Piątek, 18 stycznia 2019

Matki, żony, kusicielki

W czasie menstruacji, narzeczeństwa i ciąży kobiety uważano za szczególnie podatne na wpływy demoniczne. Zagrożone były też osoby przebywające w ich towarzystwie.

Lena Szuster

Tagi: Miasta Kobiet kobieta narzeczona żona ciaża dziecko poród ślub wesele przesądy przesądy weselne

20 grudnia 2018, aktualizowano: 20-12-2018

Z dr hab. Violettą Wróblewską*, prof. UMK, rozmawia Lena Szuster




Jest takie przysłowie: „Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle”.
W kulturze tradycyjnej rzeczywiście uważano, że ze względu na swoją naturę kobiecie bliżej jest do diabła niż do Stwórcy. Cielesność, sensualność, menstruacja, możliwość dawania życia - wszystko to sprawiało, że kobiety mocno wiązano z aspektami demonicznymi, odbierano jako grzeszne i nieczyste. Jeżeli kogoś trzeba było obwinić za nieurodzaj albo nieszczęście w małżeństwie sąsiada - zawsze była to przedstawicielka płci pięknej. Dowodem niech będzie znana wśród chłopstwa opowieść o Ewie kuszącej Adama. W kobiecie widziano pewne zagrożenie i uznawano ją za istotę mediacyjną.

Mediacyjną - to znaczy jaką?
Stojącą trochę pomiędzy naszym światem a zaświatami, niezakorzenioną ani po jednej, ani po drugiej stronie. Podobny charakter w wierzeniach ludowych mieli starcy, chorzy i dzieci. Oczywiście to nie było tak, że kobieta całe życie pozostawała narażona na wpływy zaświatów! Możemy mówić o trzech sytuacjach, w których jej rola mediacyjna rosła - czas menstruacji, narzeczeństwa oraz ciąży. W tych momentach kobiety uważano za szczególnie podatne na wpływy demoniczne, zagrożone były też osoby przebywające w ich towarzystwie. Stąd szereg obostrzeń i przesądów, z których część przetrwała po dziś dzień.

Na przykład przesąd mówiący o tym, że podczas miesiączki nie ma co piec ciast, bo i tak nie wyjdą…?
W wierzeniach ludowych krew menstruacyjna uchodziła za nieczystą i skażoną. Siłą rzeczy to skażenie wpływało na wszystko, co miesiączkująca kobieta robiła w gospodarstwie domowym - nie mogło się udać ani kiszenie ogórków czy kapusty, ani wykonywanie przetworów, ani pieczenie ciast i wyrabianie chleba. Bo pamiętajmy, że chleb sam w sobie miał pierwiastek sakralny, był symbolem życia - włączanie do procesu jego powstawania sił demonicznych można uznać za coś w rodzaju świętokradztwa! Mamy tu nawet nieprzypadkowe podobieństwo brzmieniowe: „zakalec” i „skalana”. Za czasów PRL-u do puli działań, które nie wychodzą ze względu na menstruację, dołączyła trwała ondulacja. Współcześnie - farbowanie włosów.


BADANIA DOWODZĄ, ŻE POMIMO POKUTUJĄCEJ DZIŚ ROMANTYCZNEJ WIZJI CZYSTOŚCI, NA WSI ISTNIAŁO DUŻE PRZYZWOLENIE NA WSPÓŁŻYCIE PRZED ŚLUBEM. PODEJŚCIE DO SEKSUALNOŚCI ZMIENIŁO SIĘ ZNACZNIE W XIX WIEKU POD WPŁYWEM NAUCZANIA KOŚCIELNEGO.


A skąd zagrożenia w okresie narzeczeństwa?
Narzeczeństwo to dla kobiety okres przejściowy - już nie jest panną, ale jeszcze nie żoną. Znów więc możemy powiedzieć, że stoi pomiędzy porządkami, jasno określonymi, wyznaczonymi rolami. Przez cały okres narzeczeństwa musi przebywać pod opieką bliskich, właściwie nigdy nie zostaje sama, wciąż pilnuje się, żeby nie zrobiła czegoś, co mogłoby splamić jej duszę i ciało. Szczęśliwie dla kobiet okres narzeczeństwa nie trwał wówczas tyle, co obecnie. Na ogół zamykał się w trzech, czterech tygodniach - tyle czasu potrzebowano na zapowiedzi i przygotowanie wesela.

