Piątek, 18 stycznia 2019

Nie jestem trenerem zza bandy - rozmowa z Sylwią Nowak-Trębacką

Podczas moich startów emocje towarzyszyły mi tylko do pierwszego kroku na lodzie, później już nie czułam stresu. Natomiast teraz przez cały występ Natalii i Maksyma odczuwam wielkie napięcie.

Jan Oleksy

Tagi: miasta kobiet łyżwiarstwo taniec pasja trener trenerka

14 stycznia 2019, aktualizowano: 14-01-2019

Z Sylwią Nowak-Trębacką*, trenerką łyżwiarską olimpijczyków Natalii Kaliszek i Maksyma Spodyrieva, rozmawia Jan Oleksy




Jak to się stało, że znalazła się Pani w Toruniu? Przecież przez wiele lat reprezentowała Pani łódzki klub łyżwiarski.
Pochodzę z Łodzi, gdzie spędziłam większość mojego życia. Paręnaście lat temu trenerzy Dorota i Mariusz Siudkowie, działający w toruńskim klubie Axel, prosili mnie, bym przyjechała popracować warsztatowo z ich zawodnikami, poukładać choreografię, doskonalić technikę jazdy. Tak się zaczęło. Po jakimś czasie dostałam od Marka Kaliszka, prezesa klubu Axel, propozycję pracy. Bardzo szybko się spakowałam i w jeden dzień przeniosłam się z dziećmi do Torunia. I tak jestem tu już 10 lat.

Czyli Natalia i Maks, których aktualnie Pani prowadzi, nie byli bezpośrednim powodem przeprowadzki?
Natalia stawiała wtedy pierwsze kroki w parach sportowych, jeździła jeszcze wówczas z bratem Michałem. Nie przeprowadziłam się po to, aby prowadzić tylko swoich zawodników, chociaż gdzieś tam z tyłu głowy miałam taką myśl. Bardziej jednak nastawiałam się na szkolenie wszystkich młodych zawodników ukierunkowanych na taniec na lodzie.

Jest Pani bardzo utytułowaną byłą zawodniczką, startowała Pani w parach tanecznych z Sebastianem Kolasińskim, dwukrotnie uczestniczyła w igrzyskach olimpijskich, była mistrzynią świata juniorów, dziewięciokrotną mistrzynią Polski… To z pewnością podnosi prestiż trenera.
Nie wiem, czy ktokolwiek w ogóle wie o moich sukcesach. Bardziej staram się zasłużyć na prestiż obecną pracą, podejściem do dzieci, do młodych zawodników. Nigdy nie zastanawiałam się, czy sukcesy, które niosę w bagażu, są jakimś wyznacznikiem.

Przemawia przez Panią skromność, ale myślę, że sukcesy sytuują Panią w ekstralidze trenerów, o ile taka istnieje…
Jestem trenerem drugiej klasy, mam zawodników na różnym poziomie zaawansowania, wyszkoliłam olimpijczyków, mam się czym pochwalić w mojej pracy trenerskiej. Ligi trenerów w łyżwiarstwie nie ma, są tylko normalne stopnie trenerskie, tak jak w innych dyscyplinach sportu.


W ŁYŻWIARSTWIE NIE DA SIĘ WSZYSTKIEGO DOKŁADNIE ZMIERZYĆ, JAK W RZUCIE MŁOTEM. ZAWSZE ISTNIEJE JAKIŚ UŁAMEK SUBIEKTYWNOŚCI.


Wspomniała Pani, że przeprowadziła się do Torunia ze swoimi dziećmi. One też zaraziły się łyżwiarstwem?
Moja rodzina jest bardzo usportowiona, mąż również jeździł na łyżwach, ale po zakończeniu swojej przygody z łyżwiarstwem nigdy do tej dyscypliny nie wrócił. Jest natomiast wielkim fanem sportu, ale przede wszystkim piłki nożnej, którą amatorsko zajmuje się cały czas. Moje dzieci poznały wiele dyscyplin, w każdej radząc sobie w miarę przyzwoicie. Aktualnie syn Maksymilian gra w piłkę w toruńskiej Elanie, a córka Sonia w koszykówkę w Katarzynkach. Na razie mocno się angażują, zobaczymy, co z tego wyniknie.

