Sobota, 15 grudnia 2018

Rok w drodze dookoła świata

Nasz lekarz od chorób tropikalnych powiedział przed wyjazdem: „Albo wrócicie razem tak na zawsze, albo oddzielnie i nie będziecie mogli na siebie patrzeć”. Wróciliśmy razem.

Jan Oleksy

Tagi: Miasta Kobiet podróż podróż dookoła świata rok włóczykija

4 grudnia 2018, aktualizowano: 04-12-2018

Z Adrianą Andrzejewską*, współautorką bloga Rok Włóczykija, rozmawia Jan Oleksy




Nie wystarczyłby miesięczny urlop? Dlaczego wymyśliliście aż tak długą podróż?
Byliśmy po prostu już trochę przemęczeni codziennością, a ponadto mieliśmy bardzo mało czasu dla siebie. Weekendy się nie zgrywały, mijaliśmy się. W pewnym momencie stwierdziliśmy, że chcielibyśmy dłużej pobyć razem, i to podczas wyprawy dookoła świata. Przy okazji mogliśmy połączyć przyjemne z pożytecznym. Pomyśleliśmy, że Mikołaj będzie robił zdjęcia, a ja reportaże radiowe. Byliśmy przekonani, że rozwinie nas to w zupełnie innym, nowym kierunku.

I tak po prostu pojechaliście?
Na początku ten plan był w sferze marzeń, ale postanowiliśmy odkładać pieniądze i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Jeżeli się nie uda, to najwyżej kupimy nowy samochód. Auta nie kupiliśmy, pojechaliśmy w świat. Gdy znaleźliśmy bilet do Brazylii za 800 złotych, uznaliśmy, że to jest ten moment. Świat dał znak, że nas wzywa.

KIRGISTAN / ALU KUL

KIRGISTAN / ALU KUL



I jak ten świat wygląda oczami kobiety? Inaczej niż z perspektywy Mikołaja?
Myślę, że podobnie. Świat na pewno jest bardziej przyjazny i bezpieczny, niż się nam wydaje. Podczas podróży po różnych kontynentach czułam się mniej zagrożona niż czasem w Europie. Oczywiście nie kusiliśmy też losu, nie „świeciliśmy” sprzętem, nie włóczyliśmy się nocą po podejrzanych dzielnicach. I nic złego nam się nie stało. Przede wszystkim ludzie są bardzo przyjaźni, nawet jak nie znają języka, to zawsze starają się pomóc. Na przykład w Chile gestami zostaliśmy zaproszeni na nocleg. Gospodarz poczęstował nas tym, co miał, czyli suchym chlebem i kawą. Spędziliśmy z nim cały wieczór. Grał nam na akordeonie, pokazywał rodzinne zdjęcia…

To może niepotrzebnie boimy się obcych?
Ja na pewno zaczęłam inaczej patrzeć na tych, którzy przyjeżdżają do Polski. W naszym kraju nie znamy obcych i dlatego się ich boimy. Nie chcemy poznawać nowych kultur, religii. Mnie naprawdę wszędzie na świecie świetnie przyjmowano, więc gdy widzę u nas jakiegoś zagubionego obcokrajowca, to zawsze staram się mu pomóc. Przez ten rok poznałam wiele różnych kultur, zwyczajów, wierzeń, więc teraz każda odmienność jest dla mnie normalna.

Na Waszym blogu czytałem, że chodziliście własnymi drogami, tam, gdzie Was nogi poniosły. Bez przewodników?
Przez pierwsze dwa miesiące staraliśmy się realizować plan podróży, szybko jednak doszliśmy do wniosku, że to nierealne. Od pewnego momentu jechaliśmy do jakiegoś kraju i dopiero na miejscu dowiadywaliśmy się od „lokalnych”, jakie miejsca warto odwiedzić. Tylko czasami korzystaliśmy ze zorganizowanych wyjazdów, jak np. na Machu Picchu czy na Pustynię Solną w Boliwii. Woleliśmy odkrywać świat samemu, ewentualnie zdając się na podpowiedzi miejscowej ludności. Bywało też tak, że spędzaliśmy dni, włócząc się bez celu.