W takim weselu udział brała cała wieś.
To było olbrzymie wydarzenie! Wesele organizowano w domu panny młodej, w pięknie ustrojonej stodole albo karczmie. W przygotowaniach uczestniczyli wszyscy sąsiedzi, w ramach darów weselnych przekazywano produkty spożywcze oraz alkohol, rzadziej pieniądze. Kluczowym momentem był wieczór panieński. Dzisiaj to czas ekspansji kobiecości i sił witalnych - w tradycji ludowej wręcz przeciwnie. Na wieczorze panieńskim było spokojnie, śpiewano pieśni, pleciono wianki i tzw. rózgi weselne. Równolegle panowie przystrajali salę weselną, dobrze się przy tym bawiąc i pijąc, a później pojawiali się pod domem narzeczonej, żeby z hukiem tłuc szkło. W ten sposób odstraszano demony. W zaświatach, jak wierzono, panowała cisza, śmierć, brakowało dźwięków, dlatego wesele musiało być jak najbardziej huczne, głośne i hałaśliwe.

NARZECZEŃSTWO TO DLA KOBIETY OKRES PRZEJŚCIOWY – JUŻ NIE JEST PANNĄ, ALE JESZCZE NIE ŻONĄ. STOI POMIĘDZY PORZĄDKAMI I POMIĘDZY JASNO OKREŚLONYMI, WYZNACZONYMI ROLAMI.


Jakie jeszcze weselne obyczaje przetrwały do dzisiaj?
Chociażby odprowadzanie panny młodej do ołtarza. To wynika z jednej strony ze wspomnianej już wcześniej konieczności sprawowania pieczy nad narzeczoną, z drugiej - z systemu patriarchalnego, w którym kobieta właściwie nigdy nie była samodzielna, nie decydowała o sobie czy o gospodarstwie. Najpierw pozostawała pod opieką ojca lub innego męskiego krewnego, później przechodziła pod władzę męża. Zawsze była podporządkowana. Ciekawym obyczajem, trochę już zapominanym, jest porwanie, wykup oraz targowanie się o pannę młodą. Inne kobiety lub mężczyźni przebrani za dziadów weselnych uprowadzali pannę młodą - czasem po prostu do innej izby, czasem na podwórze. Pan młody musiał ją odszukać i wykupić, zazwyczaj alkoholem. W zależności od regionu dochodziły do tego mniej lub bardziej widowiskowe, improwizowane przepychanki albo nawet symboliczny pościg.

A przenoszenie przez próg?
Tu sprawa robi się bardziej skomplikowana. Tak jak w życiu kobiety były okresy mediacyjne, tak też w tradycji chłopskiej mediacyjność wiązała się z pewnymi określonymi przestrzeniami czy momentami. Za szczególnie niebezpieczne uważano północ i południe - wówczas granica pomiędzy światami się zacierała. Jeszcze większą symbolikę miały rozdroża czy właśnie próg. Doskonale widać tu bardzo ważną w wierzeniach ludowych opozycję pomiędzy swoim a obcym. Swój jest dom, obcy - świat zewnętrzny. Próg wyznaczał granicę pomiędzy tymi różnymi znaczeniowo przestrzeniami. Badania prowadzone przez etnologów i archeologów dowodzą, że prawdopodobnie w ziemi pod progami zakopywano resztki poporodowe oraz prochy zmarłych. Później oczywiście Kościół zakazał takich praktyk, ale ich powszechność dowodzi, jak wielkie symboliczne znaczenie miał próg. Był miejscem granicznym, szczególnie bliskim zaświatom.

Czyli niebezpiecznym dla panny młodej?
Tym bardziej niebezpiecznym, że choć w teorii po ceremonii kościelnej była już żoną, w praktyce i wedle prawideł ludowych miała się nią stać dopiero po oczepinach. Wciąż więc pozostawała w fazie mediacyjnej i potrzebowała bezpiecznego przeniesienia przez próg - w nowe życie. To bardzo interesująca kwestia. Porządek kościelny został nałożony na starsze, pogańskie obrzędy, ale często to właśnie te drugie pełniły kluczową rolę. Jeszcze w XIX wieku etnografowie napotykali w górach lub w miejscach oddalonych od większych ośrodków miejskich pary, które nie miały ślubu kościelnego, ale były uznawane za małżeństwa, ponieważ dopełniły ludowego zwyczaju - publicznie, w trakcie obrzędu weselnego zadeklarowały, że są razem. To wystarczyło.

Formalnie okres mediacyjny kończył się właśnie w momencie oczepin. Pannie młodej rozplatano lub skracano włosy, a następnie zakładano czepiec - w tym momencie stawała się żoną. Obrzędy zamykające, które spotykamy do dziś, to na przykład pierwszy taniec albo zbieranie na kołyskę - bo ślub w dużej mierze służył nie tyle spełnianiu romantycznych zapędów, co zapowiadał prokreację.


SEKS BYŁ TABU. NAWET JEŻELI MIESZKAŃCY WSI OPOWIADALI ETNOGRAFOM I ETNOLOGOM O SWOIM ŻYCIU EROTYCZNYM, CI NAJCZĘŚCIEJ NIE PUBLIKOWALI TAKICH RELACJI LUB JE ZMIENIALI, UCIEKAJĄC SIĘ DO SYMBOLIKI I ZAMIAST O CNOCIE, PISZĄC NA PRZYKŁAD O PANNIE, KTÓRA CHCIAŁA PODAROWAĆ ŻOŁNIERZOWI KORALE.


