Realista dostosowuje żagle - rozmowa z podróżniczką Alicją Rapsiewicz

Mariusz Sepioło

Kiedy w Chinach skradziono nam rowery, przekonałam się, że żadne doświadczenie nie jest ani jednoznacznie złe, ani dobre. Nawet najgorsza sytuacja ma w sobie ukryte dobro. I odwrotnie.

Z Alicją Rapsiewicz*, blogerką i podróżniczką, rozmawia Mariusz Sepioło

Zdobyła Pani pierwszą nagrodę w Turystycznych Mistrzostwach Blogerów. Nie wiedziałem, że w tej dziedzinie też można rywalizować.
Idea Mistrzostw jest dość eksperymentalna, ale ciekawa. W pierwszym etapie zgłaszają się blogerzy, którzy mają na koncie co najmniej trzy teksty o Polsce. Spośród nich komisja wybiera 16, każdego przyporządkowując do jednego województwa. W drugim etapie trzeba było stworzyć dwa wpisy o miejscach lub produktach turystycznych ze swojego województwa, przy współpracy z lokalną organizacją turystyczną. Na ocenę wpływało opisanie czegoś nowego lub przyjęcie nowej, oryginalnej perspektywy. Znaczenie miały też zdjęcia i ich jakość, zasięgi oraz głosowanie internautów, którzy mogli oddawać na dany blog tylko jeden głos dziennie. Do trzeciego etapu wybrano ośmiu blogerów. Musieliśmy stworzyć wpis i dodatkowo film o województwie.

Bloga Loswiaheros.pl prowadzi Pani z Andrzejem Budnikiem od kilkunastu lat. Opisujecie podróże po całym świecie, pokazujecie codzienność w drodze i podpowiadacie, co zrobić, by stała się wygodniejsza. Dlaczego zdecydowała się Pani wystartować w konkursie na bloga o Polsce?
Rywalizacja w ogóle nie jest w mojej naturze. Ale bardzo lubię pisać o Polsce, a zwykle brakuje mi czasu, motywacji. Stwierdziłam, że Mistrzostwa to dobry powód, by się zmobilizować. Poza tym uznałam, że województwo kujawsko-pomorskie jest niedoceniane i warto pokazać je z nowej strony, zaskoczyć czytelników. Przy pracy nad materiałami postanowiłam postawić na ludzi, którzy robią dobre i ciekawe rzeczy. Można zwiedzać piękne miejsca i oglądać zabytki, ale zawsze najlepiej pamięta się spotkania z ludźmi. Chciałam poszukać ciekawych historii, które mogą być przykładem i otuchą dla innych. Które pokażą, że w Polsce wcale nie jest nudno i szaro, że można robić ciekawe rzeczy i pozostać wiernym sobie i swoim przekonaniom.

FOT. LOSWIAHEROS.PL

W PEWNYM MOMENCIE ZACZĘŁAM PORÓWNYWAĆ SIĘ Z INNYMI. TEN MA PIĘKNY DOM, TAMTEN FIRMĘ. A JA? ZACZĘŁAM SIĘ ZASTANAWIAĆ, CZY TO MOJE PODRÓŻOWANIE W OSTATECZNYM ROZRACHUNKU NIE OKAŻE SIĘ STRATĄ CZASU. ALE DZIŚ JUŻ WIDZĘ, ŻE WSZYSTKIE DOŚWIADCZENIA UKŁADAJĄ SIĘ W JEDNĄ CAŁOŚĆ.

W drugim etapie w podróży przez region towarzyszył Pani Panashe, który pochodzi z Zimbabwe, a mieszka i pracuje w Warszawie.
Zaplanowałam trasę „wycieczki”, która miała pokazać Polskę na przestrzeni wieków. Zaczęłam od Biskupina. Pojechaliśmy też do skansenu w Kłóbce, Szafarni, gdzie wypoczywał i tworzył Fryderyk Chopin. Na trasie znalazł się Toruń z Mikołajem Kopernikiem i tradycjami astronomicznymi, a potem Bydgoszcz, gdzie mamy wiele ciekawych, współczesnych miejsc, jak Exploseum czy szlak TeH2O. Mogłabym tam pojechać sama, ale pomyślałam, że dobrze byłoby pokazać te miejsca osobie, która ich nie zna i nie ma o nich zdania. Dzięki temu zobaczyłam je zupełnie na nowo. Wcześniej w Zimbabwe spotkałam się z niesamowicie ciepłym przyjęciem. Postanowiłam ten „dług” podróżniczy zwrócić i zaprosić także kogoś stamtąd do obejrzenia ciekawego kawałka Polski.