Nie katowała ich Pani, żeby jeździli na łyżwach?
Jazdę na łyżwach traktujemy jako rodzinną przyjemność, najczęściej w weekendy czy święta, kiedy jesteśmy wszyscy razem. Oczywiście moje dzieci potrafią jeździć, Sonia lepiej, Maksio trochę gorzej, ale dają sobie radę, wstydu nie ma.

Pani założyła łyżwy bardzo wcześnie. Dowiedziałem się, że w wieku czterech lat.
W tym wieku powinno się zaczynać, bo łyżwiarstwo jest sportem wczesnej specjalizacji, a niestety długo trwa dojście do dobrego poziomu wyszkolenia. Tak też było ze mną. Zaczęłam jeździć na łyżwach, gdy skończyłam cztery lata.

Zaowocowało to mistrzowską formą. Często tak się dzieje, że byli zawodnicy stają się trenerami. Czy planowała Pani po zakończeniu kariery zostać nadal w świecie łyżwiarstwa?
Skończyłam karierę w 2003, wtedy urodził mi się syn. Na ostatnich mistrzostwach Europy startowałam, będąc już w ciąży. Na początku planowaliśmy razem z moim partnerem tanecznym Sebastianem, że urodzę i wrócę do łyżwiarstwa. Tak też się stało. Maksa urodziłam w sierpniu, w październiku już stałam na lodzie, a synek siedział w foteliku w bazie. Wkrótce jednak doszliśmy do wniosku, że nadszedł czas, by pożegnać się z łyżwiarstwem. Może brakowało nam bodźców?

Ile wtedy miała Pani lat?
27.

To był już wiek emerytalny?
Można jeszcze powalczyć, tak mniej więcej do trzydziestki, ale to zawsze indywidualna sprawa. Pożegnaliśmy się z publicznością i od razu zaczęłam pracować w szkółce łyżwiarskiej w Łodzi.

Postanowiła Pani przekazywać swoje doświadczenia, które zdobyła na lodzie?
Przekazuję nie tylko to, czego się nauczyłam, będąc zawodnikiem, ale też korzystam z doświadczenia, którego nabyłam, będąc już trenerem, prowadzę dużo szkoleń, seminariów, staram się dzielić swoją wiedzą z moimi uczniami. Łyżwiarstwo jest dyscypliną, która bardzo mocno się rozwija, często też zmieniają się regulaminy, więc trzeba być na bieżąco, zwłaszcza że jestem też międzynarodowym sędzią technicznym.

A jak wygląda trening Natalii i Maksyma?
Na mistrzowskim, profesjonalnym poziomie to właściwie nie jest już trening, tylko „full time” praca, w której spędzają po 8-9 godzin dziennie. Są to zajęcia nie tylko na lodzie, wiele czasu zajmują ćwiczenia ogólnorozwojowe, balet klasyczny, nowoczesny, różne dziedziny tańca, stretching, siłownia, lekkoatletyka… Łyżwiarstwo to jest mieszanka wielu dyscyplin.

Trener też musi ciągle być w formie?
Musi uczyć, wspierać, kontrolować… Nie jestem trenerem, który uczy zza bandy. Z Natalią i Maksem jestem cały czas na lodzie, pokazuję układy choreograficzne i ruchy, jak na przykład przełożyć rękę czy nogę.

Przypomina to pracę reżysera?
Na mistrzowskim poziomie na pewno. Łyżwiarstwo jest sportem z dużą dozą artyzmu, więc trzeba być dobrym reżyserem, który układa program, zajmuje się choreografią.