W ten sposób dochodzimy do nocy poślubnej. Jak wyglądała edukacja seksualna?
To bardzo dobre pytanie, na które niestety nie mamy pewnej odpowiedzi, tylko przypuszczenia. Seks był tabu. Nawet jeżeli mieszkańcy wsi opowiadali etnografom i etnologom o swoim życiu erotycznym, ci najczęściej nie publikowali takich relacji lub je zmieniali, uciekając się do symboliki i zamiast o cnocie, pisząc na przykład o pannie, która chciała podarować żołnierzowi korale. Możemy przypuszczać, że edukacja seksualna właściwie nie istniała i wszystkiego uczono się w praktyce.

Co ciekawe, liczne dokumenty historyczne i badania dowodzą, że pomimo pokutującej dziś romantycznej wizji czystości, na wsi istniało duże przyzwolenie na współżycie przed ślubem. Podejście do seksualności zmieniło się znacznie w XIX wieku pod wpływem nauczania kościelnego, w trakcie którego ciało prezentowano jako sferę grzechu. Wcześniej prawdopodobnie większość panien młodych miała już za sobą pierwsze doświadczenia seksualne. Problemem tak naprawdę był brak antykoncepcji i w efekcie - niechciane ciąże.

W jaki sposób sobie z tym radzono?
Istniała cała gama różnych środków - od bardziej wyrafinowanych, jak na przykład wywary ziołowe, aż po prymitywne, w rodzaju skakania przez drzewo lub dźwigania ciężkich wiader z wodą do momentu przemęczenia organizmu i poronienia. Zdarzało się też, że kobiety donaszały taką ciążę do końca. Nikt wtedy nie przejmował się linią, ubrania miały luźny krój, stosunkowo łatwo dawało się więc ukryć rosnący brzuch. Niestety, finał takich historii był ponury. Kobiety rodziły w ustronnych miejscach, a następnie porzucały, zakopywały albo topiły dzieci. O tym, że nie był to proceder jednostkowy, świadczą liczne przekazy i opowieści o matkach dzieciobójczyniach, często powstrzymywanych w ostatniej chwili lub karanych przez jakąś siłę wyższą. Samotna kobieta z dzieckiem, tzw. bękartem, bąkiem bądź znajdkiem czy znajdą, nie była w wiejskiej społeczności akceptowana i musiała się liczyć z przejawami społecznego ostracyzmu.

Po ślubie ciąża była jednak mile widziana.
Wręcz konieczna. A przy tym, jak już mówiłyśmy wcześniej, związana z niebezpieczeństwem i kolejnym okresem mediacyjnym. Stan wiedzy medycznej był, delikatnie mówiąc, znikomy. Nie do końca rozumiano, w jaki sposób w kobiecie powstaje nowe życie, skąd pochodzi, kim będzie ten nowy człowiek, znów więc pojawiały się pewne obostrzenia. Ciężarna nie mogła na przykład zostać druhną - to zakłóciłoby porządek rzeczy, bo ślub wzięłaby ta dodatkowa, nienarodzona osoba! Kobiety w ciąży nie proszono też na chrzestną. Wierzono, że w takiej sytuacji któremuś z dzieci groziłaby śmierć.

Kulminacyjnym momentem były narodziny - i następujący po nich okres połogu, zakończony wywodem, czyli pójściem do kościoła i spowiedzi. Do tego momentu młoda mama była traktowana jako nieczysta i skalana. Starano się nie zostawiać jej samej, co akurat z medycznego punktu widzenia możemy uznać za korzystne, choć oczywiście nie kierowano się aspektami zdrowotnymi, a raczej strachem przed zakusami demonów. Szczególnie dziwożon, zwanych w niektórych regionach boginkami.

GDY DZIECKO MIAŁO JAKIŚ FIZYCZNY DEFEKT, BYŁO UPOŚLEDZONE ALBO ŹLE SIĘ ROZWIJAŁO, WIERZONO, ŻE ZOSTAŁO PODMIENIONE – PRAWDZIWE ZABRAŁA DZIWOŻONA, ŚWIEŻO UPIECZONYM RODZICOM ZOSTAWIAJĄC NA WYCHOWANIE WŁASNE, DEMONICZNE POTOMSTWO.