PERU / RAINBOW MOUNTAINS

PERU / RAINBOW MOUNTAINS



Podróże, oprócz poznawania nowych miejsc, innych kultur, podziwiania zabytków, to także spotkania z ludźmi.
W nawiązywaniu nowych znajomości bardzo pomagał Facebook i cały łańcuszek osób polecających. Tak poznaliśmy ciekawego księdza w Paragwaju, polskiego mnicha w Tajlandii, a także zwykłych ludzi opowiadających niezwykłe historie czy rodaków na obczyźnie… Na pustyni Atacama, niemalże w środku niczego, spotkaliśmy dwójkę podróżników. Niewiarygodne, ale też byli z Torunia. Co roku na zimę wyjeżdżają do Ameryki Południowej. Okazało się, że mamy mnóstwo wspólnych znajomych. Świat jest mały. Spędziliśmy razem wieczór, a oni polecili nam toruniankę, która mieszka w Boliwii. Pojechaliśmy do niej. Opowiedziała, że wyjechała z Torunia w latach 90. w wieku 16 lat. Ciągnęła ją Amazonia, ale ostatecznie wylądowała w Boliwii. Współpracowała z Teatro de los Andes, tam poznała męża, zakochała się i… została.

Nie tęskni?
Jeszcze w czasie naszej podróży dowiedzieliśmy się, że wróciła do Polski. Głównym powodem była córka, która nie mogła rozwijać swojego talentu wokalnego, bo w Boliwii nie ma szkół muzycznych drugiego stopnia. Mąż tej torunianki jest aktorem, który i tak większość czasu spędza ze swoim teatrem na tournée, głównie po Europie, i jest mu wszystko jedno, czy będzie wracał do Boliwii, czy do Polski. Mieszkają dzisiaj gdzieś w Beskidzie Niskim. Wybieram się do nich, by zrobić o nich kolejny reportaż - o ich już polskich losach.

A Wam nie zdarzały się chwile załamania, gdy chcieliście już wracać do domu?
Nie myśleliśmy o powrocie, ale mieliśmy momenty kryzysowe. Pierwszy przyszedł po dwóch miesiącach intensywnego poznawania świata. Było to najzwyczajniejsze zmęczenie materiału. Mając przed sobą jeszcze 10 miesięcy podróży, postanowiliśmy trochę zwolnić, godząc się z tym, że pewnych rzeczy nie zobaczymy. Będzie przynajmniej do czego wracać.

JORDANIA

JORDANIA



Mieliście przecież świadomość, że nie musicie być cały rok w podróży…
Ustaliliśmy, że gdy będziemy mieli dosyć, to przerywamy. Nikt nas do niczego nie przymuszał. Ale wiedzieliśmy, że drugi raz taka okazja - roczna przerwa w życiorysie - może się nie zdarzyć. Chcieliśmy to w pełni wykorzystać i nie poddawać się nawet w cięższych chwilach. Gdy minęło pół roku i zaczęło się odliczanie wsteczne, było nam żal, że zmierzamy do końca.

Na czym polegały te cięższe chwile?
Ja po prostu mocno tęskniłam za rodziną, za przyjaciółmi, ale też oboje tęskniliśmy za normalnością, bo jak codziennie trzeba się pakować i nosić ze sobą 26 kilo, to bywa ciężko. Brakowało mi własnego łóżka, fotela, w którym mogłabym posiedzieć z herbatą i poczytać. Strasznie nam brakowało książek, a czytanie na komórce to nic przyjemnego. Ostatecznie od drugiej części podróży zaczęliśmy kupować książki i jeździliśmy z nimi. Odczuwaliśmy też brak codziennej rutyny, dlatego czasami lubiliśmy „pomieszkać” w hostelu. Ja ze słuchawkami na uszach montowałam kolejny reportaż, a Mikołaj przeglądał zrobione zdjęcia albo pisał tekst na bloga. Wiele razy woleliśmy popracować, niż oglądać kolejny wodospad, następną świątynię czy znowu gdzieś tam biec.

Trudne też muszą być święta z dala od domu. Gdzie Was zastało Boże Narodzenie?
W pięknym miejscu, w Patagonii, w Bariloche u podnóża Andów, zwanej nie bez powodu argentyńską Szwajcarią. Nie było wielkiego szoku, bo nie przebywaliśmy w jakimś upalnym miejscu, a świąteczne dekoracje pozwalały poczuć bożonarodzeniowy klimat. Oczywiście, było ciężko, gdy zadzwoniliśmy do rodziny i uświadomiliśmy sobie, że oni siedzą przy wigilijnym stole. My też siedzieliśmy, tyle że nad jeziorem, a wieczór spędziliśmy w hostelu z Francuzami, którzy zrobili swoją tradycyjną potrawę, a my barszcz, bo o dziwo dostaliśmy buraki. Tłumaczyliśmy im, że to polska wigilijna zupa. Strasznie się zmartwili, że tak biednie świętujemy w Polsce tylko przy barszczu, więc musiałam wyprowadzić ich z błędu i opowiedzieć o naszych 12 wigilijnych potrawach.