Pani proponuje, co i jak mają tańczyć?
Do tej pory układałam wszystkie programy. W tym roku rozpoczęliśmy współpracę z Robertem Bondarą, znanym tancerzem Teatru Wielkiego z Warszawy, który pomógł nam stworzyć choreografię tańca dowolnego. Ale zrobił to na parkiecie, a my musieliśmy wszystko przełożyć na lód.

Jak wygląda relacja między Panią a parą? Na zasadzie mistrz-uczeń czy raczej zgrane trio przyjaciół?
Trzeba byłoby zapytać moich zawodników, jak oni to odbierają. Oczywiście, pracujemy jako trio, staram się brać pod uwagę ich zdanie, ale ja podejmuję decyzje i zawsze do mnie należy ostatnie słowo.

Dogadujecie się?
Uważam, że komunikacja między nami jest naprawdę bardzo dobra, nie mam z nimi problemów, to są bardzo dobre dzieciaki, bardzo dobrze wychowane, grzeczne, kulturalne, więc współpraca z nimi przebiega na poziomie przyjacielskim. Jestem trenerem, a nie mentorem.

Jesteście jak dobrze naoliwiona maszyna.
Jak jeden organizm.

Jeżeli nie znajdą się na podium, to co im Pani mówi? „Kochani, nic się nie stało”?
To zależy, z jakiego powodu nie znaleźli się na podium. Jeżeli była duża konkurencja, a pojechali świetnie, to nie ma zmartwienia. Na podium są tylko trzy miejsca, więc dla mnie czasem ważniejsze jest to, jak się zaprezentują. Np. na zawodach Tallinn Trophy 2018, które odbyły się na przełomie listopada i grudnia, zajęliśmy trzecie miejsce w parach tanecznych. Tam było ciasno na podium. Natalia i Maksym mogli swobodnie być zarówno pierwsi, drudzy, jak i trzeci. Nie płakałam, że nie byli pierwsi. Przegrali dosłownie o paznokieć, ale dla mnie ważniejsze było to, że był to ich kolejny mocny występ, że pojechali nadspodziewanie dobrze.

W tej dyscyplinie, jak w rzadko której, oceny bywają subiektywne. Jednemu występ podoba się bardziej, drugiemu mniej…
Łyżwiarstwo jest sportem, gdzie czynnik ludzki, subiektywna ocena ma wielkie znaczenie, chociaż od wielu lat funkcjonuje bardziej obiektywny system oceniania. Zmierza to ku temu, żeby łyżwiarstwo było sportem bardziej wymiernym. Ale i tak nie da się wszystkiego dokładnie zmierzyć, jak w rzucie młotem. Zawsze istnieje jakiś ułamek subiektywności.

Istnieje niepewność oceny występu. Gryzie Pani wtedy paznokcie?
Oczywiście, bardzo się denerwuję, ale mam świadomość, że wszystko, co mogłam, to zrobiłam. W momencie, kiedy wychodzą na lód, zaprezentować naszą wspólną pracę, to choć wiem, że nie mam już na nic wpływu, i tak targają mną emocje. Zawsze jest stres.

Bardziej przeżywa Pani teraz występy swoich zawodników czy kiedyś własne?
Podczas moich startów emocje towarzyszyły mi tylko do pierwszego kroku na lodzie, później już nie czułam stresu. Natomiast teraz przez cały czas trwania programu, stojąc za bandą, odczuwam wielkie napięcie. Nie potrafię tego wyłączyć przy ich pierwszym kroku.

Jak Pani motywuje zawodników? „Słuchajcie, złoty medal czeka…”?
Nigdy tak nie mówię, zwykle proszę, żeby pojechali najlepiej jak potrafią, że są świetnie przygotowani, że to jest ten czas i to miejsce na pokazanie formy. Staram się ich wzmacniać, motywować, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się wspominać o walce, miejscach i medalach.

To byłoby stresujące.
Sama nie chciałabym, żeby ktoś wywierał na mnie taką presję.