Czemu tak bardzo się ich obawiano?
Mogły uprowadzić młodą matkę na pola. W wielu opowieściach porwana w ostatniej chwili chwyta ziele dzwonka i dlatego dziwożona jednak ją zostawia, ale… Kobieta i tak często umiera. Dzisiaj możemy przypuszczać, że chodziło o śmierć z wycieńczenia, gorączki poporodowej czy zakażenia, albo o to, że ucieczka z domu wiązała się z depresją lub innymi zaburzeniami emocjonalnymi. Wówczas całą winę zrzucano na działania demonów. Podobnie, gdy dziecko miało jakiś fizyczny defekt, było upośledzone, źle się rozwijało. W takich sytuacjach wierzono, że noworodek został podmieniony - prawdziwego zabrała dziwożona, świeżo upieczonym rodzicom zostawiając na wychowanie własne, demoniczne potomstwo.

Można się było jakoś ochronić przed podmienieniem?
Stosowano różnego rodzaju praktyki zabezpieczające - poświęcone zioła dzwonka czy czerwone kawałki materii wkładane do kołyski lub wiązane przy kołysce. Z tym drugim obyczajem spotykamy się nawet dzisiaj! Ogólnie bacznie pilnowano dziecka do momentu chrztu - ale i z samym chrztem wiązały się pewne niebezpieczeństwa. Szczególnie obawiano się przejęzyczeń - wierzono w sprawczą moc słowa. Na przykład powiedzenie „mara” zamiast „wiara” czy „Maria” mogło zmienić dziecko w strzygę, czasem nawet po latach albo po śmierci.
Wszelakie odstępstwa od normy, czy to w zachowaniu, czy wyglądzie, różnego rodzaju znamiona, garby, kulawizna, nadmierne owłosienie odczytywano jako znaki demoniczności i wpływu zaświatów.

Jak rodzice traktowali takie rzekomo podmienione albo demoniczne dzieci?
Nie najlepiej. Ze względu na dużą śmiertelność dzieci w ogóle nie były jakoś szczególnie traktowane - kochano je, ale nie przywiązywano się do nich i nie otaczano taką czułością czy pieczą jak obecnie. Maluchy, które uważano za podmienione, często spotykał okrutny los. Powszechną praktyką było bicie rózgami - miało skłonić dziwożonę do odebrania pociechy i zwrócenia „prawdziwego” noworodka. Co oczywiście nigdy nie następowało. Idąc dalej - wszelakie odstępstwa od normy, nie tylko dzieci, ale i dorosłych, przejawy innego sposobu myślenia, wychodzenia poza ustalone odgórnie role i schematy były bardzo źle widziane, wiązały się z ostracyzmem i wykluczaniem.

WEDŁUG BADAŃ PRZECIĘTNY CHŁOP CAŁE SWOJE ŻYCIE SPĘDZAŁ W OBRĘBIE ZALEDWIE PIĘCIU KILOMETRÓW OD MIEJSCA URODZENIA.


Czyli ta wieś nie była ani spokojna, ani wesoła - jak chciał Kochanowski.
Wciąż trochę hołubimy tę literacką wizję sielankowej wsi, ale prawda jest taka, że to było trudne życie w bardzo ciężkich warunkach. Z naszej perspektywy łatwo oskarżać, łatwo mówić, że powinno być inaczej - kobiety mogły walczyć o swoje prawa, bicie dzieci jest złe, a odmienności nie powinno się karać. Nie możemy jednak zapomnieć o perspektywie tamtych czasów i ludzi. Według badań przeciętny chłop całe swoje życie spędzał w jednej wsi i poruszał się w obrębie pięciu kilometrów od miejsca urodzenia! Proszę sobie wyobrazić, jak mały i zamknięty był jego świat! Nie znał nic poza swoją wsią. Nie sądził, że mogą być inne wzorce, inne możliwości. A nawet jeżeli takie możliwości się pojawiały, nie akceptował ich, uważał za zagrożenie dla życia wspólnoty.

Los kobiet w tym tradycyjnym, ludowym porządku był - z naszej perspektywy - tragiczny, ale same zainteresowane często odbierały to inaczej. Z całą pewnością dumą napawało bycie żoną, gospodynią i matką, a więc wypełnianie powierzonych ról społecznych, które potwierdzały status kobiety. Biorąc to pod uwagę, tym bardziej warto docenić heroizm kobiet - siłę do odnajdywania i wyrażania siebie w świecie, który nie dawał im właściwie żadnych praw do samostanowienia. Dlatego zawsze powtarzam: nie oceniajmy, ale wyciągajmy wnioski.


*dr hab. Violetta Wróblewska

prof. UMK, profesor nadzwyczajny w Zakładzie Folklorystyki i Literatury Popularnej, kierownik Katedry Kulturoznawstwa UMK, autorka licznych prac z zakresu folkloru tradycyjnego i współczesnego, kultury i literatury dziecięco-młodzieżowej oraz popularnej, kierownik projektu badawczego w ramach Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki „Polska bajka ludowa. Słownik” (bajka.umk.pl).

Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City