Jak Panashe Pani pomógł?
Najciekawsze dla mnie były jego reakcje. Jechaliśmy np. do Biskupina przez bory i Panashe nie mógł się nadziwić - pierwszy raz widział sosnowy las. Kiedy zobaczył znak „Uwaga, dzikie zwierzęta”, krzyknął: „O, antylopy!”. Dla nas to nic nowego, ale jego fascynacja dała mi zupełnie nowe spojrzenie.

Pokazała, że czasem nie doceniamy tego, co mamy za rogiem i po sąsiedzku?
Im dłużej i dalej jeżdżę, tym bardziej doceniam Polskę. Lubię tu wracać. Chętnie wyjeżdżam, ale lubię mieć bilet powrotny; nigdy nie brałam pod uwagę, by na stałe zamieszkać gdzieś za granicą. Dzięki Mistrzostwom Blogerów przekonałam się, że są osoby, które nie tylko robią coś dla siebie, ale też dla wspólnoty lokalnej - jak np. Winnica przy Talerzyku w Topolnie czy państwo Adamczykowie w Dolinie Dolnej Wisły, którzy wyrabiają swoje własne sery. Okazało się, że ciągle są miejsca, gdzie mogę jeździć rowerem przez cały dzień i nie spotkać żywego ducha. Wcale nie trzeba wyjeżdżać za granicę, w góry i nad morze, żeby wypocząć aktywnie, wśród ludzi lub przeciwnie: na zupełnym odludziu.

Dziś Pani życie to podróżowanie, ale z wykształcenia i pierwszego zawodu jest Pani aktorką i lalkarką.
Już w moim rodzinnym Toruniu w czasach szkoły chodziłam na zajęcia teatralne. Jesienią odbywał się tu festiwal teatrów lalkarskich, podczas którego występowały też studenckie grupy z wydziałów lalkarskich z Białegostoku i Wrocławia. Te pokazy zawsze mi się podobały, czułam, że chciałabym się tym kiedyś zajmować. Dużą inspiracją dla mnie był Teatr Wierszalin, który w swoim repertuarze nawiązuje do mitów i folkloru. Pomyślałam, że jeśli miałabym być aktorką, to tylko w takim teatrze. Skończyłam Wydział Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku. Na początku pracowałam w Teatrze Lalek Banialuka, ale w końcu trafiłam do Wierszalina. To były bardzo ciekawe i intensywne lata. W pewnym momencie poczułam się przesycona. Postanowiłam zrobić w życiu coś innego.

Już wcześniej myślałam o podróżach. Zawsze marzyłam, żeby spakować plecak i ruszyć, nie zastanawiając się nad tym, co za mną. I chociaż wcześniej dużo jeździłam z teatrem, to zawsze były to podróże z określonym celem, jakim był spektakl. A ja chciałam bardziej poznawać świat i ludzi, zostawać w danym miejscu na dłużej.

Skąd wzięła się w Pani potrzeba podróży?
Od najmłodszych lat lubiłam pociągi i dworce, zazdrościłam ludziom, którzy mieli ze sobą tylko plecak i po prostu jechali. To zawsze we mnie tkwiło, ale nie do końca wierzyłam, że się da. Może też nie znalazłam osoby, która myślałaby podobnie. W końcu spotkałam Andrzeja i okazało się, że marzy o tym samym. Kiedy byliśmy w tym marzeniu razem, łatwiej było się zmobilizować. Postanowiliśmy, że wyruszymy w podróż dookoła świata.

Tak po prostu, na wariata?
Nie, jeden rok poświęciliśmy na to, żeby się przygotować, także materialnie. Dużą inspiracją był jeden z pierwszych blogów podróżniczych Kingi Choszcz, która później swoją podróż dookoła świata opisała w książce „Prowadził nas los”. Blog i książka pokazały mi, że moje marzenie jest realne. Że można to robić niskobudżetowo, blisko ludzi, dając sobie czas na lepsze poznanie miejsca. Okazało się, że Andrzej też ma tę książkę w swojej biblioteczce. Wiedziałam, że to może się udać.

NIE MAM POCZUCIA, ŻE W PODRÓŻY CZYHA NA MNIE NIE WIADOMO JAKIE NIEBEZPIECZEŃSTWO. ŚWIAT NIE JEST DLA MNIE GROŹNYM MIEJSCEM.