Zawsze jest Pani z nimi na wszystkich zawodach, by razem się cieszyć i razem pocieszać?
Na razie się nie zdarzyło, żeby występowali beze mnie, byłam z nimi na każdych zawodach. Na tym też chyba polega moja praca.

A co jest największą radością trenerki?
Wielkim sukcesem na poziomie trenerskim jest fakt, że udało mi się wyszkolić parę, która wzięła udział w igrzyskach. Każdy sukces Natalii i Maksyma traktuję wyjątkowo, każdy ich start jest dla mnie sukcesem, jeśli robią dobre wyniki. Sama praca trenerska jest dla mnie sukcesem - to, że mogę pracować z nimi i z młodzieżą, którą trenuję. Wielką satysfakcję daje nam fakt, że w przyszłym roku jednym z tańców obowiązkowych będzie fokstrot, który ułożyłam dla Natalii i Maksa. Tak się spodobał międzynarodowej unii łyżwiarskiej, że wprowadzono go do kanonu tańców obowiązkowych. Wszystkie pary juniorskie będą jeździły taniec Natalii i Maksa do mojej choreografii.

A Pani lubi tańczyć? Myślę o parkiecie…
Bardzo lubię, tak jak zdecydowana większość tancerzy na lodzie. Ale nie jest to regułą.

Jakie macie najbliższe plany?
Obecnie jesteśmy w najbardziej zapracowanym okresie, startujemy tydzień po tygodniu, do końca roku mamy zaplanowane występy, a pomiędzy nimi normalne treningi. Początek przyszłego roku to zawody Mentor Cup w Toruniu, następnie mistrzostwa Europy, a później Uniwersjada. Mam nadzieję, że Natalia z Maksem zrobią też kwalifikacje na mistrzostwa świata seniorów, które odbędą się w marcu w Japonii. To będzie ich ostatni start sezonu. A co dalej, zobaczymy. Oby tylko starczyło im sił, zapału i zdrowia, żeby wystartować w kolejnej olimpiadzie. Ale w tej kwestii mam jak najmniej do powiedzenia.

Nie chcą tak zdolnej trenerki porwać gdzieś w świat?
Co jakiś czas pojawiają się takie propozycje, aczkolwiek uważam, że na razie powinnam skoncentrować się na pracy w Toruniu, przynajmniej dopóty, dopóki wszystkie przeciwności nie zirytują mnie na tyle, że powiem „dość”.

Trener to zawód, pasja czy misja?
W moim przypadku ułożę to w innej kolejności: pasja, misja i na końcu zawód. Bez scalenia tych trzech rzeczy nie byłoby prawdziwego trenera.


*SYLWIA NOWAK-TRĘBACKA - dwukrotnie reprezentowała Polskę na Igrzyskach Olimpijskich w Nagano i w Salt Lake City. Do jej największych osiągnięć należy tytuł V-ce Mistrzyni Świata w Tańcach na Lodzie (Seul 1993) oraz tytuł Mistrzyni Świata Juniorów (Colorado Springs 1998). W latach 1990-2003 była Mistrzynią Polski Juniorów i Seniorów. Jest trenerem, jej zawodnicy, para taneczna Natalia Kaliszek i Maksym Spodyriev, wywalczyli do tej pory 7 miejsce w Mistrzostwach Świata Juniorów, 14, 11 i 8 miejsce w Mistrzostwach Europy, oraz 16 i 14 miejsce w Mistrzostwach Świata Seniorów. Na Igrzyskach Olimpijskich w PyongChang Natalia z Maksymem zajęli 14 miejsce. Są to jak do tej pory najlepsze lokaty zajmowane przez Polaków od wielu lat.


Partnerzy Miast Kobiet

  • Consilis
  • Positivemind.pl
  • Focus
  • UM Bydgoszcz
  • Brigdehead
  • Teatr Polski
  • FKE
  • MCK Bydgoszcz
  • Dwór Artusa
  • Helios
  • Multikino
  • Cinema City