozmawia z nami otwarcie, ale czy powinniśmy się z nim zaprzyjaźniać i mówić o wszystkim? To takie amerykańskie podejście…
I kolejny mit wychowawczy. Przechodzimy z dzieckiem na „ty” i dyskutujemy jak równy z równym. Ale tym samym zaburzamy coś, co jest podstawą rozwoju, czyli relację mentor-podopieczny. Dziecku potrzebny jest ktoś, na kim się można oprzeć, kogo zachowanie staje się wzorcem do działania, a gdy rodzic jest kumplem, to najczęściej przestaje być autorytetem. Na co się to przekłada? Dziecko zaczyna decydować, gdzie jedziemy na wakacje, co jemy, jak urządzamy pokój, i jest obarczane odpowiedzialnością za te decyzje, czego prawdopodobnie wcale nie chce. To działa też w drugą stronę. Jeżeli rodzic ma problem, zaczyna się zwierzać dziecku - w końcu jest ono jego przyjacielem. Tym samym obciąża je kwestiami, z którymi ono sobie nie poradzi. Nie da wsparcia rodzicowi, nawet do końca nie zrozumie problemu, a będzie się przejmowało.

Kolejny mit, który Pani badała, to stwierdzenie, że dziecko należy nagradzać, ale nie należy karać…
Ten mit wynika z przekonania, że kary są nieskuteczne, ale nie do końca udało się to nam potwierdzić w badaniach. Tutaj mamy dwie szkoły - jedna z nich zakłada, że sprawianie dziecku przykrości za to, że nie postępuje tak, jak chce rodzic, jest czymś niewłaściwym. I że powinno się w ogóle z kar zrezygnować. W pewnym wieku jest to możliwe, ale nie u wszystkich dzieci i nie zawsze. Bliższe jest mi drugie podejście - że kary są potrzebne, ale powinny mieć formę konsekwencji. Wychowanie służy temu, byśmy wiedzieli, jak się zachować, jak wpasować się w normy społeczne. A kara w postaci konsekwencji to dla dziecka informacja, że coś robi nie tak. Chodzi o to, by dać mu odczuć, że pewne jego działania wpływają negatywnie i na innych, i na jego sytuację.

A wychowanie oparte na nagrodach?
To udało się sprawdzić - rodzice często wierzą, że dzieci należy nagradzać, jak najczęściej i za wszystko. Problemem jest to, że z czasem dziecko zacznie robić pewne rzeczy tylko dla tych nagród. Zabijamy tym samym motywację wewnętrzną - dziecko nie robi czegoś, bo warto, bo jest to ważne, bo sprawia mu to przyjemność, tylko po to, by coś dostać. Są jednak sytuacje, w których takie nagrody się sprawdzają. Np. gdy po wizycie u lekarza dajemy naklejkę „wspaniały pacjent”. Perspektywa nagrody odwraca uwagę dziecka od tego, że musi się poddać nieprzyjemnym czynnościom, a jednocześnie pomaga kształtować pewien sposób myślenia, mianowicie: zdarza się w życiu, że spotyka nas coś, na co nie mamy wpływu i co nam się nie podoba, ale to mija. I naszym zadaniem jest zacisnąć zęby, pogodzić się i skupić na tym, że będzie lepiej.

Część przebadanych przez Panią mam wierzyła też, że dzieciom wystarczy miłość i kiedy są kochane, nie trzeba już ich specjalnie wychowywać…
Jest to podejście podobne do antypedagogiki, zakładające, że wychowanie to tresura, którą powinniśmy zostawić dla zwierząt, a jak dziecko jest przez nas kochane, to już sobie poradzi. Wychowa się samo. I jaki jest tego efekt? Dziecko nie otrzymuje informacji potrzebnych do dostosowania się do środowiska, w którym żyje. Wychodząc z założenia, że wystarczy mu tak zwana socjalizacja, dokonywana przez otoczenie, rzucamy je na głęboką wodę. To będzie bardzo bolesna lekcja - zanim dziecko nauczy się, że w kontaktach z innymi obowiązują pewne reguły, będzie nielubiane i odrzucane. Sama miłość utrwala też dziecięcy egocentryzm, który przechodzi z czasem w egoizm. I sprawia, że dzieci zasiadają jak pasożyty u rodziców do 30.-40. roku życia albo i dłużej. Bo jest im tak dobrze i przecież są kochane.

Wiąże się z tym też chyba ostatni z opisanych przez Panią mitów, czyli że dziecko należy akceptować takim, jakim jest. Nawet jak na nas pasożytuje.
Ten mit jest niebezpieczny właśnie dlatego, że zakłada akceptowanie wszystkiego, nie tylko cech niezależnych od dziecka. A więc też negatywnych zachowań, które należy redukować, jak lenistwo, krnąbrność czy okrucieństwo. Gdy dziecko wyrywa nóżki pająkom, to nie jest to cecha, którą zostawiamy, by się nam ładnie rozwijała! Nic z tym nie robiąc, dajemy dziecku informację, że to jest okej. W efekcie będziemy mieli dzieci złośliwe, samolubne, po prostu społecznie niedostosowane. W jego głowie pojawi się rozstrzał, bo widzi, że rodzic akceptuje je takim, jakie jest, a cały świat mówi inaczej. „O co chodzi? Czemu nikt mnie nie lubi? Czemu nie mogę znaleźć partnerki?” - to pytania, z którymi takie osoby trafiają później na terapie, gdzie muszą od nowa uczyć się żyć w społeczeństwie.


*ANNA SZYMANIK-KOSTRZEWSKA - Adiunkt w Katedrze Psychologii Rozwoju Człowieka UKW w Bydgoszczy. Od 2016 roku prowadzi badania na temat mitów wychowawczych według koncepcji prof. Janusza Trempały i przekonań współczesnych matek na temat wychowania dzieci. Prywatnie mama półtorarocznego synka, uwielbia sushi i koty.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City