Sobota, 15 grudnia 2018

Psiaki jak butelki do skupu - rozmowa z Agnieszką Szarecką

Powoli pozbywam się poczucia winy. Dziś już nie dręczę się tak bardzo sytuacjami, na które nie mam wpływu. Wiem, że nie zbawię całego świata i nie uratuję wszystkich zwierząt, ale przynajmniej pomagam.

Jan Oleksy, fot. Jacek Smarz

Tagi: Miasta Kobiet pasja schronisko schronisko dla zwierząt Toruń pies kot

21 listopada 2018, aktualizowano: 21-11-2018

Z Agnieszką Szarecką*, kierownikiem toruńskiego Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt, rozmawia Jan Oleksy




Pies czy kot?
Pyta pan, czy jestem psiarzem, czy kociarzem? Gdybym musiała wybierać, to zdecydowałabym się na koty, bo przez większą część dnia nie ma mnie w domu, a z psami trzeba wychodzić, poświęcać im więcej czasu. Ja mam to szczęście, że moje psy Leya i Quanti mogą ze mną przychodzić do pracy.

To wszystko z miłości do zwierząt?
Mój tata jest weterynarzem, więc ze zwierzakami jestem związana od najmłodszych lat. Zawsze były w domu. Nie wyobrażam sobie bez nich życia. W tej chwili też mam domowe stadko. Oprócz psów są jeszcze dwa koty: Majeranek i Pietruszka, oraz papugi Klara i Leoś. One rządzą. Był także kot Pierniczek, ale niedawno odszedł.

W tej sytuacji praca w schronisku okazała się naturalnym wyborem?
W tym roku mija 29 lat od momentu, gdy jako wolontariuszka związałam się z toruńskim schroniskiem, którym wówczas kierował mój tato. Mieściło się ono wtedy przy Kociewskiej. Z tego nieszczęśliwego miejsca przy wysypisku śmieci udało nam się w 1991 roku przenieść na obrzeże parku na Bydgoskim Przedmieściu. Schronisko zaczęliśmy organizować od podstaw, z pomocą rodziny, kuzynów, wujków. Wszyscy pomagali, żeby jak najszybciej przenieść zwierzaki w nowe, lepsze miejsce. Kierownikiem zostałam w 2011 roku, gdy tato przeszedł na emeryturę.

A czy słyszała Pani, że o ludziach, którzy kochają zwierzęta, mówi się, że nie kochają ludzi?
Myślę, że to jest kwestia wrażliwości. Nie można być wrażliwym na dobro zwierząt, a przejść obojętnie obok krzywdy ludzkiej. To mi się nie mieści w głowie. Powiem, że „kij ma dwa końce”, bo właściciele zwierząt, którzy je porzucają, podrzucają do schroniska, oddają… jak butelki do skupu, też chyba wyzuci są z ludzkich uczuć. Niestety, w tej chwili posiadanie zwierzęcia jest często traktowane jak posiadanie każdego innego dobra materialnego, nowego telewizora czy kanapy…

Ci ludzie sprawiają sobie pieska modnej rasy?
Ta moda odbija się później w schronisku, zwłaszcza w przypadku ras dość wymagających, jak np. husky. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że są to psiaki, które muszą cały czas eksplorować przestrzeń, biegać, przemierzać kilometry. Jeżeli ktoś myśli, że pies tej rasy będzie pilnował ogródka, to się myli. Takie zwierzęta uciekają i w efekcie jako bezpańskie trafiają do naszego schroniska. Jest ich coraz więcej.

Czego nauczyła się Pani dzięki pracy w schronisku?
Pokory do świata, do rzeczywistości. Nauczyłam się, żeby mocno nie przeżywać i nie denerwować się rzeczami, na które naprawdę nie mam wpływu. Wiem, że nie zbawię całego świata i nie uratuję wszystkich zwierząt. Nie oczekuję też od każdego człowieka, by kochał zwierzęta tak jak ja, chociaż chciałabym, żeby tak było.

Czy ta miłość do zwierząt nie powoduje, że przenosi Pani problemy schroniska do domu?
Nie mam osobnego życia w schronisku i osobnego w domu. Cały czas żyję schroniskiem, bo rzeczywistość ciągle nas zaskakuje, co chwilę dostajemy jakieś zwierzęta po wypadkach. Przeprowadzamy diagnostykę, określamy sposoby leczenia, zajmujemy się profilaktyką, zwierzęta trzeba odpchlić, odrobaczyć, obciąć pazury, zaszczepić, ocenić wiek, stan zdrowia. Śmieję się, że moja praca polega na ciągłym gaszeniu ognisk zapalnych, rozwiązywaniu kryzysowych sytuacji, gdy np. nagle przybywa do nas kilkanaście szczeniąt w kartonach. Trzeba się nimi zająć. Nie możemy odmówić, zamknąć bramy i powiedzieć, że przepraszamy, ale my już więcej zwierząt nie przyjmiemy. Cały czas są znajdowane kolejne bezdomne zwierzaki.