PARAGWAJ / AKATI

PARAGWAJ / AKATI



Gotowaliście wędrując dookoła świata?
Mieliśmy z sobą sprzęt kempingowy, kuchenkę turystyczną, swoje garnki, więc gdy była okazja, to sami coś przyrządzaliśmy. W Azji zrezygnowaliśmy z własnej kuchni, bo wystarczyło pójść za róg i kupić u lokalnego sprzedawcy „ichniejsze” jedzenie. Tanie, różnorodne i smaczne. Jednak w pewnym momencie zaczął „chodzić” za nami schabowy, tęskniliśmy za pierogami, a przede wszystkim za polskim chlebem, który smakuje najlepiej na świecie.

Nie kłóciliście się?
Chyba tylko raz wystąpiła nerwowa sytuacja. W strasznym upale przechodziliśmy granicę z ciężkimi bagażami, więc byłam trochę marudna. Wtedy Mikołaj, który jest spokojnym człowiekiem, powiedział mi dosadnie, że jak chcę, to mogę wracać, nikt mnie tu nie trzyma na siłę, a moje marudzenie nic nie zmieni, kilometry przez to się nie zmniejszą. I tyle. Myślę, że mamy charaktery korelujące ze sobą, oboje nie stwarzamy sytuacji konfliktowych. Każdy z nas jest trochę samotnikiem, umiemy zajmować się swoimi sprawami, czasem lubimy razem pomilczeć.

WIETNAM / SAPA

WIETNAM / SAPA



Idealna z Was para po podróżniczych przejściach.
Rok w podróży to generalna próba charakterów. Dokładnie wiem, jakich zachowań mogę się spodziewać po Mikołaju, a on doskonale wie, jaka ja jestem. Nie ma lepszego sposobu na poznanie siebie. Nic się nie ukryje. Nasz lekarz od chorób tropikalnych powiedział przed
wyjazdem: „Albo wrócicie razem tak na zawsze, albo oddzielnie i nie będziecie mogli na siebie patrzeć”. Ale skoro wróciliśmy razem, to jest OK.

Tak na zawsze, jak mówił lekarz?
Uświadomiłam sobie, że przez ten czas byliśmy ze sobą nie tylko jako partnerzy. Mikołaj stał się też moim najlepszym przyjacielem. Zna mnie najlepiej ze wszystkich. Więc zyskałam przyjaciela.

Tylko przyjaciela?
No dobrze, powiem… Było to w Nowej Zelandii. Magiczne miejsce, małe miasteczko Wanaka, piękne jezioro otoczone górami. Na zdobytym szczycie dostałam od Mikołaja pierścionek z australijskim opalem. Nie wygląda na zaręczynowy, ale to dobrze, bo nie muszę się z niego tłumaczyć.

TOKIO

TOKIO



Oprócz pierścionka i opalenizny, co Ci jeszcze zostało z tej podróży?
Spokój. I zmiana priorytetów. Zaczęłam mniej się przejmować rzeczami, na które nie mam wpływu, staram się nie poddawać stresom związanym z pracą czy ludźmi. W Polsce wszyscy strasznie pędzą i cały czas coś muszą, coś sobie dokładają, niepotrzebnie się nakręcają. My przez ten rok trochę zwolniliśmy i mam nadzieję, że tak zostanie. Oczywiście wpadłam znowu w wir pracy, ale staram się znajdować chwile dla siebie, np. zaczęłam ćwiczyć jogę, by się wyciszyć i oczyścić umysł.

Dowiedzieliście się jeszcze czegoś o sobie?
Tego, że jesteśmy bardzo polscy, ale też zarazem bardzo europejscy, tak mocno osadzeni w tym kręgu kulturowym, że trudno byłoby nam osiąść na dłużej na przykład w Ameryce Południowej. Nie potrafilibyśmy się odnaleźć.


*Adriana Andrzejewska - 33 lata, dziennikarka radiowa. Razem z fotoreporterem Mikołajem Kurasem wybrała się w podróż dookoła świata. Podczas wyprawy prowadzili blog Rok Włóczykija.

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City