Pracowałam wtedy w teatrze. Mój roczny kontrakt wygasał w czerwcu, mieliśmy pomysł, by już 1 lipca wyjechać. Cały rok czekałam na ten moment i przygotowywałam się. Wyobrażałam sobie, jak może to wyglądać. Zaplanowaliśmy pierwsze dwa miesiące podróży, a resztę postanowiliśmy poddać losowi.

Rzeczywistość zweryfikowała oczekiwania?
To trudne pytanie… Wyruszyliśmy w 2009 r., wróciliśmy cztery lata później. Ostatecznie nie udało nam się objechać całego globu, dotarliśmy do Australii, skąd znowu przez Azję wróciliśmy do Polski. I nie chciałabym popaść w banał - choć życie pewnie się z tych banałów składa - ale…

Chętnie poznam Pani banał.
Raczej lekcję, którą wyciągnęliśmy z podróży. W Chinach skradziono nam rowery. Rower - niby nic, ale jednak główny środek transportu. Zostaliśmy z sakwami, ale bez dwóch kółek. Wtedy właśnie przekonałam się, że żadne doświadczenie nie jest ani jednoznacznie złe, ani dobre. Nawet najgorsza sytuacja ma w sobie ukryte dobro - i odwrotnie. Mało tego: może się okazać, że zło musiało się wydarzyć, żeby stało się coś dobrego. Wtedy, na zachodzie Chin spędziliśmy prawie miesiąc, zanim udało nam się te rowerowy odzyskać. Mieliśmy plany, żeby przejechać przez Pamir, ale właśnie w tym czasie trwały tam zamieszki i nie moglibyśmy się tam dostać. Po kradzieży rowerów i odczekaniu miesiąca okazało się, że granice się otworzyły. Spełniliśmy swoje marzenie. Pamir był jednym z najważniejszych etapów tej podróży. Wróciliśmy tam jeszcze raz, wiosną.

Problemy, które przydarzają na co dzień w normalnym życiu, w porównaniu z niedogodnościami podróży okazują się małe i nieważne?
Z tym się nie zgadzam (śmiech). O wiele groźniejsze sytuacje spotykały mnie w Polsce niż w podróży po świecie. W drodze jesteśmy bardziej uważni i ostrożni. Ostatnio coraz częściej jeżdżę sama i widzę, że jako kobiecie jest mi nawet łatwiej. Ludzie widzą samotną kobietę i uznają, że trzeba pomóc. Nie mam poczucia, że w podróży czyha na mnie nie wiadomo jakie niebezpieczeństwo. Świat nie jest dla mnie groźnym miejscem. Z drugiej strony, nie jadę tam, gdzie nie czuję się komfortowo. Za kilka dni ląduję w RPA, ale jadę od razu do Botswany i Zimbabwe. Tam czuję się bezpiecznie, w RPA już nie.

Podczas wystąpienia na TEDxLublin powiedziała Pani: „Pesymista narzeka na wiatr, optymista oczekuje, że wiatr się zmieni, a realista dostosuje swoje żagle”. Z Andrzejem Budnikiem jesteście realistami: łączycie pasję z pracą.
Tak, w ramach marki Crazycopter.pl zajmujemy się fotografią lotniczą. Andrzej robi wideo i zdjęcia z drona, ja je edytuję i montuję. Oprócz tego opowiadamy o swojej pracy i pasji na blogu, podczas wystąpień i na warsztatach.

Opisując swoją pierwszą wyprawę, napisaliście, że wyruszyliście w nią, żeby „upewnić się, jak chcecie żyć”. Udało się?
Na pewno wiem, że chcę żyć zgodnie ze swoimi przekonaniami, a jednocześnie mając szacunek do innych. Przekonałam się, że warto wierzyć sobie i ufać intuicji. Nie zamykać się na nowe możliwości i sytuacje. Starać się na nie spojrzeć czujnie i z szerszej perspektywy. Jeśli spojrzymy chłodno na coś, co dawniej wydawało nam się nieważne, dostrzeżemy, że może to być element układanki, ważna część większej całości. Brzmi to trochę tajemniczo, szukam na to w głowie jakiegoś przykładu, ale…

To Pani jest tym przykładem.
Być może. Wie Pan, kiedy pojawiają się problemy? Kiedy zaczynamy porównywać się z innymi. Ja w pewnym momencie zaczęłam. Ten ma piękny dom, tamten firmę, od której może tylko odcinać kupony. A ja? Zaczęłam się zastanawiać, czy to moje podróżowanie w ostatecznym rozrachunku nie okaże się - powiem brutalnie - stratą czasu. Ale dziś już widzę, że wszystkie doświadczenia zaczynają układać się w jedną całość. Turystyczne Mistrzostwa Blogerów były dla mnie potwierdzeniem, że warto. Naprawdę się w to zaangażowałam. Chciałam, żeby czytelnicy poczuli się zachęceni do odwiedzenia tych miejsc, a ludzie, których opisałam, poczuli, że zrobiłam to uczciwie. To ogromna odpowiedzialność.