Ta liczba się zwiększa czy zmniejsza?
Ciągle się zwiększa. To jest syzyfowa praca, czasami mam wrażenie, że im więcej robimy, tym więcej mamy pracy. Każde nagłośnienie akcji adopcyjnej przynosi dobre, ale również i złe efekty. Znajdujemy zwierzętom nowe domy. Niektórzy widząc to podrzucają nam swoje niechciane zwierzaki, bo przecież prędzej czy później trafią tu na nowych właścicieli. A przecież schronisko to miejsce dla zwierząt bezpańskich. Jesteśmy od tego, żeby pomagać, ale w trudnych sytuacjach - kiedy ktoś dopuści się złamania prawa i zwierzę porzuca, albo gdy umiera właściciel. Nie jesteśmy od wyręczania i zdejmowania ludziom ciężaru z pleców, bo zrobili coś nieodpowiedzialnego.

Najtrudniejsze momenty w Pani pracy?
Ciężko ranne zwierzęta, które do nas trafiają, zwierzaki po wypadkach i takie, które doznały drastycznej krzywdy od człowieka. Widzimy to na co dzień.

A piękne chwile?
Gdy nasz podopieczny, wyratowany, wyleczony, albo taki, który już długo przebywa w schronisku, znajduje prawdziwy dom. Adopcja to pełnia szczęścia, jednak wtedy radość miesza się ze smutkiem. Pożegnania są dla mnie trudne, szczególnie gdy zdarza mi się odwozić swojego podopiecznego do nowego domu. Zawsze płaczę w takich sytuacjach, bo zwierzę myśli, że je porzucam. Nie wie, że tam mu będzie lepiej. Schronisko to nie jest cudowne miejsce. To jedynie miejsce potrzebne. Zwierzak ma miskę, dach nad głową, ale nie ma swojego właściciela na wyłączność. To nie jest prawdziwy dom.

Więcej jest bezdomnych psów czy kotów?
Więcej trafia do nas psów, ale niestety również liczba kotów rokrocznie rośnie. Aktualnie mamy 320 psiaków, ponad setkę kotów, około 50 królików, którymi zajmują się dziewczyny z Fundacji Azyl dla Królików, i… liska, którego jako porzucone szczenię znaleźliśmy na Rubinkowie. W ciągu roku pojawia się u nas ponad dwa tysiące różnych zwierząt.

Nie myśli sobie Pani czasami, że bezdomność może dla zwierzęcia oznaczać wolność? Zgarniamy go na siłę z jego środowiska…
Po prostu wiem, co zwierzętom na tej „wolności” grozi. Trafiają później do mnie po wypadkach, poranione, przypalone, pozwiązywane sznurkami, z powydłubywanymi oczami. Wysoka jest cena tej wolności.

Słyszałem takie stwierdzenie, że każdy człowiek przynajmniej raz w życiu powinien odwiedzić schronisko.
Nie, to tak jakby każdy musiał zobaczyć, jak funkcjonuje dom dziecka. Nie wiem, czy takie przelotne spojrzenie pozwala zobaczyć frustracje zwierząt, usłyszeć ich płacz, gdy zostają same. Bardzo wiele osób nie chce tu przychodzić, by nie widzieć smutnych zwierząt zza krat. My to rozumiemy. Każdy jednak może żyć sprawami schroniska, chociażby dzięki mediom społecznościowym.

Co Panią najbardziej drażni w zachowaniu właścicieli psów?
Bardzo mnie boli, gdy na spacerach widzę ludzi, którzy nie pozwalają psom na kontakty wewnątrzgatunkowe. Kiedyś to było normalne, że psy do siebie podchodziły, witały się, obwąchały, właściciele zamienili trzy słowa. W tej chwili na widok innego psa ludzie momentalnie zaciągają smycze, czyli od razu dają sygnał, że zbliża się niebezpieczeństwo. Te psy są nienauczone własnego języka, nie potrafią dawać sygnałów pozytywnych, ani ich odczytywać. Nic dziwnego, że reagują agresją. Dlatego przy schronisku stworzyliśmy psi park, w którym zwierzęta mogą ze sobą spędzać czas, „pogadać”, pobawić się, nauczyć czytania siebie nawzajem.

Czy swoją pracę traktuje Pani jak misję?
Nie podchodzę do tego w górnolotny sposób. Po prostu przeogromnie się cieszę, że mogę robić to, co lubię. Że nie muszę iść do biura na 8 godzin. Kocham to miejsce, cieszę się, że ono się rozwija. Mój kapitał to wolontariusze i ludzie, z którymi pracuję, oraz wszyscy, którzy nam pomagają, wspierają finansowo i rzeczowo. Dziękujemy za życzliwość.

Czy dzięki zwierzętom stajemy się lepsi?
One uczą nas wielkoduszności, szczerej przyjaźni, obdarzania innych bezinteresownym uczuciem. Zwierzęta są miłe nie dlatego, że im się to opłaci. One niczego nie planują. Żyją tu i teraz.


*AGNIESZKA SZARECKA - torunianka, od lat 90. wolontariuszka schroniska, od 2000 pracownik, a od 2011 kierownik, jest technikiem weterynarii, skończyła studia podyplomowe z psychologii zwierząt oraz studia ekonomiczne z zarządzania. Mąż Piotr jest groomerem, z wykształcenia zootechnikiem ze specjalizacją leśnictwo i gospodarka zwierzętami leśnymi,
na zwierzęta poluje jednak tylko z aparatem fotograficznym.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City