Czym jest dla Pani dom?
Miejscem, do którego zawsze mogę wrócić, ale stworzonym w całości przeze mnie.

Można przeżyć całe życie, nie mając takiego miejsca?
To indywidualna sprawa każdego człowieka. Chciałabym takie miejsce kiedyś mieć. Chciałabym wiedzieć, że jest gdzieś moja bezpieczna przystań. Może kiedyś znudzi mi się jeżdżenie - na co ciągle czeka moja mama (śmiech) - i gdzieś osiądę. Wracając do pytania: nie znam ludzi, którzy tak żyją. Znam za to takich, którzy od kilku lat nieustannie jeżdżą i nie wygląda na to, by w najbliższym czasie się zatrzymali. Kiedy byłam w Australii, zauważyłam, że modny jest styl życia zwany „siwym nomadyzmem”.

Dotyczy on australijskich emerytów, którzy nie narzekają na wysokość świadczeń. Wynajmują lub sprzedają dom, kupują motorhouse, czyli taki dom na kółkach, za którym ciągną czasem jakiś mały samochód z napędem na cztery koła. I jeżdżą po Australii zgodnie ze zmianami pogody - tak, by ciągle mieć piękne słońce. Włosy już mają siwe, ale serca pełne energii. Może to jest jakiś pomysł? Ale wie Pan, gdyby ktoś tę moją podróżniczą pasję chciał, to mogłabym ją oddać (śmiech).

Dlaczego?
Czasami chciałoby się usiąść na miejscu i czymś się zająć, nie mieć przed sobą kolejnego celu podróży. Z jednej strony, ciągle jest we mnie potrzeba doświadczania nowych miejsc, ale z drugiej, coraz częściej pojawia się zmęczenie. Rodzaj podróży, który uprawiam, wymaga czasu i środków. To mit, że można jeździć po świecie bez pieniędzy. Można podróżować tanio, ale nie za złotówkę w kieszeni.

Wszystko to uniemożliwia wprowadzenie w życie pewnego stałego trybu. Pracę mogę zabrać ze sobą i wykonywać ją zdalnie, jeśli jest taka konieczność. Nie ukrywam, bywa to męczące. Lat mi nie ubywa, pojawia się potrzeba stworzenia własnego miejsca, czegoś swojego. Może za jakiś czas nie będę już miała siły na kontynuowanie tego stylu życia.

Jest życie po podróżowaniu?
Na pewno. Znam wiele takich osób, które ułożyły sobie życie na podstawie tego, co przeżyły i kogo poznały w drodze. Zależy to pewnie od ogólnej sytuacji życiowej i charakteru. Ale umiejętności, które zdobywam, podróżując, procentują. Nie jestem profesjonalną fotografką, ale potrafię zrobić dobre ujęcie. Nauczyłam się edycji i montażu wideo, w tej chwili zajmuję się tym profesjonalnie. Umiejętność pisania też jest cenna. To wszystko zbiera się w całość. W tym momencie życia staram się spojrzeć na to z dystansu i sprawdzić, jak mogłabym to połączyć. Chciałabym też wykorzystywać swoje umiejętności aktorskie. Lubię występować przed publicznością, czuję się dobrze na scenie. Robię więc prezentacje podróżnicze, warsztaty dla dzieci o krajach, w których byłam. Wszystko to ma sens, jeśli mogę się dzielić z innymi.

*ALICJA RAPSIEWICZ - z wykształcenia aktor-lalkarz. W zawodzie pracowała 8 lat. Spędziła 4 lata w drodze, przemieszczając się pieszo, autostopem, rowerem i jachtem, odwiedzając rozmaite zakątki świata. Razem z Andrzejem Budnikiem prowadzi blog Loswiaheros.pl. Zwyciężczyni pierwszej edycji Turystycznych Mistrzostwach Blogerów 2018.

Wideo

polecane: Flesz: Koniec świata jest blisko? Kilka już za nami...

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Więcej na temat:

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3